Pod przykryciem negocjacji na wysokim szczeblu oraz sytuacji na Półwyspie Koreańskim i Bliskim Wschodzie, trwa wymiana ciosów między Waszyngtonem a Pekinem. Wojna handlowa jest jeszcze niezbyt widowiskowa, ale już bolesna dla biznesu.
Na pierwszy rzut oka sytuacja na linii USA-Chiny ustabilizowała się. Po pierwszej turze sankcji, strony zapowiedziały co prawda kolejne podwyżki ceł, ale nie weszły one jeszcze w życie. Tymczasem najważniejsi chińscy i amerykańscy politycy odpowiedzialni za politykę gospodarczą spotkali się w Pekinie, by negocjować "zawieszenie broni". Kolejne rozmowy odbędą się w przyszłym tygodniu w Waszyngtonie.
To, że mocarstwa zasiadły do negocjacyjnego stołu wcale nie oznacza, że napięcie między nimi spadło. Amerykańskie żądania są tak ogromne, że nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy, że Chińczycy mogliby je zrealizować. Na liście znalazły się:
- redukcja nadwyżki handlowej o 200 mld dol. rocznie do 2020 r.,
- zmniejszenie ceł na amerykańskie towary do poziomu nakładanych na chińskie produkty przez USA,
- wycofanie się Pekinu z rządowych subsydiów dla firm wpisujących się w strategię Made in China 2025,
- nienakładanie dodatkowych ceł na amerykańską soję w reakcji na nowe cła nałożone na chińskie produkty,
- zaakceptowanie ograniczeń dla chińskich inwestorów w USA,
- szersze otwarcie Chin na zagranicznych inwestorów.
Właściwie w grę wchodzi realizacja wyłącznie ostatniego postulatu, inne są albo niemożliwe do spełnienia (nr 1), albo nie podlegają negocjacjom, ponieważ stanowią fundament polityki gospodarczej Państwa Środka (nr 3). Po co zatem Amerykanie przystąpili do rozmów z takimi żądaniami? Być może po to, by mieć, z czego ustąpić oraz przedłużać negocjacje. A nawet realizacja przez Pekin 1-2 postulatów mogłaby zostać (słusznie) ogłoszona jako wielki sukces Trumpa. Jednak prawdopodobne wydaje się również, że Amerykanom po prostu nie zależy na porozumieniu, przynajmniej na tym etapie.
Póki trwają negocjacje, Chiny i USA powstrzymują się od wymiany widowiskowych ciosów - nakładania zaporowych ceł na kolejne grupy towarów. Ale nie jest to równoznaczne z powstrzymaniem się od walki.
Waszyngton zakazuje sprzedaży chipów i oprogramowania chińskiemu gigantowi telekomunikacyjnemu ZTE oraz prowadzi postępowanie karne i grozi podobnymi karami kolejnemu - Huawei, a Pentagon nakazuje oczyszczenie wszystkich amerykańskich baz wojskowych ze sprzętu chińskich producentów. Biały Dom staje również twardo w obronie linii lotniczych, które w swojej ofercie klasyfikują Tajwan, Makao i Hongkong jako terytoria nienależące do Chin.
Pekin patyczkuje się jeszcze mniej. Zaostrza kontrole importowanej z USA wieprzowiny, owoców i drewna, uzasadniając to rzekomym wykryciem naruszenia norm sanitarnych i opóźniając dostawy. Chińczycy ograniczają lub nawet całkowicie anulują zamówienia amerykańskiej soi, kukurydzy, sorgo, wieprzowiny, złomu i papieru. Władze nakazują zwiększenie produkcji soi oraz przyspieszenie i zwiększenie inwestycji w firmy produkujące półprzewodniki.
Zamiast otwartego konfliktu, którego fatalne efekty mogłyby szybko zmusić obie strony do opamiętania, mamy do czynienia z walką buldogów pod dywanem. Jak długo będziemy musieli czekać aż rosnącej skrywanej rywalizacji nie uda się już utrzymać pod przykryciem?
Maciej Kalwasiński
























































