REKLAMA

Jackson Hole i wielkie pytanie o "drukowanie"

Michał Żuławiński2021-08-26 06:00analityk Bankier.pl
publikacja
2021-08-26 06:00
Jackson Hole i wielkie pytanie o "drukowanie"
Jackson Hole i wielkie pytanie o "drukowanie"
/ Reuters

"Drukować czy nie drukować (aż tyle)?" - nad tym pytaniem głowią się bankierzy centralni na całym świecie. Rozpoczynające się dziś sympozjum Rezerwy Federalnej w Jackson Hole może, choć nie musi, dać odpowiedź na kwestię, która od wielu miesięcy wisi nad rynkami finansowymi.

„Polityka makroekonomiczna w niezrównoważonej gospodarce” – tak brzmi oficjalne hasło tegorocznego sympozjum w Jackson Hole. Gdyby amerykańscy bankierzy centralni porzucili ten formalny ton, to najpewniej debatowaliby pod hasłem „To wszystko miało być inaczej”.

Zacznijmy od samej logistyki. Ubiegłoroczna konferencja w Jackson Hole, jak wiele innych tego typu wydarzeń, odbyła się oczywiście w formie zdalnej. Przez ostatnie miesiące tegoroczne sympozjum zapowiadane było jako powrót do formy spotkania na żywo. Wszystko zmieniło się w ostatni piątek, gdy Rezerwa Federalna ogłosiła, że w związku ze wzrostem przypadków zakażeń wariantem delta koronawirusa, również i w 2021 r. najważniejsza monetarna konferencja świata znów odbędzie się wirtualnie.

To jednak tylko wierzchołek góry lodowej (na którą być może płynie amerykański bank centralny, ale o tym nieco dalej). Rok temu przewodniczący Fedu Jerome Powell ogłaszał, że kierowany przez niego bank centralny będzie przejściowo tolerował inflację wyższą niż 2 proc. Latem 2020 r. tempo wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych wynosiło w USA 1 proc. Obecnie jest to ponad 5 proc. – najwięcej od 13 lat. Podobnie jak w Polsce, również za oceanem trwa debata, na ile obecna inflacja jest przejściowa i wynika z otwarcia gospodarki po lockdownach, a na ile ma charakter fundamentalny i długotrwały.

Mandat Rezerwy Federalnej obejmuje nie tylko inflację, ale i rynek pracy. Jego kondycja również jest odmienna od tej, jakiej oczekiwano kilkanaście miesięcy temu. Owszem, same twarde dane pokazują, że wciąż jesteśmy w fazie odbudowy - przez poprzednie 15 miesięcy amerykańskie firmy przywróciły 16,5 mln miejsc pracy z 22,2 milionów utraconych w wyniku ogólnokrajowego zamknięcia gospodarki w marcu i kwietniu 2020 r. Problem jednak w tym, że amerykańscy pracodawcy powszechnie narzekają na brak rąk do pracy. Faktu tego trudno nie wiązać z hojnymi (szczególnie jak na amerykańskie warunki) „zasiłkami covidowymi”, które zniechęciły wielu Amerykanów od podejmowania pracy w wielu sektorach gospodarki. Oczywiście sposobem na przyciągnięcie pracowników zawsze jest podniesienie płac, jednak działanie to samo w sobie również ma charakter inflacyjny (cena pracy to też cena), a wzrost kosztów często przerzucany jest na klienta końcowego.

Na to wszystko nałożyć trzeba także inne zawirowania natury podażowej. Przepływ towarów i półproduktów z Azji jest wolniejszy i droższy niż przed pandemią. Niektóre branże – np. motoryzacyjna czy wysokich technologii – paraliżują problemy z dostawami mikrochipów, które z kolei wynikają z ograniczonego dostępu do półprzewodników. Ich podaż została ograniczona w momencie wybuchu pandemicznego kryzysu, kiedy powszechnie sądzono, że przed globalną gospodarką chude lata. Okazało się jednak, że świat wyszedł z wirażu z zaskakująco wysoką prędkością, do czego w wydatnym stopniu przyczynił się zalew pieniędzy z banków centralnych – to właśnie te instytucje zapewniły środki na rozmaite tarcze i programy stymulacyjne, bez których nie widzielibyśmy tak dużego popytu na rozmaite towary.

Co Aion Bank proponuje inwestorom? Nowy gracz na rynku

Aion Bank w pojedynkę nie dokona rewolucji w zakresie tego, jak inwestują Polacy. Nie skłoni też doświadczonych inwestorów do przenoszenia środków z domów maklerskich. Oferta nowego banku dla inwestorów to jednak kolejny krok przybliżający nasz rynek do zachodnich standardów.

