Nie ma giełdowej hossy bez banków

główny analityk Bankier.pl

Każdy inwestor wie, że na GPW nie ma hossy bez banków. Tymczasem indeks WIG-Banki od ponad roku mieli wodę i niewiele wskazuje na to, aby w tym sektorze miała zagościć hossa. 

PKO BP jest największą pod względem wartości rynkowej polską spółką notowaną na warszawskiej giełdzie (większą kapitalizację mają dwa banki zagraniczne Unicredit i Santander, których akcje są notowane na GPW). W giełdowym obrocie znajdują się walory 13 polskich banków – poza państwowym Bankiem Gospodarstwa Krajowego obecni są wszyscy duzi kredytodawcy działający w Polsce.

Według stanu na 27 sierpnia 2019 r. Łączna kapitalizacja krajowych banków wynosiła blisko 177 mld zł. Jeśli do tego doliczymy PZU (będącego głównym akcjonariuszem w Pekao i Alior Banku), to sektor bankowy odpowiadał za niemal 39% wartości rynkowej wszystkich spółek krajowych notowanych na warszawskiej giełdzie.  Przy takiej wadze jest więc prawie niemożliwe, aby na GPW trwała hossa bez udziału banków.

Udział banków w kapitalizacji spółek krajowych notowanych na GPW.
Udział banków w kapitalizacji spółek krajowych notowanych na GPW. (Bankier.pl)

Stabilny jak WIG-Banki

Od blisko roku branżowy indeks WIG-Banki porusza się w trendzie bocznym, wahając się w przedziale 7 000 – 8 000 punktów. Jeśli pominąć krótki „wyskok” ze stycznia 2018, to bankowa konsolidacja trwa w zasadzie od lutego 2017, a historyczny szczyt z 2007 roku półtora roku temu został nawet nie tyle pobity, co tylko lekko draśnięty.

(Bankier.pl)

Zatem inwestycja w akcje banków przez ostatnią dekadę mogła przynieść zyski właściwie tylko wtedy, gdy inwestorowi udało się utrafić w „dołek” (2009, 2012 i 2016). Strategia „kup i trzymaj” zawiodła na całej linii. Tym bardziej, że podniesienie przez nadzór wymogów kapitałowych przez ostatnie lata w większości przypadków wyeliminowało lub mocno ograniczyło wypłacane dywidendy.

5 plag bankowych

Do wybuch światowego kryzysu finansowego akcje banków były głównym motorem giełdowej hossy. I to nie tylko w Polsce. W czasach kredytowej orgii banki przypominały kury znoszące złote jajka. Przy rentowności kapitałów własnych rzędu 20% tradycyjny biznes mógł się schować. Wszystko, co dobre (przynajmniej dla banków ich akcjonariuszy), kiedyś się kończy.

Pierwszą plagą (a raczej konsekwencją), która spadła na polski sektor bankowy, były kredyty liborowe. Skokowy wzrost notowań franka szwajcarskiego zmusił banki do zwiększenia kapitałów własnych i ograniczenia dźwigni finansowej. Drugi cios na tym froncie zadał KNF, po styczniu 2015 roku, podnosząc bankom wagi ryzyka i narzucając dodatkowe wymogi kapitałowe. Niektórzy kredytodawcy – jak np. Getin Noble Bank – nie podnieśli się po tym aż do dziś.

A to jeszcze nie koniec. Nad kilkoma bankami wisi w powietrzu wyrok TSUE, który może zmienić linię orzecznictwa polskich sądów w sprawie kredytów indeksowanych do franka szwajcarskiego. To w tej chwili najważniejszy czynnik ryzyka dla mBanku, Millennium i prawdopodobnie też GNB.

Drugą plagą był podatek bankowy, którym sektor został ukarany trzy lata temu. Opodatkowanie aktywów sprawiło, że akcjonariusze największych giełdowych banków muszą oddać państwu ok. 20% hipotetycznego zysku netto. W latach 2016-17 banki wpłaciły z tego tytułu do kasy państwa 7,8 mld zł, choć sporą część tej daniny przerzuciły na klientów – przede wszystkim poprzez obniżenie oprocentowania depozytów i powiększenie marży odsetkowej.

Trzecia plaga to brak normalnych, cyklicznych podwyżek stóp procentowych w NBP. Przy rekordowo niskich stopach procentowych banki mogą poprawiać wyniki finansowe właściwie tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, zwiększając sumę bilansową – czyli udzielając coraz więcej kredytów na coraz większe kwoty. Po drugie, tnąc i tak już śmiesznie niskie oprocentowanie depozytów. I polskie banki z obu tych opcji skorzystały, od trzech lat sukcesywnie poprawiając wynik odsetkowy pomimo rekordowo niskich stóp procentowych w banku centralnym. Zawdzięczają to po pierwsze boomowi w sektorze mieszkaniowym oraz coraz bardziej niebezpiecznym długiem konsumpcyjnym.

