Wyobraź sobie, że wyjeżdżasz do Stanów na umówiony zarobek, z nadzieją zwiedzenia kraju. Na miejscu okazuje się jednak, że od pracodawcy trzeba uciekać, a ty – pozostawiony sam sobie – za chwilę zostaniesz okradziony ze wszystkiego.


Podobnie wyglądała amerykańska przygoda Martyny Honisz, która mimo wszystko broni stanowiska, że warto ryzykować, żeby posmakować USA.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Nie mieszkasz już w Stanach. Wróciłaś do Polski, jak mówisz, wyposażona w ciężki bagaż doświadczeń. Najważniejsza nauczka z pobytu za Oceanem?
Martyna Honisz: Nauczka? Raczej nie mam uczucia, że dostałam nauczkę. Wręcz przeciwnie. Faktycznie, tych doświadczeń było dużo. Najpierw pobyt u amerykańskiej rodziny, od której właściwie uciekłam. Później liczne przygody w Miami: życie na własną rękę, szukanie pracy, no i załatwianie wizy od nowa. Gdyby nie pomoc ludzi, których tam spotkałam oraz wsparcie rodziny, nie wiem, czy bym sobie poradziła.

"Faktycznie, mogłoby się wydawać, że życie tam jest jak w bajce", fot. Thinkstock
Na pewno teraz wiem, że zawsze warto pytać i że nie ma sytuacji bez wyjścia. Gdybym w Polsce znalazła się w takiej samej sytuacji, bez pracy, domu i pieniędzy - szanse na przetrwanie byłyby raczej niewielkie.
Twój wyjazd do Stanów miał być urzeczywistnieniem słynnego amerykańskiego snu?
Odkąd
pamiętam, chciałam zobaczyć Stany. Wiadomo, wszędzie się słyszy, jak tam jest
dobrze, jaki to wolny i wyzwolony kraj. Nie planowałam, że wyjadę na dłużej.
Nadarzyła się okazja – program Au Pair, więc wyjechałam. Faktycznie, mogłoby
się wydawać, że życie tam jest jak w bajce, ale wszędzie trzeba pracować i to
ciężko. Ameryka daje warunki, ale to, czy je wykorzystamy, zależy od nas.

Martyna Honisz, fot. arch. pryw.
Kiedyś pewien chłopak opowiadał mi historię swojego życia. Przyjechał do Stanów
z Iraku jako 20-latek. Pierwsza praca – zmywak. W momencie kiedy rozmawialiśmy,
miał już trzydzieści kilka lat, dobrze prosperującą firmę, dom w Miami Beach i
jacht. Takich historii jest mnóstwo.
Jak długo przygotowywałaś się do swojego wyjazdu? Co budziło najwięcej obaw?
Samo przygotowanie nie było trudne, wiedziałam, że mam ograniczoną wagę bagażu - do 20 kg. Cięższe było to przygotowywanie się psychiczne, obawa przed nieznanym: jak tam będzie. Czy rodzina, do której jadę, będzie w porządku. Ale to chyba normalne. Co do samego wyjazdu - byłam przekonana, ale miałam świadomość, że może odmienić moje życie na zawsze. Nie przypuszczałam, że aż tak.
Miami Beach to wyjątkowo bajeczne miejsce na mapie Stanów. Wyszłaś z założenia, że jak spadać, to z wysokiego konia?
Miami
Beach to był zupełny przypadek. Rodzina, u której mieszkałam przez kilka
miesięcy była z Baltimore w stanie Maryland. Kiedy od nich uciekałam, był
styczeń, a Miami Beach było jednym miejscem w Stanach, gdzie było ciepło. Z
kieszonkowego, które dostawałam od amerykańskiej rodziny udało mi się
zaoszczędzić na bilet. Planowałam wygrzać się przez tydzień, dwa na słońcu i
wrócić do Polski.

