W styczniu juan umocnił się wobec dolara najbardziej od blisko 40 lat. Szybkie tempo wzrostu wartości "czerwonego" może wkrótce skłonić Pekin do interwencji. A w 2015 r. podobny zabieg nie skończył się najlepiej ani dla Chin, ani światowej gospodarki.


To, co w przypadku walut swobodnie wymienialnych nikogo specjalnie nie dziwi, w przypadku waluty chińskiej jest sporym wydarzeniem. W ubiegłym miesiącu juan umocnił się wobec dolara o kosmiczne 3,4 proc. Według doniesień "Financial Times" jest to największa aprecjacja nie tylko od 2005 r., gdy Państwo Środka zerwało sztywny kurs powiązany z "zielonym", ale nawet od 1980 r., czyli zarania rynkowych reform Denga Xiaopinga.
A wszystko działo się przy błogosławieństwie Pekinu, który kontroluje juana, ustalając kurs referencyjny, wobec którego waluta może się umocnić lub osłabić o maksymalnie dwa procent dziennie. Teoretycznie następnego dnia kurs referencyjny powinien być wyliczany w oparciu o kurs zamknięcia z dnia poprzedniego i wahania kursu dolara wobec walut wchodzących w skład koszyka walut (w tym polskiego złotego). Jednak w przeszłości różnie z tym bywało. Ludowy Bank Chin podkreśla znaczenie stabilności na rynkach finansowych i stara się ograniczać zmienność.
Zdaniem analityków Unicredit, których cytuje "Financial Times", jeszcze pół roku temu Pekin był bardziej skłonny hamować szybkie umocnienie "czerwonego" wobec "zielonego" niż obecnie. Wygląda więc na to, że po tym, jak udało się zatamować potężny wyciek kapitału zza Muru i uspokoić nastroje na krajowym rynku finansowym, widzialna ręka władzy ustąpiła, przynajmniej na pewien czas, niewidzialnej ręce rynku.
Co na to chińscy eksporterzy? W końcu powszechne jest przekonanie, że silna waluta to dla nich problem. I dlaczego rząd nie decyduje się, jak miał to w zwyczaju, żeby ich wesprzeć? Argumentów nie brakuje. Poczynając od wymiany proeksportowego modelu rozwoju na bardziej sprzyjający konsumpcji, także towarów sprowadzanych z zagranicy, przez obawy o wzrost napięcia na linii z Waszyngtonem, który regularnie skarży się na ogromny deficyt USA w handlu z Chinami, po dolarowe zadłużenie, które ciąży chińskim bankom i firmom. Aprecjacja "czerwonego" zniechęca też mieszkańców Państwa Środka do wywożenia oszczędności za granicę, a w Pekinie z pewnością wciąż żywa jest pamięć problemów, do jakich odpływ kapitału doprowadził w latach 2014-16. Najbardziej spektakularnym akcentem tego okresu było przepalenie biliona dolarów rezerw walutowych.
W tym świetle umocnienie juana nie wydaje się czymś złym i nie ma silnych argumentów za tym, żeby Ludowy Bank Chin miał zainterweniować. Szczególnie jeśli przypomnimy sobie eksperyment z sierpnia 2015 r., kiedy Pekin nagle zdewaluował juana o kilka procent w ciągu trzech dni. Ruch był różnie oceniany - jedni eksperci mówili, że to celowy zabieg, który miał wzmocnić kulejący eksport, inni powtarzali tłumaczenie Chińczyków - że to po prostu zmiana metody wyznaczania kursu, prorynkowa i zalecana przez MFW. Konsekwencje były za to jednoznaczne - mocno dostało się chińskiej giełdzie, oberwały też parkiety w Europie i surowce, m.in. miedź oraz ropa. Wyglądało na to, że kolejna fala kryzysu globalnego może się wyłonić zza Muru. Na szczęście nic takiego się nie stało.
Wydaje się za to, że Pekin wyciągnął z całego zamieszania lekcję i nie zdecyduje się znów tak mocno zaskoczyć rynków. Nikt jednak nie wie, co siedzi w głowach włodarzy Państwa Środka. A kurs juana jest już bardzo blisko tego sprzed dewaluacji z 11.08.2015 r. Dlatego warto obserwować, co będzie się działo w najbliższych dniach na linii "zielony"-"czerwony".
Najnowsze wieści zza Muru

Więcej informacji, komentarzy i analiz dotyczących gospodarki Chin znajdziesz w naszej nowej sekcji.



























