Czwartą plagą okazały się niewidziane od lat plajty w sektorze bankowym. Najpierw banki musiały zrzucić się na SKOK-i, w tym przede wszystkim upadek SKOK-u Wołomin kosztujący Bankowy Fundusz Gwarancyjny ponad 2,2 mld zł. Łącznie upadłe kasy pochłonęły 3,6 mld zł. W listopadzie 2015 zamknięty został SK Bank – największy wówczas bank spółdzielczy kosztował sektor 2 mld zł. Pokłosiem bankowych plajt było zwiększenie składki na BFG oraz bardzo kosztowna dla branży "zrzutka" na fundusz przymusowej restrukturyzacji. Tylko w 2019 roku banki zapłaciły na ten nowy byt 2 mld zł. Wydatki musiały zostać w całości zaksięgowane w styczniu, co uderzyło w wyniki banków za I kwartał. Nad branżą wciąż unosi się też ryzyko wyłożenia grubych miliardów na ewentualny bail-out Idea Banku.

Piąta plaga zmaterializowała się dopiero w ostatnich miesiącach. Są to nagłe i – przynajmniej oficjalnie – jednorazowe odpisy na duże kredyty dla sektora przedsiębiorstw. Prym w tej niechlubnej statystyce dzierży Alior, który „wyłożył się” na finansowaniu Ruchu, Onico i ZM Kania. Nikt nie wie, ile takich kredytowych trupów wciąż skrywa się w bankowych szafach. Wiadomo tylko, że wraz z postępującym spowolnieniem gospodarczym zapewne będzie ich przybywać.

Wyniki sektora nie napawają optymizmem

Notowane na GPW banki nie są jednak tworem jednolitym. Mamy grupę instytucji z potężnymi problemami (GNB, Idea), mamy banki „po przejściach” (BOŚ), banki z dodatkowym ryzykiem (Alior, mBank, Millennium) i na koniec mamy banki, które radzą sobie całkiem nieźle. Rynek jednoznacznie wytypował trzech zwycięzców, których akcje przez ostatni rok radziły sobie lepiej od konkurentów. To ING Bank Śląski, PKO BP, a niedawno doszlusował do nich BNP Paribas Bank Polska.

(Bankier.pl na podstawie danych NBP.)

Niemniej jednak wyniki całej branży nie wyglądają najlepiej, a ze względu na późną fazę cyklu koniunkturalnego raczej trudno oczekiwać ich istotnej poprawy. Z drugiej jednak strony wyceny polskich banków nie należą do wygórowanych. C/Z dla indeksu WIG-Banki obecnie nieco tylko przekracza 11, co jest dość niską wartością jak na historyczne standardy. W ciągu ostatniej dekady taniej było tylko na dołkach bessy w 2011, 2016 oraz… jesienią 2018, gdy na jaw wyszła tzw. afera KNF, a banki Leszka Czarneckiego jeszcze nie zdążyły zaraportować ogromnych strat za 2018 rok.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
1 1 greatmongo

A moze po prostu banków jest za duzo?

Dotychczas byl ogromny boom na finansowanie i mozna bylo latwo w tym zarobic.

! Odpowiedz
4 19 kyd

Repolonizacja w praktyce. ;-)
Nie ma wzrostu, nie ma pomysłu, reaktywne funkcjonowanie na rynku, reakcja tylko w przypadku wyraźnego zagrożenia pozycji.
Ot wypielęgnowana taka klasyczna "urzędnicza siermięga".
To nie są spółki, w które warto inwestować swoje pieniądze, ajuż w ogóle emerytalne.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne
WIG-BANKI -0,39% 7 129,92
2019-09-23 09:12:00
WIG -0,05% 57 453,58
2019-09-23 09:08:00
WIG20 -0,78% 2 154,77
2019-09-23 09:23:45
WIG30 -0,66% 2 448,64
2019-09-23 09:23:00
MWIG40 0,16% 3 756,66
2019-09-23 09:08:45
DAX -0,76% 12 373,79
2019-09-23 09:23:00
NASDAQ -0,80% 8 117,67
2019-09-20 22:03:00
SP500 -0,49% 2 992,07
2019-09-20 22:08:00

Znajdź profil

Przejdź do strony za 5 Przejdź do strony »

Czy wiesz, że korzystasz z adblocka?
Reklamy nie są takie złe

To dzięki nim możemy udostępniać
Ci nasze treści.