"Po tym brzydkim, zimnym Baltimore, Miami Beach było jak raj", fot. Thinkstock
Na moje nieszczęście (a zarazem szczęście) zostałam
okradziona ze wszystkiego i tak zaczęła się moja przygoda w Miami… Z
perspektywy czasu cieszę się, że wypadło właśnie na to miejsce.
Jak długo pierwotnie miał trwać pobyt za Oceanem?
Takie programy trwają rok, z możliwością przedłużenia na kolejny. Teraz wiem, że jest wiele sposobów na to, aby wyjechać i przebywać tam legalnie dłużej, nie tylko za pośrednictwem programów proponowanych Polakom. Podczas gdy mieszkałam w Miami, miałam opracowany plan co zrobić, aby zostać na stałe. Opcji jest wiele.
Wróćmy do początków. Wysiadłaś na amerykańskim lotnisku i… co?
Pierwszym miejscem był Nowy Jork. Loty z Polski zazwyczaj są właśnie do tego miasta, poza tym miałam tam trzydniowe szkolenie z programu. Na początku miałam strasznie mieszane uczucia. Pierwszy raz w życiu widziałam tyle różnych kultur w jednym miejscu. Wreszcie telewizyjna Ameryka zetknęła się z rzeczywistością.
Przeżyłam szok. Nowy Jork wydawał się być miastem brudnym, niebezpiecznym i pełnym bezdomnych. Dopiero późniejszy powrót tam pozwolił mi na odkrycie jego lepszej strony.

Źródło: Thinkstock
Oczywiście w pierwszych dniach czułam jeszcze niedowierzanie i podniecenie. Czułam się jak w centrum świata i nie mogłam uwierzyć, że mieszkańcy od tak sobie spacerują nie przejmując się, że mieszkają w jednym z najlepszych miast na świecie. (śmiech) Później pojechałam do Baltimore. Wyczekiwałam spotkania z rodziną, które przywitała mnie bardzo miło. Same przedmieścia Baltimore wyglądały jak na filmach – domki wybudowane w szeregu z garażem i ogródkiem. Pierwsze dni w Baltimore wspominam bardzo dobrze.
Praca au pair to sztandarowe zajęcie wielu wyjeżdżających do USA młodych Polaków. Co roku ten sam schemat powiela mnóstwo osób. Twój przypadek okazał się jednak trudny. Gdzie popełniłaś błąd?
Programy
tego typu to wielka niewiadoma – w zasadzie loteria. Poznałam wiele dziewczyn,
które miały bardzo fajne rodziny i relacje z nimi, a pobyt tam wspominają jako
niesamowite przeżycie. Ja niestety trafiłam inaczej. Nasze oczekiwania co do
programu znacznie się różniły i nie potrafiliśmy się porozumieć. Szukałam na
forach internetowych porad u innych dziewczyn, które były w podobnej sytuacji.
Nie zdawałam sobie sprawy, że ten problem jest tak powszechny.

"Idź na Ocean Drive, tam szukają hostess, a za hostel oddasz, jak zarobisz", fot. Thinkstock
Postawmy sprawę
jasno: w amerykańskiej rodzinie panują ich zasady, a w konfrontacji opiekunki
nie mają szans.
Powiedziałaś, że właściwie stamtąd uciekłaś. Długo nosiłaś się z tym zamiarem?
Nie planowałam ucieczki. Sytuacja w jednym momencie była na tyle poważna, że wiedziałam, że nie mogę w tym domu dłużej przebywać. Po prostu się bałam. Było to dla mnie o tyle trudne, że związałam się emocjonalnie z dziećmi, którymi się opiekowałam.
Szukałaś innego rozwiązania?
Oczywiście na początku skontaktowałam się ze swoją agencją, ale ta w żaden sposób nie potrafiła mi pomóc. Szukanie kolejnej rodziny to kwestia dwóch tygodni, a przez ten czas musiałam gdzieś mieszkać. Postanowiłam wiec poradzić sobie sama. Przez kilka dni mieszkałam u koleżanki, też z programu, a później zarezerwowałam bilet na Florydę…
I przyszła ulga?
Po tym brzydkim, zimnym Baltimore, Miami Beach było jak raj. Plaże, palmy, ciepło… do teraz mam dreszczyk. Przez kilka kolejnych dni nie mogłam uwierzyć, że tam jestem. Wtedy nawet sobie nie wyobrażałam, że zostanę tam na dłużej i będę żyć w tej społeczności. Niesamowite uczucie.
Jak to było z tą kradzieżą, która spowodowała, że pobyt w Miami miał się przedłużyć?
Z poznanymi w hostelu dziewczynami poszłam na plażę. Gdy wróciłam, nie zastałyśmy w pokoju prawie niczego. W mojej walizce zostały jakieś rzeczy, ale chłopak z Włoch został zupełnie bez niczego - tak, jak stał. Wezwaliśmy policję, ale na nic się to zdało. Kamery nie działały, a nikt nic nie widział. Takie kradzieże zdarzają się bardzo często i nikt nie ponosi za nie odpowiedzialności. Później doszliśmy do tego, że był to jeden ze współlokatorów.

