Po tym jak główny indeks giełdy w Szanghaju znalazł się o ponad 30 proc. poniżej szczytów notowanych w styczniu, władze w Pekinie w końcu stanowczo powiedziały spadkom: stop!


Tuż po rozpoczęciu piątkowej sesji indeks Shanghai Composite spadł poniżej poziomu 2450 punktów i znalazł się niemal 32 proc. niżej niż w apogeum hossy pod koniec stycznia oraz najniżej od 21 listopada 2014 r., okresu jeszcze przed napompowaniem i pęknięciem bańki w 2015 r. Jeszcze gorsza była sytuacja na bliźniaczej giełdzie w Shenzhen, gdzie indeks szerokiego rynku zniżkował z tegorocznych szczytów o niemal 40 proc.
Fatalne doniesienia z parkietów oraz kolejne sygnały o pogarszającej się koniunkturze gospodarczej w Państwie Środka w końcu skłoniły do stanowczej interwencji włodarzy w Pekinie. Czterech najważniejszych urzędników odpowiedzialnych za rynki finansowe za Murem - wicepremier Liu He, prezes Ludowego Banku Chin Yi Gang oraz szefowie nadzoru ubezpieczeniowego i bankowego (Guo Shuqing) oraz komisji papierów wartościowych (Liu Shiyu) - równocześnie wydało uspokajające komunikaty dot. stanu chińskiej gospodarki i stabilności systemu finansowego oraz obiecało wsparcie dla firm, które zastawiły udziały w biznesie, by zdobyć dostęp do finansowania (margin loans).
Mechanizm ten działa tak, że gdy cena zastawionych akcji spada do ustalonego poziomu, pożyczkodawcy mają prawo zażądać uzupełnienia depozytu (margin call), a jeśli nie otrzymają dodatkowych środków - sprzedać walory, dodatkowo nakręcając spadkową spiralę. A problem, choć nie tak duży jak po pęknięciu bańki w 2015 r., jest poważny - jak podaje "South China Morning Post" z tego źródła finansowania nie skorzystało zaledwie 13 spośród niemal 3500 spółek notowanych za Murem. Jest to także popularna metoda wśród dużych inwestorów. Łączna wartość zastawionych udziałów to ok. 4,5 bln juanów (650 mld dol.). Dlatego Pekin z jednej strony decyduje się teraz na zapewnienie zapożyczonym firmom dostępu do finansowania przez rynek bankowy i obligacji, a z drugiej - "przekonuje "pożyczkodawców", by nie sprzedawali akcji, choć mają do tego prawo.
Na reakcję inwestorów nie trzeba było długo czekać - już w piątek główne chińskie indeksy odbijały po przeszło 2 proc., a dziś tempo jeszcze nabrało rozpędu. Dobre nastroje wsparły weekendowe zapowiedzi Pekinu, który zamierza obniżać obciążenia podatkowe, by wesprzeć konsumpcję. Od 1 stycznia Chińczycy będą mogli korzystać z nowych ulg podatkowych, umożliwiających odliczenie od dochodów wydatków na edukację, spłatę kredytu mieszkaniowego i czynsz, leczenie poważnych chorób czy opiekę nad osobami starszymi - informuje Bloomberg. Zmiany były spodziewane, ale nikt nie spodziewał się, że cięcia podatków będę tak głębokie. Kolejne zapowiedzi wsparcia wycen chińskich spółek nadeszły również z banku centralnego.
W efekcie chińskie parkiety zalała fala czerwieni. Shanghai Composite wzrósł o 4,1 proc., najmocniej od 2 marca 2016 r. Jeszcze mocniej rosły wyceny na giełdzie w Shenzhen, gdzie większy udział mają mniejsze i prywatne spółki - indeks szerokiego rynku wzrósł o 4,9 proc., a Chinext - aż o 5,2 proc. Zrzeszający największe firmy z obu parkietów CSI300 zyskał 4,3 proc.
Jednak nawet tak silne odbicie nie zmienia smutnego obrazu giełd za Murem, które po dwóch wzrostowych sesjach nie wróciły nawet do poziomów z początku października. Shanghai Composite pozostaje ponad 25 proc. poniżej tegorocznych szczytów, a analogiczny indeks z Shenzhen - o ponad 30 proc.
Zobaczymy, na jak długo (tym razem) wystarczy Chińczykom paliwa do wzrostów w sytuacji, gdy nad Państwem Środka wciąż wiszą zacieśniający politykę pieniężną Fed i wojowniczy prezydent USA Donald Trump, a Pekin musi balansować między wspieraniem zwalniającej gospodarki a gaszeniem pożarów w sektorze finansowym.
Maciej Kalwasiński




























