Podażowy charakter obecnych problemów gospodarki to też coś, z czym Rezerwa Federalna wcześniej nie miała do czynienia. Kryzysowy podręcznik wykuty w latach 2007-2009 zakładał, że gdy „w gospodarce coś nie sztymuje”, to należy a) obniżyć stopy procentowe do zera oraz b) uruchomić wielomiliardowe programy skupu aktywów, zapewniając podmiotom gospodarczym (i rządom) dostęp do taniego pieniądza. W myśl takiego podejścia, dodatkowe środki uruchomią popyt, który nakręci koniunkturę. Szkopuł w tym, że obecnie nie ma problemu z popytem, lecz z podażą – żadne, nawet najbardziej wymyślne programy banku centralnego nie sprawią, że prędko zażegnamy kryzys półprzewodnikowy.

Te same programy są jednak w stanie pompować bańki w rozmaitych sektorach gospodarki. Pozostańmy przy samochodach, jednym z głównych symboli amerykańskiego stylu życia – w związku z brakami dostaw nowych aut oraz pojawieniem się w portfelach Amerykanów dodatkowego zastrzyku gotówki, ceny używanych pojazdów wystrzeliły. Ich ceny są przeciętnie o 41,7 proc. wyższe niż latem 2020 r.

Jak zwykle, w centrum uwagi znajduje się również rynek nieruchomości, który rozgrzewany jest przez historycznie niskie stopy procentowe. Więcej na ten temat pisaliśmy w artykule "Bańka na amerykańskim rynku nieruchomości" autorstwa Krzysztofa Kolanego, głównego analityka Bankier.pl.

Ograniczać czy nie?

O podwyżkach stóp procentowych nikt w USA jeszcze nie myśli. Fed niezmiennie podkreśla, że „spodziewa się utrzymania obecnego poziomu stopy funduszy federalnych, dopóki nie będzie pewny, że gospodarka otrząsnęła się z ostatnich wydarzeń i że jest na ścieżce do osiągnięcia celów maksymalnego zatrudnienia i stabilności cen”.

Pytania budzi natomiast kwestia programu skupu aktywów (QE), który obecnie opiewa na 120 mld USD miesięcznie. Jest więc z czego ciąć, szczególnie w świetle rozpędzającej się gospodarki i inflacji. Dywagacje na temat ograniczenia QE („taperowania”) trwają przynajmniej od wiosny. Ostatnio kwestia ta wróciła na tapet i wydawało się, że Jackson Hole – podobnie jak w czasie „wychodzenia” z poprzedniego kryzysu – będzie dla Fedu odpowiednią sceną do zasygnalizowania normalizacji polityki. Jak zwykle w tego typu wypadkach, decyzja o zacieśnieniu polityki monetarnej napotyka na wiele przeszkód (w przeciwieństwie do podejmowanych w pandemicznej panice decyzji o łagodzeniu stóp – złośliwi powiedzą, że wówczas najpierw obniżano stopy procentowe, a dopiero potem zastanawiano się czy miało to sens).

W ostatnich komentarzach ekonomistów coraz częściej pojawia się przekonanie, że w najbliższych dniach Fed jeszcze nie zasygnalizuje zmiany kursu. W zależności od wersji, amerykański bank centralny miałby poczekać na kolejne dane z rynku pracy (w pierwszy piątek nowego miesiąca), następnie do wrześniowego (21-22.09) lub nawet listopadowego (2-3.11) posiedzenia.

Rynki na rozdrożu

Jak zwykle, w centrum uwagi znajdzie się reakcja amerykańskiego rynku akcji, który w ostatniej dekadzie rósł w rytm łagodnej polityki monetarnej Fedu. Również w tym roku na Wall Street rekord goni rekord, co kontrastuje z pełną obaw o stabilność amerykańskiej gospodarki retoryką Fedu. Uczestnicy rynków pamiętają jednak wydarzenia z lat 2013-14, gdy ograniczanie QE (ang. tapering) wywołało gwałtowny odpływ kapitałów z rynków wschodzących, wywołując lokalne kryzysy walutowe i wzrost rentowności obligacji EM. Słowem – od tego, co Fed uradzi w Jackson Hole (lub później) w sporej mierze zależeć może sytuacja na rynkach do końca tego roku.

