Notowania kontraktów na złoto spadły do 1086 USD za uncję i od wyznaczonego w ubiegłym tygodniu dołka dzieli je już tylko kilka dolarów. W mediach głównego nurtu nasila się negatywny sentyment do żółtego metalu, czego przejawem jest epatowanie prognozami dalszych spadków.


O 12:00 kontraktami terminowymi na złoto handlowano po kursie 1.085,95 USD/oz., czyli o 1% mniej niż w środę. To już tylko o 8,85 USD powyżej piątkowego dołka, gdy kurs złotych kontraktów spadł do 1.077,10 USD/oz., osiągając najniższy poziom od lutego 2010 roku.
„Oficjalne” przyczyny wyprzedaży złotych kontraktów od wielu miesięcy pozostają te same. Analitycy do znudzenia mówią o roli mocnego dolara, który zyskuje pod wpływem wizji o nadchodzącej podwyżce stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. Fed podobno ma podnieść stopy „już” we wrześniu i skończyć z trwającą prawie 7 lat polityką zerowych stóp procentowych.
Silny dolar, niska inflacja CPI, perspektywa wzrostu stóp w USA i hossa na Wall Street – to wszystko obserwujemy od wielu miesięcy, ale dopiero w lipcu notowania złota trwale „zjechały” poniżej 1.180 USD/oz. Ten ruch doprowadził do paniki wśród zarządzających funduszami, którzy już w ubiegłym tygodniu po raz pierwszy od przynajmniej 2006 roku zajęli krótką pozycję w kontraktach na złoto.
O ile stadny ruch funduszy można już uznać za przejaw kapitulacji złotych byków, to najnowsze nagłówki amerykańskich mediów finansowych sugerują, że rynek złota osiągnął dopiero fazę desperacji i paniki. Tak interpretuję fakt, że poczytny serwis marketwatch.com drugi dzień z rzędu na wiadomości dnia epatuje prognozą spadku cen złota do… 350 USD/oz.
To by oznaczało, że cena złota może jeszcze spaść poniżej tysiąca dolarów za uncję, gdzie prędzej czy później powinna znaleźć dno i z czasem rozpocząć nową hossę. Do tego momentu spekulacyjne kupowania złotych kontraktów (lub ETF-ów, certyfikatów czy CFD) to łapanie spadających noży. Rynek zapewne jeszcze dostarczy okazji do korzystnego zakupu fizycznego metalu jako długoterminowej lokaty kapitału zabezpieczającej przed skutkami szaleństwa banków centralnych.
Krzysztof Kolany




























































