„Pożytecznymi idiotami” nazywał Lenin zachodnich dziennikarzy, którzy pisali entuzjastycznie o rewolucji bolszewickiej, przemilczając jej niepowodzenia. Trudno nie zauważyć podobieństw do dzisiejszej sytuacji w strefie euro i dominujących opinii polityków i finansistów.
Szczyt ostatniej szansy
Tym mianem określano już kilka unijnych spotkań, które zawsze kończyły się optymistycznym komunikatem o gotowości liderów UE do walki z kryzysem zadłużenia. Unijni politycy, zamiast szukać rzeczywistych przyczyn kryzysu strefy euro, pompowali i nadal chcą pompować miliardy euro w dziurę bez dna, jaką jest euroland. Andrzej Sadowski na łamach „Rzeczpospolitej” przyrównał to do schyłku komunizmu, który charakteryzowało „gorączkowe szukanie kolejnych kredytów oraz organizowanie niekończących się szczytów, zwanych jeszcze wtedy plenami. Podobnie wygląda sytuacja po ostatnim szczycie, gdzie najważniejszym ustaleniem było przekazanie MFW kolejnych 200 mld euro na pomoc unijnym bankrutom.
Szybko usłyszeliśmy chór polityków i analityków przekonujących, że MFW to instytucja bezpieczna, a pieniądze wpłacane do niej są jak inwestycja. Pytanie więc, dlaczego ani Chiny, ani USA, ani nawet państwa europejskie nie garną się do tego „biznesu”? A może nasz bank centralny powinien wyłożyć większą kwotę, skoro jest to tak opłacalny interes? Nikt nie zastanawia się, czy te pieniądze nie będą potrzebne wcześniej (pożyczka jest na 3 lata) do stabilizacji naszej waluty. Wszystkie ręce na pokład, by ratować strefę euro niezależnie od tego, ile to jeszcze pochłonie miliardów.
Hamulcowi Europy
Ponieważ w kasach unijnych krajów zaczyna brakować gotówki, to dominuje oczekiwanie druku brakujących kwot i większej kontroli. Powielane są więc te same błędy, które legły u podstaw kryzysu. Nie cięcia wydatków i swoboda gospodarcza, ale druk pieniędzy i zwiększenie unijnej biurokracji mają uzdrowić euroland. A przecież to właśnie życie na kredyt i absurdalne dyrektywy regulujące nawet mało istotne dziedziny życia zmniejszyły konkurencyjność krajów Unii. To nie przypadek, że liderami wzrostów w Europie są Szwecja i Turcja. Oczywiście kraje te istotną część handlu prowadzą ze strefą euro, ale to tylko kolejny dowód na to, że poza nią też nie jest źle.
Przeciwnego zdania wydają się być analitycy banku ING, którzy przedstawili ostatnio prognozy gospodarcze w przypadku rozpadu strefy euro. Według szacunków banku upadek eurolandu spowoduje spadek europejskiego PKB o 9, a polskiego o 6 procent. Nie znamy uzasadnienia przewidywań banku, który reprezentuje przecież sektor żywotnie zainteresowany wykupem zagrożonych obligacji. Nie dziwi więc doping do pompowania kolejnych miliardów euro poparty katastroficznymi wizjami. A przecież mieliśmy już przykłady bankrutujących państw (Argentyna), które po okresie recesji uzdrowiły finanse i odbudowały gospodarki.
Dlaczego mamy wierzyć w pesymistyczne scenariusze tych samych specjalistów, którzy lekceważyli ostrzeżenia o tym, że euro to projekt wyłącznie polityczny? Każdy krytyczny głos traktowany był jako wyraz eurosceptycyzmu. Dziś podobne opinie głoszone są o tych, którzy nie zgadzają się na więcej fiskalizmu, pożyczki do MFW oraz druk pieniędzy. Znowu są hamulcowymi i przeszkodą na drodze do szczęśliwej Europy.
Zagrożenie dla demokracji
Wyjątkiem jest jeden z ojców wspólnej waluty Jacques Delors. Były przewodniczący Komisji Europejskiej przyznał ostatnio na łamach „The Daily Telegraph”, że projekt euro był od początku wadliwy. Zdaniem Francuza liderzy państw unijnych zrobili zbyt mało i działali zbyt późno, by ratować euroland. Delors zarzucił także unijnym decydentom przymykanie oka na najbardziej oczywiste przykłady słabości krajów strefy euro.
Delors słusznie zauważył, że obecny kryzys jest także zagrożeniem dla funkcjonowania demokracji. Jaskrawym tego przykładem są polityczne zmiany w krajach najbardziej zagrożonych bankructwem. Przypomnijmy sobie, jak zareagowali analitycy, ekonomiści i liderzy UE, gdy premier Grecji wspomniał o referendum w swoim kraju. Uznali, że zmiany są zbyt poważne, aby zapytać o ich akceptację obywateli wolnego kraju w demokratycznym głosowaniu.
- Grecy sami są sobie winni, dlaczego mamy pytać o zgodę obywateli, którzy przez dekadę żyli ponad stan - brzmią głosy oponentów referendum w zadłużonej Grecji. Ten dominujący w środkach masowego przekazu argument jest tylko w połowie uczciwy. Mało kiedy słyszymy, że przecież ktoś finansował to życie ponad stan (zresztą nie tylko w Grecji). Dopóki Grecja miała pieniądze na obsługę zadłużenia, dopóty francuskie i niemieckie banki kupowały obligacje Hellady. Gdy Grekom pieniędzy zaczęło brakować, przedstawiciele krajów-pożyczkodawców nawołują do oszczędności i zaciskania pasa. Gdzie wtedy byli analitycy bankowi?
Nie ulegajmy szantażowi „ekspertów”, którzy jednego dnia są zwolennikami wolnego rynku, by następnego nawoływać do nacjonalizacji banków. Upadek strefy euro wywoła recesję, ale czy wspólną walutę można jeszcze uratować? Przelewanie kolejnych miliardów na konta eurobankrutów tylko odsunie ten upadek o parę lat.
Może lepiej pozwolić odejść strefie euro w pokoju i zabrać się za szybkie sprzątanie? Przed euro było życie, więc po euro też będzie.
Grzegorz Marynowicz
Bankier.pl




























































