Ekonomiczna pocztówka ze Słowenii

główny analityk Bankier.pl

Po mocno chaotycznych poszukiwaniach urlopowej destynacji mój tegoroczny wybór nieco przypadkowo padł na Słowenię. Podróż okazała się owocna nie tylko w piękne widoki, ale też w spostrzeżenia natury ekonomicznej.

Nasi autorzy nie tylko siedzą za biurkiem. Opisujemy także to, co zaobserwujemy podczas urlopowych podróży. W ten sposób powstały już teksty o Islandii, Japonii, Macedonii oraz Rosji.

Wyruszając w trasę, o Słowenii wiedziałem stosunkowo niewiele. Że to kraj postjugosłowiański, który w 1991 roku po krótkiej i prawie bezkrwawej wojnie uzyskał niepodległość od Belgradu. Że była to prawdopodobnie najbogatsza prowincja całego bloku komunistycznego i że „od zawsze” był to kraj znacznie bogatszy od Polski. I tak jest do dzisiaj: PKB na mieszkańca Słowenii w 2017 roku wyniósł 23 654 USD (według danych MFW). To niewiele mniej niż na Tajwanie czy Bahrajnie, a więcej niż w Portugalii czy Arabii Saudyjskiej oraz już o 27% więcej niż w Grecji. Dla porównania, wynik Polski to 13 823 USD. Była jugosłowiańska republika jest więc faktycznie w gronie państw rozwiniętych, podczas gdy my wciąż pedałujemy w peletonie rynków wschodzących.

Z drugiej strony miałem też świadomość, że wybieram się do kraju po ciężkich gospodarczych przejściach. Oparty o państwowe banki system finansowy Słowenii załamał się po pęknięciu bańki na rynku nieruchomości i otrzymał bailout od podatników ze strefy euro, do której Słowenia przystąpiła  1 stycznia 2007 roku. Problemy bankowo-finansowe sprawiły, że słoweńska gospodarka zaliczyła coś na kształt „straconej dekady”. Po tąpnięciu w 2009 roku (gdy PKB spadał nawet w tempie 10% rocznie!) nadeszła ciężka (w porywach -5%) i długotrwała recesja w latach 2011-13.

Dopiero od czterech lat słoweńska gospodarka powróciła na ścieżkę wzrostu. Początkowo bardzo łagodnie nachyloną (ok. 2-3%), ale pod koniec 2017 roku dynamika PKB przyspieszyła nawet do 6%. Niezagojoną raną po kryzysie pozostał bardzo wysoki dług publiczny, wciąż przekraczający 73% produktu krajowego brutto. Dla porównania, w roku 2008 kraj był zadłużony na niespełna 22%. Zatem połowa produktu krajowego brutto poszła głównie na ratowanie upadłych banków. W zeszłym roku Słowenia miała już zrównoważone finanse publiczne (zerowy deficyt).

Szczątkowa wiedza kontra rzeczywistość

I to by było tyle, jeśli chodzi o przedwyjazdowe przygotowanie merytoryczne. Po przekroczeniu granicy austriacko-słoweńskiej (na fantastycznie krętej i stromej drodze, na której znalazłem się dzięki pomyłce nawigacyjnej) krajobraz praktycznie nie uległ zmianie. Nadal było ładnie, czysto i porządnie. Drogi dobrze utrzymane i oznakowane. Domy oraz infrastruktura publiczna w podobnym standardzie jak w austriackiej Karyntii.

(fot. K. Kolany / )

Po dotarciu na miejsce potwierdziło się, że austriackie standardy obowiązują nie tylko w strefie estetycznej, ale niestety także w cennikach. O ile jeszcze za nocleg na 4-gwiazdkowym campingu był w porównywalnej cenie jak w Krakowie (2 osoby + namiot + auto za 23 euro + podatek turystyczny), to już piwo w campingowej knajpie kosztowało drakońskie 3,5 euro (sklep już zdążyli zamknąć). Ceny w sklepach także typowe dla strefy euro: ciężko było znaleźć artykuły za mniej niż jedno euro (klasyczne słoweńskie Lasko kosztowało ok. 1 euro za puszkę). Sytuację ratowało wino, w lokalnej wersji Biedronki kosztujące 2-3 euro. Reasumując: Słowenia jest piękna, ale droga. Turystyczny stosunek ceny do jakości okazał się jednak satysfakcjonujący.

