To nie cła są najgroźniejszym orężem w wojnie handlowej w XXI wieku. Po jedną z broni większego kalibru sięgnął właśnie Waszyngton, odcinając chińskiemu gigantowi telekomunikacyjnemu ZTE dostęp do komponentów produkowanych w Stanach Zjednoczonych.
ZTE jest wdzięcznym celem w sporze handlowym z Państwem Środka. W 2012 r., wraz z innym potentatem branży - Huawei, był przedmiotem śledztwa Komisji ds. wywiadu Izby Reprezentantów. Amerykanie ustalili, że ekspansja chińskich gigantów telekomunikacyjnych zagraża bezpieczeństwu narodowemu Stanów Zjednoczonych i zarekomendowali administracji publicznej oraz firmom prywatnym, by nie korzystały z chińskich urządzeń i komponentów. Zalecili również blokowanie przejęć, na które chrapkę mieli Chińczycy. Wszystko z powodu obaw, że władze w Pekinie w każdej chwili mogą polecić formalnie prywatnym (w rzeczywistości powiązanych siecią interesów i znajomości z aparatem państwowym) firmom działanie na szkodę USA - czy to zakłócenie komunikacji, czy zbieranie i przetwarzanie wrażliwych danych. A może, jak wskazują Chińczycy, chodziło o ograniczenie rozwoju taniej, zagranicznej konkurencji?
Ograniczając dostęp do największego rynku świata, Amerykanie znacząco zahamowali rozwój ZTE. Ale na tym problemy spółki się nie skończyły. W 2016 r. trafiła na radar Departamentu Handlu USA. Tym razem poszło o handel z objętymi embargiem Iranem i Koreą Północną. Chińczycy kupowali komponenty w USA i umieszczali je w swoich produktach, które następnie sprzedawali reżimom ajatollachów i Kim Dzong Una. Gdy sprawa wyszła na jaw, ZTE zgodził się m.in. zapłacić 1,19 mld dolarów grzywny oraz przyjął karę "odmowy przywilejów eksportowych" w zawieszeniu na 7 lat.
Teraz Amerykanie uznali, że spółka naruszyła warunki porozumienia i kara wcześniej zawieszona weszła w życie. "ZTE wprowadził w błąd Departament Handlu. Zamiast upomnienia pracowników i kierownictwa wyższego szczebla, ZTE nagrodził ich. Tego rażącego zachowania nie można zignorować - powiedział sekretarz handlu Wilbur Ross. Pracownikom zaangażowanym w proceder oszczędzono pisemnego upomnienia, a nawet nagrodzono bonusami.
Co kryje się za "przywilejem eksportowym"? Przede wszystkim możliwość bezpośredniego i pośredniego zakupu zaawansowanych towarów, oprogramowania czy technologii produkowanych w USA. Odmowa przywileju oznacza, że chińska firma zostanie odcięta od komponentów, które są niezbędne do wytworzenia produktów oferowanych przez ZTE. Chińczycy będą zatem musieli albo znaleźć innego sprzedawcę, albo przeprojektować swoje produkty. We wtorek spółka ogłosiła, że prowadzi proces oceny implikacji amerykańskiej decyzji, tymczasem jej notowania na giełdzie w Hongkongu zostały zawieszone.
Moment nałożenia tak drakońskich sankcji nie jest przypadkowy - ZTE dopuściła się naruszeń w 2016 i 2017 r., jednak karę poniesie teraz, gdy Donald Trump wypowiedział Chinom wojnę handlową. Ograniczenie konfliktu wyłącznie do sfery wymiany towarowej byłoby bolesne dla obu stron, więc łatwo może się on rozlać na na inne formy współpracy gospodarczej. USA mogą nie tylko podwyższyć cła na produkty wytwarzane za Murem (nie tylko przez chińskie firmy), ale i jeszcze mocniej niż obecnie ograniczyć chińskie akwizycje czy zablokować eksport kluczowych produktów, w tym właśnie technologii. Z kolei Pekin, obok widowiskowych środków skupionych wokół taryf czy - w bardziej drastycznym scenariuszu - obligacji, ma do dyspozycji także sprawdzone rozwiązania, jak utrudnianie działalności amerykańskim firmom.




























































