Wszystko zaczęło się dokładnie tak jak wczoraj. Tuż po otwarciu indeksy pomknęły na północ, napędzane jakoby rewelacyjnymi danymi z gospodarki. Owszem, rezultaty wydajności pracy mogły robić wrażenie: wskaźnik ten wzrósł o 6,9% w ujęciu anualizowanym ( i o 5,8% r/r). Choć to wynik lepszy od prognoz (6,2%), ale dane te zazwyczaj nie robią większego wrażenia na graczach z Wall Street. Rosnąca wartość produkcji przy stagnacji po stronie zatrudnienia tylko potwierdzają tezę, że amerykańskie ożywienie gospodarcze nie przyczyni się do znaczącego spadku bezrobocia.
Ale właśnie dlatego inwestorów bardzo ucieszyły cotygodniowe dane z urzędów pracy. Liczba noworejestrowanych bezrobotnych zmniejszyła się o 29 tysięcy, do poziomu 469 tys., co było wynikiem zgodnym z oczekiwaniami. Za to w dół (z 3% do 2,6% m/m) zrewidowano styczniową dynamikę zamówień na dobra trwałego użytku. Po wyłączeniu środków transportu odnotowano spadek o 1%.
Amerykańskich inwestorów mocno przestraszyły jednak dopiero dane z rynku nieruchomości. Indeks obrazujący liczbę podpisanych umów kupna-sprzedaży nieruchomości spadł w styczniu o 7,6% m/m, podczas gdy oczekiwano wzrostu o 1%. To już kolejne dane potwierdzające, że pomimo państwowego wsparcia sektor mieszkaniowy pozostaje w głębokim kryzysie.
Jednakże niższe ceny momentalnie zostały wykorzystane do zakupu akcji. W efekcie indeksy przez większość dnia krążyły wokół poziomów z wczorajszego zamknięcia. Dopiero ostatnia godzina handlu przyniosła atak popytu. Dzięki temu indeks S&P500 zyskał po raz piąty z rzędu, kończąc dzień z wynikiem 1.123 pkt. Nasdaq zwyżkował o 0,51%, a Dow Jones o 0,46%.
K.K.




























