O ile stawki w sklepach były mi znane z Austrii czy Włoch, to już ceny na rynku nieruchomości były dla mnie szokiem. Zwykła chałupa położona w jakiejś zabitej dechami wsi? Proszę bardzo: 250 tys. euro. „Apartament” w nadmorskiej miejscowości był wystawiony za 195 tys. euro. Nawet za kawałek łąki jej właściciel żądał 140 tys. euro. Masakra! Jeśli to jest krajobraz po bańce, to wolę nie wiedzieć, jak kształtowały się tam ceny przed 2009 rokiem. Teraz przynajmniej rozumiem, kto w Polsce popiera rezygnację ze złotego na rzecz euro. To pewnie właściciele nieruchomości nabytych za śmieszne pieniądze w latach 90. i którzy dziś liczą, że upłynnią je za euro po europejskich cenach.

(fot. K. Kolany / )

Azjatycka inwazja

Pod względem krajobrazowo-turystycznym Słowenia oferuje przepiękne widoki. Niektóre miejsca (Bled, Postojna, Ljubljana) najwyraźniej awansowały już do statusu europejskiego „must see”. Wnioskuję to po hordach koreańskich/japońskich turystów, którzy po Słowenii są wożeni wielkimi autokarami i wszędzie jest ich pełno. I nie są to już tylko zorganizowane wycieczki. Chyba w co drugim aucie na zagrzebskich blachach za kierownicą siedział mieszkaniec Dalekiego Wschodu. Poza tym spotkać można było wszędobylskich Holendrów oraz Niemców, wiedeńczyków i Belgów. Turystów z Polski także nie brakowało, lecz nie byli grupą specjalnie rzucającą się w oczy (i uszy).

(fot. K. Kolany / )

Słowenia jest krajem otwartym dla zagranicznych turystów. I nic w tym dziwnego, bo to jedna z podstawowych gałęzi gospodarki. Według szacunków World Travel & Tourism Council w 2017 roku Słowenię odwiedziło prawie 2,5 mln ludzi przy populacji kraju liczącej dwa miliony. Turystyka bezpośrednio tworzy 3,8% miejsc pracy w Słowenii, a pośrednio i bezpośrednio generuje ok. 10% słoweńskiego PKB. Nie jest to wprawdzie boom turystyczny na miarę Islandii, ale i tutaj gołym okiem widać rozkwit branży.

Same walory krajobrazowe, historyczne czy przyrodnicze zdałyby się na nic, gdyby nie odpowiednia infrastruktura. I nie mam tu na myśli tylko dobrych dróg, autostrad, hoteli, pensjonatów i campingów, lecz także przygotowania mieszkańców. W stosunku do przyjezdnych panuje życzliwość (rzecz jasna wsparta faktem, że przybywają z portfelami pełnymi euro). Moją uwagę zwróciła także powszechna i solidna znajomość języka angielskiego. W mowie Szekspira bez problemu można się porozumieć na stacji benzynowej czy z kasjerką w markecie. Idę o zakład, że w Polsce nie byłoby to takie proste.

Winiety wyznacznikiem postępu?

Przemieszczanie się po terytorium 5 różnych państw daje pole do porównań. Po koszmarnym odcinku dolnośląskiej ósemki, pokonaniu „średniowiecznego” traktu na Wiedeń i czeskiej pseudoautostrady (czegoś w stylu poniemieckiej A4 między Wrocławiem a Legnicą) z ulgą można odetchnąć dopiero w Austrii. Wysoki standard (tak jak nowe polskie trasy szybkiego ruchu) prezentują także autostrady słoweńskie. Szok następuje po wjeździe do Włoch, które na tle Słowenii prezentują się jak kraj trzeciego świata.

Oprócz wrażeń czysto drogowych niepokoi pewna obserwacja ekonomiczno-organizacyjna. Otóż w Czechach, Austrii i Słowenii obowiązuje system winietowy. Za prawo do podróżowania autostradą przez dany okres (np. 10 dni, miesiąc albo rok) wykupuje się naklejkę na szybę i jeździ się, ile chce. Winiety można kupić na chyba każdej stacji paliw. Koszt to 10-12 euro (Czechy, Austria) na 10 dni lub 15 euro (Słowenia) na 7 dni. Wychodzi jakieś 1-2 euro dziennie, czyli w przeliczeniu 5-10 złotych. Dla porównania, GDDKIA za przejazd autostradą A4 autem osobowym na odcinku Wrocław-Gliwice liczy sobie 16,20 zł. Z kolei Stalexport za pokonanie wiecznie remontowanego odcinka Katowice-Kraków łoi kierowców stawką aż 20 zł. Jak widać system winietowy okazuje się na ogół tańszy dla podróżujących i ponadto eliminuje wszelkie bramki, szlabany i inne punkty poboru opłat. Dziwnym trafem we Włoszech, gdzie standard autostrad bywa fatalny, wciąż królują bramki prywatnych koncesjonariuszy.