"Ludziom bardzo często wydaje się, że w Stanach jest jak w amerykańskim filmie", fot. Thinkstock
Na początku byłam na siebie bardzo zła - mogłam bardziej uważać, bo przecież Miami Beach to niebezpieczne miejsce. Emocje były o tyle silniejsze, że ukradziono mi również laptopa, na którym miałam wniosek o nową wizę. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak to wszystko wyszło.
Co się działo dalej?
W Miami na początku było bardzo ciężko. Po tym, jak zostałam okradziona, nie miałam za co zapłacić za hostel, w którym nocowałam. Zostało mi około 50 dolarów. Pamiętam, jak recepcjonistka - Cherry - zamiast mnie wyrzucić, powiedziała „Idź na Ocean Drive, tam szukają hostess, a za hostel oddasz, jak zarobisz”. Za to, co mi zostało, kupiłam szpilki, żeby jakoś wyglądać i poszłam. Język kulał, więc nie spodziewałam się, że gdzieś mnie zatrudnią. Nie dałam po sobie poznać, że się boję. Trzy restauracje i miałam pracę. To chyba był największy sukces.
Pobyt w Stanach relacjonowałaś na YouTube. Vlog z życia w Miami Beach, który będą komentowali inni rodacy – ryzykowne. Nadal jesteś fanką tej formy ekspresji?
Właściwie
pomysł pojawił się za namową Polaka, który mieszkał niedaleko, też na
Florydzie. On relacjonował codzienne życie w Stanach. Gdy dowiedział się, że wraz
z bratem planujemy miesięczną wycieczkę dookoła Stanów, nakłonił mnie do
kręcenia relacji z niej. Myślę, że był to strzał w dziesiątkę. Chciałam pokazać,
jak naprawdę wyglądają różne miejsca w USA. Nigdy nie miałam obaw przed
negatywnymi komentarzami, zawsze znajdą się ludzie, którym coś nie odpowiada.
Wielu ludzi odebrało mój videoblog pozytywnie i bardzo mnie to cieszy. Teraz,
jak to oglądam, wspomnienia wracają i jest to pamiątka na całe życie.
Stany to miejsce, w którym imigrant może się rozwijać? Twoje kwalifikacje, doświadczenie okazały się wystarczające w stosunku do ambicji?
Tam, gdzie pracowałam, zazwyczaj w restauracjach, z początku nie miałam żadnego doświadczenia. Zaczynałam jako hostessa, a po kilku miesiącach byłam już dobrze zarabiającą barmanką, więc Stany jak najbardziej dają możliwość rozwoju. Najważniejszy jest język, którego można się szybko nauczyć i chęci.
Dzisiejsza Ameryka różni się od tej, do której uciekało się przez polskim ustrojem. Polacy, których spotkałaś w Stanach potwierdzali, że jest im dzisiaj trudniej?
To prawda. Przekonałam się o tym podczas podróży na Greenpoint w Nowym Jorku, jak wiadomo – dzielnicy Polaków. Ludzie, których tam spotkałam mówili, że kryzys dał im się we znaki i nie jest już tak dobrze, jak było kiedyś. Zresztą popatrzymy na ludzi, którzy wyjeżdżają do Stanów. Kiedyś wyjeżdżało się głównie do pracy, na sprzątanie, kelnerowanie czy do opieki. Polacy, którzy wyjeżdżają dzisiaj są ambitni, chcą się rozwijać, studiować. Często zajmują wysokie stanowiska. Sama, gdy jeszcze planowałam, że zostanę na stałe, zapisałam się do dobrego collage’u, by później zacząć poważną pracę.
Dlaczego najczęściej te plany kończą się porażką?
Ludziom bardzo często wydaje się, że w Stanach jest jak w amerykańskim filmie. Wszyscy są piękni, młodzi i bogaci, a pieniądze spadają z nieba. Rzeczywistość jest inna. Przede wszystkim Ameryka to zlepek różnych kultur, odmienności i to może z początku przerażać, w szczególności w dużych miastach. Mi się ta różnorodność spodobała. Spora część ludzi jest otyła, a ilości bezdomnych i biednych na ulicach są przerażające. Dlatego znam sporo ludzi, którzy po miesiącu wrócili do kraju, bo Stany nie spełniły ich oczekiwań. Szkoda, bo nie mieli okazji poznać prawdziwych Amerykanów, którzy są bardzo otwarci i mili.
Musimy pochylić się też nad Twoją porażką. Chyba że nie traktujesz w ten sposób konieczności wyjazdu ze Stanów?
Nigdy o
tym w ten sposób nie myślałam. Było to spełnienie marzeń. Wróciłam do Polski, bo
tak zadecydowałam. Nie czuję, żebym coś straciła. Raczej zyskałam – przygodę
życia i niesamowite wspomnienia.

