Miał być dumą Starego Kontynentu i technologiczną odpowiedzią na dominację USA. Zamiast tego po dziewięciu latach prac Future Combat Air System (FCAS) staje się pomnikiem dyplomatycznej katastrofy. Francuski Dassault żąda lwich udziałów, Niemcy czują się sprowadzeni do roli „bankomatu”. Decyzja o życiu lub śmierci projektu może zapaść jeszcze w tym miesiącu.


To miała być modelowa współpraca Berlina i Paryża. Zapoczątkowana jeszcze w 2017 roku przez Emmanuela Macrona i Angelę Merkel. Dziś, zamiast o przełomowych technologiach i silnej alternatywie wobec amerykańskiej dominacji w branży, mówi się o już raczej o niemocy. Kosztujący bagatela 100 mld euro program budowy myśliwca VI generacji wisi na włosku, a korporacyjne ego gigantów zbrojeniowych - czysto francuskiego Dassault Aviation i europejskiego Airbusa - blokuje wszelkie postępy.
Francuski apetyt, czyli większość tortu dla Dassault
Według doniesień „Sueddeutsche Zeitung”, w kuluarach trwają brutalne negocjacje, w których sentymenty zeszły na drugi plan, a na pierwszy wysunęły euro-argumenty.
Francuski koncern Dassault przekonuje, że tylko on posiada odpowiednie know-how technologiczne, dlatego to własnie Paryż, a nie Berlin, powinien kierować projektem, ale także zgarnąć większość pieniędzy z przyszłych kontraktów. Żądania płynące znad Sekwany są konkretne i bolesne dla Berlina, który miałby zostać sprowadzony do roli junior partnera i zrezygnować praktycznie całkowicie z zysków oraz zadowolić się z roli dostawcy poszczególnych elementów nowego płatowca.
Spór rozlewa się szerzej. W spółce są bowiem także Hiszpanie, a Madryt, podobnie jak Berlin, nie kryje frustracji żądaniami Dassault i blokowaniem prac przez Francuzów.
W tej sytuacji, pod względem wojskowym, to jednak francuzi są na gorszej pozycji. Niemcy w obliczu wojny na Ukrainie, ale przede wszystkim w obliczu wycofania myśliwców Tornado, które zdolne były do przenoszenia bronią jądrowej i chęci utrzymania się w amerykańskim programie “Nuclear Sharing” zdecydowały się kupić od Waszyngtonu myśliwce F-35 (V generacja). To o tyle kłopotliwy układ sił, iż najnowszymi myśliwcami, jakimi Francja dziś dysponuje są samoloty Rafale (4,5 generacja), a więc to właśnie Paryż jest w palącej potrzebie i “do tyłu”.
Francuska ruletka, czyli Macron gra va banque: Czołg za samolot
Prezydent Francji próbuje, więc ratować sytuację; chociaż zdaje się że ratować nie ma już czego. Z informacji płynących z Berlina wynika, jednak że Macron może ogłosić fiasko pierwotnego projektu już pod koniec lutego, podczas programowego przemówienia o bezpieczeństwie. Mimo to, w mediach francuski prezydent wciąż próbuje wywierać presję na kanclerza Friedricha Merza, skłaniając się nawet po szantaż, wiążąc przyszłość myśliwca z innym kluczowym projektem – czołgiem podstawowym nowej generacji (MGCS).
„Można sobie wyobrazić, że gdyby niemiecki partner zakwestionował wspólny projekt samolotu, bylibyśmy zmuszeni zakwestionować również wspólny projekt czołgu” – ostrzegł Macron w wywiadzie dla „Le Monde”.
A to dla Berlina mogłoby być już zbyt wiele. Zwłaszcza, że to właśnie Niemcy są liderami w produkcji broni pancernej na Starym Kontynencie.
A jak tam USA? Amerykanie już testują to, o czym Europa dopiero marzy
Podczas gdy Berlin i Paryż toczą wojnę o stołki i procenty, za oceanem silniki już grzeją się na pasie startowym. Stany Zjednoczone w wyścigu o dominację powietrzną (Next Generation Air Dominance – NGAD) uciekły reszcie świata o kilka długości.
Dla Amerykanów FCAS to pieśń odległej przyszłości, bo swój prototyp myśliwca VI generacji w tajemnicy oblatali już… kilka lat temu. Choć Pentagon trzyma szczegóły pod kluczem, a program przechodzi obecnie rewizję kosztów (cena jednego myśliwca może sięgać 300 mln dolarów), to fakty są takie, iż to USA mają latającą technologię, a Europa wciąż koncpepcje.
W dodatku Siły Powietrzne USA celują z wprowadzeniem maszyn do służby już w okolicach 2030 roku, czyli dekadę wcześniej, niż najbardziej optymistyczne (i mało realne) założenia francusko-niemieckie.
Plan B: Rozwód z Francją i mariaż z Wielką Brytanią i Japonią?
Co jeśli giganci się nie dogadają? Po pierwsze: Nie będzie to pierwszy raz. Francja już raz wyłamała się z projektu wspólnego myśliwca, który wyewoluował w Eurofightera. Wtedy tez powstał Rafale.
Scenariusze są jednak pesymistyczne. FCAS miał być nie tylko samolotem, ale przede wszystkim "systemem systemów", a więc elementem spinającym (sieciocentrycznym - takie ładne słowo) dla dronów, czujników, radarów i chmury obliczeniowej. W przypadku fiaska samego płatowca, rozważane jest jednak zachowanie samego programu cyfrowej chmury (Air Combat Cloud) i to raczej właśnie o to dziś toczy się resztka gry. Jeśli jednak drogi z Francją się rozejdą, Berlin będzie musiał szukać nowych sojuszników. Na giełdzie pojawiają się już alternatywy. Wejście w sojusz z Wielką Brytanią, Japonią i Włochami i dołączenie do także raczkującego programu GCAP albo otworzenie zupełnie nowego projektu ze szwedzkim Saabem.
Jak podaje Bloomberg, na stole leży też opcja miękkiego rozwodu, czyli budowa dwóch różnych samolotów na szczeblu krajowym, przy zachowaniu wspólnych technologii pod szyldem FCAS. Niemieccy politycy tracą jednak cierpliwość do półśrodków.
- Dwa odrzutowce albo nasz własny, niemiecki projekt, zobaczymy - powiedział Thomas Erndl, rzecznik ds. polityki obronnej w grupie parlamentarnej kanclerza Merza.
„Będziemy musieli jednak poszukać innych partnerów, a następnie opracować odrzutowiec szóstej generacji pod naszym kierownictwem. Francja ze swojej strony może oczywiście realizować własne plany rozwoju”.
Co na to Francuzi? Dyrektor generalny Dassault, Eric Trappier, twierdzi, że o koncepcji dwóch samolotów nawet nie słyszał i wciąż apeluje o "zdecydowane przywództwo" – oczywiście francuskie.
Oprac. AO.









































