Gospodarka na kwarantannie

główny analityk Bankier.pl

Od kilku dni mamy do czynienia z „zamkniętą gospodarką”. Kilka milionów ludzi nie może pracować, a tysiące firm podlegają przymusowemu zamknięciu. W ramach walki z nieuchronną recesją rząd proponuje „tarczę antykryzysową”.

Aby ograniczyć tempo ekspansji koronawirusa, rząd zamknął granice, wstrzymał ruch lotniczy, zakazał imprez masowych, zabronił otwierania barów, pubów i restauracji, pozamykał galerie handlowe i generalnie przykazał ludziom siedzieć w domach. Oprócz tego już wcześniej zamknął praktycznie wszystko, co mu podlega: szkoły, muzea, urzędy, teatry, etc. Do tego niemal każdego dnia dochodzą nowe, coraz bardziej absurdalne zakazy i nakazy nakładane przez władze lokalne.

(fot. Karol Serewis / Forum)

Nie oceniam tutaj, na ile były to posunięcia zasadne i nie wiem, czy przyniosą założone skutki w postaci spowolnienia ekspansji Covid-19. Bezspornym faktem pozostaje jednak to, że w ciągu jednego weekendu władza sparaliżowała prawie całą gospodarkę. Setkom tysięcy małych biznesów z dnia na dzień zabroniono działalności. Miliony ludzi nie pracuje, bo im nie wolno lub nie są w stanie z braku klientów lub dostaw.

Całe gałęzie gospodarki nagle utraciły całość lub większość przychodów. Działalność wstrzymują nawet ci, który nie muszą, ponieważ zewsząd szerzy się propaganda strachu z prostym przekazem: zostań w domu. Zatrzymywane są nawet fabryki, które albo nie mogą otrzymać zamówionych komponentów, albo nie mają komu dostarczyć swoich produktów – bo konsumenci zostali w domach w strachu przed koronawirusem.

Jak długo to wytrzymamy?

Każdy dzień takiego wymuszonego „zamknięcia gospodarki” oznacza straty. Straty, których w większości nie będzie dało się odrobić. Hotele, restauracje, transport osobowy, organizatorzy konferencji i koncertów w większości nie odrobią utraconych przychodów. Ale cały czas muszą ponosić koszty stałe w postaci płac, czynszów, podatków czy rat leasingowych. Według moich – obarczonych dużym marginesem błędu – szacunków każdy taki tydzień kosztuje nas ok. 0,33% PKB.

I z tygodnia na tydzień wartość ta będzie rosła. Na razie paraliż dotyka przede wszystkim sektora usług i administracji publicznej. Lecz już widać, że powoli rozlewa się na przemysł. Jeszcze nie widać, w jakim stopniu wstrzymał procesy inwestycyjne, co uderzy w budownictwo i producentów wszelkiego rodzaju dóbr inwestycyjnych. Co więcej, każdy kolejny tydzień trwania tej ogólnokrajowej kwarantanny sprawia, że „restart” gospodarki będzie coraz trudniejszy i bardziej kosztowny.

Najgorsza jest niepewność. Nikt chyba nie wierzy, że wszelkie obostrzenia znikną do końca marca. Nikt nie wie, co rząd wymyśli jutro lub pojutrze i na co właściwie trzeba się przygotować. Co gorsza, obserwacje z innych krajów europejskich w ostatnich dniach pokazują tendencje do podejmowania coraz bardziej radykalnych rozwiązań, z powszechnym aresztem domowym włącznie (np. Francja czy Belgia). Do niedawna ekspertów wieszczących powrót do normalności dopiero w maju nazywano pesymistami. Teraz takie poglądy kwalifikują się do tych bardziej optymistycznych.

Państwo „pomaga” gospodarce

- Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju – mawiał Stefan Kisielewski. Odnoszą nieodparte wrażenie, że właśnie z czymś takim mamy teraz do czynienia. Najpierw rząd zakazuje prowadzenia biznesu, a potem bieży na ratunek przedsiębiorcom. Zaproponowany przez rząd i bank centralny „pakiet antykryzysowy” zasadniczo sprowadza się do trzech kwestii. Po pierwsze, uruchomiony został potężny zastrzyk monetarny w postaci obniżki stopy rezerw obowiązkowych (ale dopiero od maja!), skupu obligacji skarbowych przez NBP oraz operacji repo i kredytu wekslowego mających uratować przed plajtą banki o najsłabszej kondycji płynnościowej (nie muszę chyba wymieniać, o które to banki może chodzić).