Oczywistą furtką dla Fedu pozwalającą powstrzymać się od oczekiwanych działań normalizacyjnych była i jest pandemia. Z rozwiązania tego skorzystał niedawno Bank Rezerw Nowej Zelandii, który wbrew rynkowemu konsensusowi nie podniósł stóp procentowych, argumentując to reakcja na lockdown, który na antypodach wprowadzony został z powodu wykrycia pojedynczego przypadku koronawirusa w wariancie delta. Powstrzymanie się od działania może jednak sprawić, że oczekiwania inflacyjne Amerykanów poszybują w górę, a warto pamiętać, że w ostatnich dziesięcioleciach nie przerabialiśmy wariantu masowej utraty wiary w zdolność banku centralnego (i to najważniejszego na świecie) do powstrzymania wzrostu cen.

Na najbliższe działania Fedu z pewnością uwagę zwracać będzie polska Rada Polityki Pieniężnej. Jej przewodniczący, a zarazem prezes NBP, jasno oświadczył, że amerykański bank centralny jest jednym z punktów orientacyjnych dla polskiej polityki monetarnej. W ten sposób Adam Glapiński jasno ustawił kierowaną przez siebie instytucję na innej półce niż banki centralne Węgier i Czech, które rozpoczęły już cykl podwyżek stóp procentowych.

 - Nasze podejście jest podobne do tego, jakie ma Rezerwa Federalna (bank centralny USA), czy EBC (Europejski Bank Centralny): czekamy aż ożywienie gospodarcze stanie się pewne i trwałe, i wtedy będziemy się przyglądać, czy jest ryzyko wzrostu inflacji. I na pewno nie będziemy się wahać: będziemy działać natychmiast, jak tylko będzie to konieczne –  powiedział Adam Glapiński w lipcowym wywiadzie dla "Financial Times".

Przemówienie przewodniczącego Fed Jerome’a Powella, dla którego może być to ostatnie Jackson Hole w tej roli (o przedłużeniu jego wygasającego w lutym 2022 r. mandatu zadecyduje prezydent Biden), zaplanowano na piątek 27 sierpnia na godzinę 16:00 czasu polskiego.

Źródło:
Tematy
Zamów kartę flotową BP Komfort Prepaid i odbierz 200 zł w prezencie

Zamów kartę flotową BP Komfort Prepaid i odbierz 200 zł w prezencie

Komentarze (15)

dodaj komentarz
kimdzongtusk
Przecież i tak większośc tego "druku" idzie do bezosów, cukierkowych i muskuf. FED i w ogóle USA stały sie zakładnikiem Wall Street. Ani tam juz kapitalizmu ani wolnego rynku.
max5000
W USA jest najwięcej noblistów z ekonomi i nie wiedzą co robić? Jeśli oni nie wiedzą to my tym bardziej.
max5000
Nikt nie opisał w książkach do ekonomii sytuacji z która mamy obecnie do czynienia?
lightning_network
niezależnie co Fed uradzi - Buy Bitcoin (na dołkach - BTFD ;)
mooooo
Będą drukować bo muszą być historyczne szczyty I stabilne wzrosty bez tego upadnie morale amerykanskiej gospodarki a tym samym dobrobyt wiecznego raju .
zosia3005
„To wszystko miało być inaczej” - no naprawdę, jak można było zakładać inny finał ? Niby jak miało się skończyć szalone drukowanie przy zerowych stopach ? Dla mnie sprawa jest całkowicie jasna - zapędzili świat w pułapkę bez wyjścia. To oczywiste, że teraz każde rozwiązanie musi skończyć się źle. Najbardziej irytuje mnie to, że sprawcy „To wszystko miało być inaczej” - no naprawdę, jak można było zakładać inny finał ? Niby jak miało się skończyć szalone drukowanie przy zerowych stopach ? Dla mnie sprawa jest całkowicie jasna - zapędzili świat w pułapkę bez wyjścia. To oczywiste, że teraz każde rozwiązanie musi skończyć się źle. Najbardziej irytuje mnie to, że sprawcy tej katastrofy, którzy działali z rozmysłem nie zostaną w żaden sposób ukarani.
langdon25
Bankier żartuje pisząc że Glapa swoje decyzje o stopach rozważa w oparciu o to robi FED .

On te decyzje dostaje faxem z willi na Żoliborzu .
pozhoga
Serio? Ale masz na to jakieś dowody? Czy tak tylko pitolisz?
pstrzezek odpowiada pozhoga
Kolejny trollik w obronie jedynie słusznej partii. To że u was za Bugiem tak to działa to żaden argument że w PL powinno być tak samo
liczygrosz
Po co takie bezsensowne komentarze piszecie ? Czujecie się szczęśliwsi dzięki swojej głupiej złośliwości ?

Powiązane: USA: giełdy i gospodarka

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki