Niejednokrotnie mieliśmy już do czynienia z sytuacją, gdy wyniki wyborów znacznie różniły się od tego, czym wcześniej karmiły nas sondaże. Jednym z najbardziej znanych wypadków tego typu była z pewnością druga tura wyborów prezydenckich w 2005 roku. Niektóre ośrodki dawały Tuskowi nawet 7-punktową przewagę nad Lechem Kaczyńskim. Dlaczego przedwyborcze szacunki tak często różnią się od wyników, które ogłasza Państwowa Komisja Wyborcza?
Teoria spiskowa
Czy ośrodki badania opinii publicznej mogą fałszować wyniki sondaży? Oczywiście – i tak nikt tego nie sprawdzi. Ale czy to robią? Tu, naturalnie, pewności również mieć nie można. Można jednak odwołać się do zdrowego rozsądku. Jedyny sposób sprawdzenia, czy firma ankieterska jest skuteczna, to porównanie jej badań ze stanem faktycznym. Trudno podejrzewać, że twórców sondażu, którzy przeszacowali daną partię na 20 punktów procentowych, ktokolwiek zatrudni do przeprowadzenia kolejnych badań.
Nie oznacza to jednak, że sondaże nie są przedmiotem manipulacji. Pytania typu: „na kogo oddasz głos w drugiej turze, gdyby przeszli do niej Komorowski i Kaczyński” stawiają przed nami tylko pozorny wybór. Sondaże poparcia zawierające nazwiska tych dwóch kandydatów pojawiały się już wówczas, gdy prezes PiS nie podjął jeszcze decyzji, czy weźmie udział w wyborach. Tworząc układ dwustronny i podlewając go sosem „powrotu do IV RP”, wyborcy nie zastanawiają się nad tym, który z 10 kandydatów najlepiej reprezentuje ich poglądy. Obawiając się zmarnowania głosu, zaczynają głosować nie tylko „za” konkretnym kandydatem, ale też „przeciw” - oddając głos na jego konkurenta.
Z tym faktem związane są dwa zachowania opisywane w literaturze zajmującej się opinią publiczną. Pierwsze nosi nazwę bandwagon effect i polega na przenoszeniu swoich głosów na kandydata, który ma największą szansę na zwycięstwo. Drugie to tzw: „spirala milczenia” opisana przez E. Noelle-Neumann. Według niego wyborca może ukrywać swoje rzeczywiste preferencje wyborcze, by nie narazić się na śmieszność. Dzieje się to zwłaszcza w sytuacjach, gdy jeden z kandydatów jest niekorzystnie przedstawiany w mediach.
Kolejnym sposobem manipulowania sondażami jest sam sposób ich prezentacji. Nieraz słowa „poparcie”, „zaufanie”, „popularność” czy „sympatia” stosuje się zamiennie – podczas, gdy w samym sondażu pytanie jest postawione konkretnie i istnieje dokładne rozróżnienie, czy badane są emocje, czy sposoby konkretnych zachowań.
Lepsze jest wrogiem dobrego?
Pod każdym sondażem znajdujemy informację, która mówi nam, że badanie przeprowadzone zostało na grupie reprezentatywnej. Pojęcie to oznacza taki zbiór osób, które są jak najlepszym odbiciem całego społeczeństwa. Pytanie brzmi zatem: jak taką grupę wyłonić?
Tutaj zaczynają się schody, bo metod takich jest kilka, a wybrane grupy mogą znacznie różnić się między sobą. Pierwszym sposobem jest losowy dobór respondentów. Jego głównym założeniem jest wymóg, by każda osoba z danej populacji miała chociaż minimalną szansę znalezienia się wśród osób badanych – niezależnie od tego, czy mieszka w centrum Warszawy, czy może w sercu Bieszczad. Sam sposób losowania ma różne warianty – możemy dokonać prostej, przypadkowej selekcji, podzielić najpierw daną grupę na mniejsze, przypadkowe komórki lub dokonać fragmentaryzacji ze względu na „warstwowe” cechy: płeć, wiek itd.
Ostatni sposób jest nieco powiązany z drugą metodą – kwotową. Polega ona na takim doborze próby, by jak najlepiej odzwierciedlała rozwarstwienie społeczeństwa. Dla przykładu: jeśli 10% społeczeństwa do ludzie pomiędzy 20 a 26 rokiem życia, posiadający wyższe wykształcenie i nie więcej niż jedno dziecko, to dokładnie 10% badanej próby powinno spełniać te warunki.
Wszystkie te metody mają swoje wady i zalety. Obecnie najpopularniejszą metodą wyłaniania badanych jest losowanie warstwowe. Jego główną wadą jest to, że wszelkie próby podziału społeczeństwa muszą być uproszczone. Wynika to z faktu zbyt dużej liczby cech ludzkich, których uwzględnienie w badaniu jest niemożliwe.
Dzwonię do Pani, Pana...
Nie tylko sposób doboru grupy ma wpływ na wynik badania. Nie mniej istotny jest sam sposób jego przeprowadzenia. W sytuacji, gdy czas ma znaczenie (a tak jest w przypadku sondaży prezydenckich), najczęściej stosuje się badania telefoniczne. Tu również zaczynają się problemy. Dwa lata temu tylko 56% Polaków deklarowało posiadanie w domu telefonu stacjonarnego – wynika z badań IMAS International. 79% przyznało, że ma telefon komórkowy. Mimo, że liczba ta wydaje się wysoka, dla badań sondażowych stanowi nie lada problem. Okazuje się bowiem, że nadal nie można objąć badaniem telefonicznym 20 procent populacji. Są to zazwyczaj osoby mieszkające w małych miejscowościach, które należą do konkretnej grupy społecznej. Dlatego też kandydaci, których w większości popierają mieszkańcy wsi, mogą być znacznie niedoszacowani.
Przeszkodą w prowadzeniu badań jest również tzw. efekt ankieterski, związany ze wspomnianą wcześniej spiralą milczenia. Polega on na niezamierzonym (przynajmniej w teorii) wpływie osoby, która przeprowadza ankietę, na badanego. Możliwości jest tutaj bardzo wiele – poczynając od wyglądu kandydata w badaniu face to face, przez sposób zadawania pytań, kończąc na ciepłym, kobiecym głosie w słuchawce telefonu. Od tych problemów wolne są sondaże internetowe i przeprowadzane metodą listową, te jednak z różnych przyczyn nie mają zastosowania w przypadku kampanii wyborczych.
Próba ustalenia preferencji całego społeczeństwa przez przepytanie około tysiąca osób z punktu widzenia logiki jest zadaniem karkołomnym. Mimo to, sondaże wyborcze w porównaniu do tych, które odbywały się kilkadziesiąt lat temu, są bardzo dokładne. Ośrodkom niejednokrotnie zdarza się jednak popełniać błędy, które wypaczają wynik badania. Wystarczy bowiem pominąć z pozoru mało znaczącą kwestię, by całkowicie zafałszować rezultat. Diabeł tkwi w szczegółach.
Mateusz Szymański
Bankier.pl



























