Po drugie, rząd pożyczy 66 mld zł (czyli ok. 3% PKB) na nadzwyczajne wydatki mające podtrzymać popyt konsumpcyjny i inwestycyjny oraz uchronić pracowników przed zwolnieniami. W tych wydatkach mieści się dodatkowe 7,5 mld zł nadzwyczajnych środków dla państwowego sektora medycznego oraz pieniądze na dofinansowanie utrzymania etatów w firmach najmocniej dotkniętych rządowymi zakazami. W ramach ograniczenia zwolnień należy też rozpatrywać dodatkowy zasiłek opiekuńczy dla osób, które opiekują się dzieckiem do 12 roku życia na okres 14 dni.

Po trzecie, „tarcza antykryzysowa” (nawet wirus nie potrafi powstrzymać polityków przed robieniem propagandy, zresztą nie tylko w Polsce) zakłada szereg mechanizmów gwarancji kredytowych i płynnościowych dla przedsiębiorstw zorganizowanych przez państwowe instytucje finansowe (PFR, BGK i ARP). Na te dobrodziejstwa załapią się jednak tylko firmy duże i średnie. Małym kredyt pomoże jak umarłemu kadzidło.

Warto też dodać, czego „tarcza” nie przewiduje. Przede wszystkim nie ma (przynajmniej na razie) mowy o zawieszeniu poboru podatków, a przede wszystkim składek na ZUS. Co prawda rząd łaskawie zgadza się na przesunięcie tych płatności (a „nawet” rozłożenie ich na raty), ale nawet gdy stracisz 100% przychodów, to ZUS będziesz musiał zapłacić bez jakiejkolwiek ulgi. Nie znalazły też zrozumienie postulaty dotyczące zniesienia najbardziej szkodliwych restrykcji gospodarczych.

Czego naprawdę potrzebuje gospodarka?

Problem z tak modnymi ostatnio „pakietami stymulującymi” jest taki, że nie tego potrzebuje teraz gospodarka! Konsumenci i przedsiębiorstwa nie potrzebują pieniędzy, bo tych jest tyle samo, ile było choćby tydzień temu. Tego, czego nam naprawdę brakuje, to możliwości pracy, swobodnego przemieszczania się i obracania pieniędzmi. I żadne pakiety stymulujące tego nie adresują. To tak, jakby do zepsutego samochodu dolać paliwa, licząc że jednak ruszy.

Rozumiem, że rząd i większość ekonomistów z tzw. głównego nurtu najbardziej boi się teraz nakręcenia recesyjnej spirali. Że firmy pozbawione przychodów zaczną masowo zwalniać pracowników, ci przestaną wydawać pieniądze, co obniży popyt konsumpcyjny i co w konsekwencji doprowadzi do jeszcze głębszego spadku produkcji i zatrudnienia. Tyle że to już się zaczęło i żadne kredyty, gwarancje czy dopłaty tego nie zatrzymają. Recesja w Polsce już trwa i nie da się jej uniknąć!

Na wiele miesięcy przed marcowym „zamknięciem gospodarki” koniunktura w Polsce (i na świecie) stopniowo się pogarszała. Wzrost PKB wyraźnie zwalniał już w 2019 roku (z prawie 5% do 3,1%) i zapewne malałby także przez większość 2020 roku nawet bez żadnego koronawirusa. Spowolnienie było po części cykliczne, ale też wynikało z cały czas tlącego się kryzysu nadmiernego zadłużenia.

Oślepieni okresem lepszej koniunktury zapomnieliśmy, że większość państw Zachodu zadłużona jest na ok. 100% PKB. Do tego dochodzą potężne długi sektora prywatnego – głównie przedsiębiorstw niefinansowanych, ale też gospodarstw domowych. Ceny prawie wszystkich aktywów finansowych w krajach rozwiniętych były sztucznie napompowane przez biliony długu wykreowane w poprzedniej dekadzie przez największe banki centralne świata. Była to iluzja prosperity. W Polsce najlepiej widoczna na rozgrzanym  do czerwoności rynku nieruchomości mieszkaniowych. Koronawirus był tylko katalizatorem pęknięcia tej „bańki wszystkiego” i recesji, jaka teraz nastąpi.

