Lekkomyślny, nieobliczalny, chimeryczny narcyz i bufon. A może wybitny strateg i taktyk, szachowy arcymistrz, przewidujący posunięcia przeciwników na kilkanaście ruchów do przodu? Na Zachodzie ugruntował się pierwszy wizerunek Donalda Trumpa, tymczasem drugi obraz wyłania się z opinii części chińskich elit przedstawionych na łamach "Financial Timesa".
Donald Trump nie ma najlepszej prasy w zachodnich mediach. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na artykuł opublikowany przed tygodniem w "Financial Times". Mark Leonard, dyrektor European Council on Foreign Relations, relacjonuje, jak 45. prezydenta USA widzą urzędnicy i intelektualiści zza Muru.
Chińskie elity, a przynajmniej ich reprezentanci, z którymi rozmawiał Leonard, są pod wrażeniem umiejętności taktycznych i strategicznych Trumpa. W ich oczach jest on pierwszym amerykańskim prezydentem od 40 lat, który równocześnie rzuca Pekinowi wyzwanie na kilku polach - handlowym, militarnym i ideologicznym. Ma jeden cel - zmiana obecnego globalnego porządku (który wzmacnia Chiny, a osłabia Stany Zjednoczone) zanim Państwo Środka przegoni USA i zostanie najważniejszym mocarstwem na świecie. Gdyby chodziło tylko o redukcję dwustronnego deficytu handlowego, wystarczyłoby przecież, by Trump zawarł taktyczny sojusz z UE, Japonią i Kanadą przeciw Chinom - wskazują Chińczycy.
A Trump, ich zdaniem, się nie patyczkuje i idzie dużo dalej, demolując globalne instytucje - WTO, NAFTA czy NATO - aby poprzez proces twórczej destrukcji doprowadzić do utworzenia nowego porządku światowego, lepszego dla Stanów Zjednoczonych. W nowym systemie, jako wciąż najsilniejszy gracz, USA będą mogły z pozycji siły negocjować z partnerami w rozmowach bilateralnych, a nie jak dotychczas poprzez multilateralne instytucje, wzmacniające słabszych kosztem silniejszych.
Trump, zręcznie przeskakując między frontami sporu, osiąga zamierzone cele - twierdzą rozmówcy Leonarda. Wskazują choćby na przykład Koreę Północną - sojusznika Chin, uzależnionego od silniejszego partnera - która, za zgodą przewodniczącego Xi Jinpinga, została objęta ciężkimi sankcjami ONZ, tak jak chciał tego Trump. Z kolei w spotkaniu prezydenta USA i Rosji Władimira Putina widzą odwrócenie ruchu Henry'ego Kissingera, który w latach 70. skierował amerykańską politykę zagraniczną na tory współpracy z Pekinem przeciw Moskwie. Teraz Trump wyciąga rękę na zgodę do Rosjan, bo na największego rywala i zagrożenie dla USA wyrosło Państwo Środka.
W artykule brakuje obszerniejszych odniesień do działań na polu gospodarczym, ale i tu, przy pozytywnym podejściu do tematu, można znaleźć argumenty przemawiające za tezą o "szachowym arcymistrzu". Trump poprzez nakładanie ceł na towary produkowane w Chinach uderza (co prawda kosztem Amerykanów, ale jak wiadomo cel uświęca środki) we wciąż istotny silnik gospodarczy Państwa Środka i kluczowy dla stabilności społecznej rynek pracy za Murem, a poprzez blokadę chińskich inwestycji w USA w międzynarodową ekspansję i technologiczny rozwój chińskich firm. Ale i, a może przede wszystkim, odwraca uwagę od poważniejszych narzędzi, które mogą rozmontować chińską potęgę gospodarczą.
Mowa o podwyżkach stóp procentowych przez Fed. Trump z jednej strony skarży się na zacieśnianie polityki monetarnej w USA i zbyt silnego dolara, ale, jak na siebie, jest w tym bardzo wstrzemięźliwy. A nawet pochlebnie wyraża się o obecnym szefie Rezerwy Federalnej, którego zresztą sam mianował na stanowisko. Tymczasem działania Jerome'a Powella i spółki napędzają odpływ kapitału z rynków wschodzących do Stanów Zjednoczonych. Już teraz miliony Chińczyków marzą o tym, żeby swoje oszczędności ulokować poza zasięgiem Pekinu, a co dopiero, gdy będzie można na tym naprawdę sporo i bez większego ryzyka zarobić? Dodatkowo, "zielonego" umocniła reforma podatkowa Trumpa, na skutek której do USA napłynęło sporo kapitału od rodzimych korporacji w ostatnich dziesięcioleciach przenoszących działalność (i zyski) poza Stany Zjednoczone, z czego korzystało również Państwo Środka. Silny dolar i wysokie stopy to, wbrew często powtarzanym tezom, problem dla chińskiego biznesu, nierzadko zadłużonego w "zielonych" czy polegającego na imporcie surowców czy komponentów, za który płaci się w amerykańskiej walucie.
Czy powyższe przykłady wskazują na to, że Donald Trump jest, jak sam twierdzi, stabilnym geniuszem czy, jak mówią Chińczycy, wybitnym strategiem? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Maciej Kalwasiński



























