"W Ameryce nauczyłam się tego, że bez względu na pochodzenie, ma się równe szanse", fot. Thinkstock
To daje mi dużo siły do przetrwania w Polsce,
bo tak jest – tutaj też się walczy o przetrwanie, tylko w trochę inny sposób.
Kiedy dotarło do Ciebie, że trzeba będzie się pakować i wracać?
Decyzja przyszła spontanicznie. W Miami w lato jest bardzo duszno i wilgotno. Mało turystów, to i mało pracy. Wiedziałam, że jeżeli chcę dobrze zarobić, to nie jest odpowiednie miejsce na tamten czas. Rozważałam wyjazd na Alaskę. Ale wyszło inaczej.
Nie wróciłaś do Polski, ale do Hiszpanii. Skąd taki przystanek?
Nadarzyła się okazja, żeby tam jechać. Koleżanka, którą poznałam w Miami - też Polka z pochodzenia - miała wolne miejsce w mieszkaniu. Ibiza – środek sezonu, pewnie mnóstwo turystów. Myślałam, że będzie jak w Miami, jednak się myliłam. To była najgorsza decyzja, jaką podjęłam w tamtym czasie, ale znowu nowe doświadczenia.
Co było z Hiszpanią nie tak?
Wszystko. Na początku długo nie mogłam znaleźć pracy. Wszędzie wymagano bardzo dobrej znajomości hiszpańskiego. Czegoś tam nauczyłam się w Miami, ale było to za mało, a prawie nikt nie mówił po angielsku. Warunki pracy były trudne: 12 godzin 7 dni w tygodniu. Ale to dało się przeskoczyć.

"Jest wiele sposobów na to, aby wyjechać i przebywać tam legalnie dłużej", fot. Thinkstock
Najgorsze było podejście ludzi. W Ameryce nauczyłam się tego, że bez względu na pochodzenie, ma się równe szanse. W Hiszpanii faworyzowano Hiszpanów i Włochów. Polacy, w Stanach uznawani za najbardziej pracowitych, tam byli nikim. Nie można było liczyć na pomoc ludzi, bo wszystko to był wielki wyścig szczurów, walka o pracę. Może tylko ja mam takie negatywne doświadczenia, ale nie chciałabym już tam wrócić. Po tym wszystkim miałam już dość i wróciłam do Polski. Możliwe, że gdybym wybrała Alaskę zamiast Ibizy nadal mieszkałabym w Stanach… ale życie potoczyło się inaczej.
Powrotowi ze Stanów do Europy towarzyszyło rozczarowanie?
Może na początku uczucie, że coś straciłam, że mogę tam już nigdy nie wrócić. Różnice kulturowe są ogromne. Brakowało mi tej otwartości ludzi, tego zagadywania przez nieznajomych: „Skąd jesteś? Jak ci się tu podoba?” itd. Pamiętam, jak wylatując z Nowego Jorku na Ibizę płakałam w samolocie przez dwie godziny. Nie sądziłabym, że mogą towarzyszyć temu takie emocje, że mogę tak pokochać ten kraj.
A początki w Polsce?
Przez pierwsze miesiące kompletnie nie mogłam się odnaleźć. Teraz robię coś dla siebie i czuję się tu swobodnie jak kiedyś.
Wrócisz jeszcze na dłużej do Stanów?
Jak na razie na stałe nie planuję. Mam świadomość, że mogę tam wrócić w każdej chwili, i jest to bardzo fajne uczucie. W Polsce trzyma mnie dobra praca, rodzina i chłopak. Raczej pojechałabym na wakacje, żeby powspominać. Są miejsca, do których mam sentyment i do których na pewno kiedyś wrócę. Chciałabym je pokazać bliskim i znajomym. W Stanach poznałam ludzi z całego świata. Pozbierałam kontakty i chciałabym kiedyś jechać na roczną podróż dookoła świata. Mam nadzieję, że uda mi się spełnić to kolejne marzenie.
Dziękuję za rozmowę.























