Szok wysokogórski

Słowenia jest także krajem alpejskim. Do niedawna patrząc na mapę sądziłem, że to miano trochę na wyrost (Niemcy też mają kawałek Alp, a jednak mało kto mówi, że to „kraj alpejski”). Cóż, po wizycie w słoweńskich Alpach Julijskich zmieniłem zdanie. Są to góry pełną gębą. Z przewyższeniami pokonywanymi w ciągu dnia grubo powyżej tysiąc metrów, licznymi ferratami i turystycznie dostępnymi szczytami znacznie trudniejszymi do zdobycia niż Rysy czy Giewont. Co więcej, pod koniec września były to góry praktycznie puste!

(fot. K. Kolany / )

Tymczasem planowany wcześniej wyjazd w polskie Tatry spalił na panewce z powodu… braku miejsc w schroniskach. Okazało się, że nawet po sezonie letnim miejsca noclegowe w Tatrach trzeba rezerwować z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, choć kosztują tyle, co nocleg w drogim hotelu. Paranoja! Ponadto w Alpach Julijskich nie pobierają opłaty za wejście na wzór TPN-u.

Rzecz jasna nie jest to kwestia złośliwości administracji polskich gór. Decydującą rolę jak zwykle odgrywa gra popytu i podaży. Słoweńska część Alp Julijskich zajmuje powierzchnię 4400 km2 (i do tego ponad 1500 km2 po stronie włoskiej), a polskie Tatry zaledwie 175 km2 (znacznie więcej, bo 610 km2 znajduje się w granicach Słowacji). Jeśli dodamy do tego, że ludność Słowenii to zaledwie dwa miliony, a Polski to ok. 38 mln, odpowiedź jest jasna. Nasze jedyne wysokie góry są po prostu stanowczo zbyt małe jak na potrzeby Polaków. I dlatego, aby zakosztować skalistych szczytów i (względnie) pustych gór, musimy jeździć po kilkaset kilometrów na południe.

(fot. K. Kolany / )

Na koniec nie mogłem ominąć słynnej Planicy z jej Latalnicą okiełznaną przez Kamila Stocha. Jeden z dwóch największych "mamutów" świata z bliska robi imponujące wrażenie. Ale oprócz tego w Planicy mają cały kompleks skoczni treningowych, uzupełnionych o obiekt normalny (K90) i duży (K120). Na obu odbywały się treningi skoczków, w tym także reprezentacji narodowych. Słoweńcy mają gdzie skakać i gdzie trenować, stąd tylu młodych zawodników co sezon pojawia się w konkursach Pucharu Świata. My w Polsce mamy piękną, lecz osamotnioną Wielką Krokiew. Mniejszych, treningowych obiektów w Zakopanem brakuje.

Krzysztof Kolany

Źródło:

Newsletter Bankier.pl

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Nowy komentarz

Anuluj
0 0 specjalnie_zarejstrowany1

Bardzo fajna seria artykulow. Sam mam tam konto w Slowenskim banku i bardzo sobie chwale. Europa a jednoczesnie nie mecza Cie non-stop regulacjami, nowymi przepisami i innymi bzdurami jak w innych krajach zachodu co juz kompletnie oszalaly pod tym wzgledem.

! Odpowiedz
0 0 specjalnie_zarejstrowany1

aha i tak w ogole najlepsze miejsce do anonimowego zakupu zlota to wg mnie jest wlasnie w tym kraju

! Odpowiedz
4 15 _jasko

W Słowenii (...)"pod koniec 2017 roku dynamika PKB przyspieszyła nawet do 6%."
"W zeszłym roku Słowenia miała już zrównoważone finanse publiczne (zerowy deficyt)."
Czy premier tego kraju, podobnie jak nasz Mateusz, jeździ po świecie i przechwala się przeogromnym sukcesem gospodarczym.
Dla naszego premiera nie ważne co było wczoraj (2016 r.), co będzie jutro (wyhamowanie inwestycji), istotne jest w propagandzie tylko dziś

Pokaż cały komentarz ! Odpowiedz
18 21 trybuch

Słowenią zapłaciła wysoka cenę za to ze banki były państwowe, a nas po repolonizacji (nacjonalizacji) to czeka w najbliższej przyszłości.

! Odpowiedz
3 23 silvio_gesell

Po prostu pękła bańka na rynku nieruchomości, w warunkach braku własnej polityki monetarnej, tak jak w innych krajach PIGS.

! Odpowiedz
Polecane
Najnowsze
Popularne

Wskaźniki makroekonomiczne

Inflacja rdr 2,5% X 2019
PKB rdr 4,4% II kw. 2019
Stopa bezrobocia 5,2% VIII 2019
Przeciętne wynagrodzenie 5 084,56 zł IX 2019
Produkcja przemysłowa rdr 3,5% X 2019

Znajdź profil