Konsekwencje dekady życia ponad stan w wykonaniu rządów, korporacji, inwestorów i konsumentów prędzej czy później musiały się zemścić. Nie ma więc sensu walczyć z nieuchronnym delewarowaniem. Zatem zamiast dolewać kredytowego paliwa do zepsutego wehikułu, należy zacząć go naprawiać. A do tego nie potrzebujemy zerowych stóp procentowych, bilionów QE monetyzujących rządowe „pakiety stymulujące”, ani polityków mówiących nam, jak mamy żyć i w co wierzyć. Potrzebujemy za to zerwania z praktyką ręcznego sterowania gospodarką przez komitety bankierów i rządowych ekspertów. A rozpoczętą recesję powinniśmy przyjąć jako lekcję pokory i ją zaakceptować, zamiast próbować ją odwlec w czasie. Lepsza jest bowiem recesja krótka, ale głęboka niż kryzys gospodarczy rozciągnięty na całą dekadę.

Krzysztof Kolany

Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 1 gromowladna

Dzisiaj trudno przewidzieć całkowite skutki tej sytuacji. Na pewno nie będzie łatwo

! Odpowiedz
1 0 lobotomek

Mało kto zrozumiał ten artykuł. Możemy mieć podejście liberalne, czyli osób, które umiłowały wolność i do takich należy redaktor Kolany i mamy podejście mentalnych niewolników, którzy opowiadają się za jedynie słuszną prawdą, którą nam wciskają rządy, bankierzy i politycy. Zamknięcie gospodarki oznacza jedno- będziemy mieli wiele trupów, nieszczęścia, paraliż i upadek służby zdrowia i długą recesję. A moglibyśmy mieć tylko trupy. Nawet Anglicy się wystraszyli i dołączyli do głównego nurtu. Koncepcja KK zasadniczo jest zbieżna z opinią Grzegorza Lindenberga. Polecam się zapoznać.

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
2 3 kondek1

Jak się czyta TAKIEGO ANALITYKA, to ręce opadają. Wygląda, że powinien Pan być Ministrem Finansów W Niemczech, Francji lub Polski. Wiele jeszcze musi się Pan uczyć i czytać jak analitycy z zagranicy oceniają działania swoich rządzących i jakie wyciągają wnioski z obecnej sytuacji panującej pandemii w Europie.

! Odpowiedz
24 18 -romel-

Pan od artykułu chyba bardzo nie lubi PIS-u
W obecnej sytuacji wszyscy powinniśmy trzymać się razem.Cała zachodnią Europa gożko pożałuje swych decyzji.
Jeżeli uda się nam to my będziemy wysyłać im pomóc a ich waluty polecą na pysk więc uważajcie.

! Odpowiedz
8 22 niewierzacyateusz

Do piątkowego popołudnia liczba zainfekowanych wzrosła wobec czwartkowego popołudnia o 2833 do 20 tys., zaś zgonów o 235, do 1002. , gdzie ? w Hiszpanii , tam też zlekceważyli zagrożenie jak we Włoszech i teraz Hiszpanie gonią Włochów tak pod względem liczby zgonów jak i śmiertelności , uczcie się na błędach innych zamiast marudzić o paraliżu gospodarki

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
7 9 karbinadel

A co ma jedno z drugim wspólnego? W Hiszpanii i we Włoszech mają i wysoką śmiertelność, i paraliż gospodarki, więc coś jakby przeczysz sam sobie

! Odpowiedz
2 12 niewierzacyateusz odpowiada karbinadel

pierwszy przypadek zakażenia w Hiszpanii był 25 lutego a w Polsce 4 marca czyli różnica 8 dni , siedem dni temu w Hiszpanii było już ponad 90 zgonów , wniosek z tego taki ,że za 8 dni u nas nie będzie 20 tys zarażonych i 1000 zmarłych , taka jest różnica między przeciwdziałaniem a zlekceważeniem zagrożenia , jak się zlekceważy to się ma 20 razy więcej ofiar i paraliż gospodarki niejako w gratisie

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
9 3 ferdynand_kiepski

Open mind, siedź sobie tych Stanach, spierdzieliles sprzątać w serwisie u starszych braci, więc guzik wiesz. Weź sobie od Trumpa te tysiąc baksow, kup sobie kukurydzę i trzymaj się ode mne z daleka. Ja nie komentuję tych tswoich głupawych komentarzy na tym portalu.

! Odpowiedz
1 0 (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
0 0 (usunięty) odpowiada (usunięty)

(wiadomość usunięta przez moderatora)

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 4,7% II 2020
PKB rdr 3,1% IV kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,5% II 2020
Przeciętne wynagrodzenie 5 330,48 zł II 2020
Produkcja przemysłowa rdr 4,9% II 2020

Znajdź profil