

Chociaż pomysł, aby pobierać podatek od deszczu, brzmi jak kiepski żart, to w polskim prawie już od 2001 r. funkcjonują zapisy częściowo regulujące tego typu opłatę. Na nieszczęście dla ustawodawcy przepisy te w obecnej formie zostały uznane za niekonstytucyjne. Już niedługo jednak od płacenia „deszczowego” najprawdopodobniej nie uciekniemy.
foto: thinkstock
W ubiegłym roku do laski marszałkowskiej trafił projekt ustawy, która ureguluje kwestię poboru opłaty od zanieczyszczonej wody opadowej, trafiającej do kanalizacji z dachów naszych domów. Mówiło się wówczas, że realnym terminem wejścia w życie przepisów będzie połowa 2013 r. – aby gminy miały czas na opracowanie nowych uchwał, dotyczących opłat za następny rok podatkowy. Obecnie, jak twierdzi Jolanta Kuligowska-Roszak z Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie, z braku szczegółowych regulacji gminy uprawiają wolnoamerykankę.
Burza w szklance deszczówki
Na mocy ustawy z 7 czerwca 2001 r. o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków gminy dostały narzędzie, dzięki któremu mogły pobierać opłaty od deszczówki trafiającej do kanalizacji. Tak się przynajmniej wydawało, bo w przepisach określono, że dotyczy to tylko deszczówki spadającej na zanieczyszczone powierzchnie o trwałej nawierzchni, w szczególności z miast, portów, lotnisk, terenów przemysłowych, handlowych, usługowych, składowych, baz transportowych, dróg i parkingów. Płacić mieli przedsiębiorcy, handlowcy i osoby posiadające własny dom albo mieszkanie zarządzane przez wspólnotę, o ile korzystają z gminnej kanalizacji.
Zobacz także
![]() |
» Kiedy i w jaki sposób darowizna może obniżyć podatek dochodowy przedsiębiorcy? |
Zapisy były bardzo ogólne, więc aby je uregulować, minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej wydał 28 czerwca 2006 r. rozporządzenie w sprawie określania taryf, wzoru wniosku o zatwierdzanie taryf oraz warunków rozliczeń za zbiorowe zaopatrzenie w wodę i zbiorowe odprowadzanie ścieków. Problem polegał jednak na tym, że jako podstawę do obliczeń opłaty minister podał wskazał powierzchnię, a zatem metry kwadratowe – nie zaś, jak to określała ustawa, metry sześcienne.
Gminy (m.in. Poznań, Bytom, Wrocław i Piła) zaczęły stosować się do rozporządzenia, aby podreperować swoje budżety, jednak kilka lat później okazało się, że nie mają do tego prawa. Wyrokiem z dnia 19 sierpnia 2010 r. (sygn. akt II OSK 893/10) Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził jednoznacznie w uzasadnieniu, że rozporządzenie ministra budownictwa jest niekonstytucyjne, ponieważ wyszedł on poza ramy upoważnienia ustawowego. Rozporządzenie dopuściło bowiem możliwość stosowania w taryfach przelicznika metrów kwadratowych dla odwadnianej nawierzchni, natomiast takiej zasady nie przewidywała ustawa. Gminy, które pobierały takie opłaty, musiały je zatem zwrócić.
Wadliwe przepisy do poprawki
Zapadła decyzja o nowelizacji całej ustawy. Zajął się nią poseł Adam Szejnfeld, jako główny wnioskodawca z ramienia Klubu Parlamentarnego PO. W zeszłym roku twierdził on, że nowelizacja ustawy może wejść w życie w połowie 2013 r. Zapytaliśmy go zatem, na jakim obecnie etapie znajdują się prace nad projektem.
| »Gorący temat: Ustawa śmieciowa uderzy po kieszeni |
- Projekt, nad którym pracowaliśmy, dotyczył w zasadzie rozporządzenia do ustawy, a nie samej ustawy o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzeniu ścieków. Co więcej, projekt ten nie dotyczył żadnego podatku, a jedynie opłaty za usługę odprowadzania zanieczyszczonej wody opadowej. Na razie prace nad projektem zostały zaniechane. Musimy bowiem spojrzeć na tematykę szerzej i np. uściślić definicję tzw. przyłącza. Najprawdopodobniej powstanie nowy projekt ustawy zmieniającej – mówi w rozmowie z Bankier.pl poseł Adam Szejnfeld.
Gminy czekają na rozwiązanie problemu
Organizacje zrzeszające przedsiębiorstwa wodociągowe żalą się, że przepisy powinny wejść w życie jak najszybciej, bo ktoś przecież musi utrzymywać instalację. Koszty spadną albo na gminy, albo bezpośrednio na wszystkich użytkowników. Jak mówi Jolanta Kuligowska-Roszak, regulacje dotyczące tej opłaty prędzej czy później i tak wejdą w życie, bo wszystkie państwa członkowskie muszą dostosować się do ogólnej zasady europejskiej – „zanieczyszczający płaci”.
Przechodząc przez warstwy atmosfery, deszczówka absorbuje liczne gazy i pyły, a przy dodatkowym zetknięciu z powierzchnią, zwłaszcza na terenach zurbanizowanych, zabiera ze sobą dodatkowe zanieczyszczenia i w efekcie niesie ich ze sobą więcej niż ścieki komunalne. Woda opadowa jest zatem takim samym zanieczyszczeniem jak inne ścieki i tak samo jak one trafia do kanalizacji.
![]() |
» Urzędnik zablokuje ci konto w banku |
W ostatnich latach w Polsce ponad 70 gmin uruchomiło taryfę zbiorowego odprowadzania ścieków opadowych i roztopowych. Większość jednak wstrzymuje się od poboru tego typu opłat, bo boją się późniejszych sporów.
Strachu nie odczuwa jednak m.in. MPWiK w Mysłowicach. Szacuje ono, że roczny koszt utrzymania pojedynczego wylotu kanalizacji deszczowej wynosi blisko 51 tys. zł, a koszty bezpośrednie utrzymania i eksploatacji systemu odbierającego ścieki opadowe i roztopowe to ponad 585 tys. zł. Na podstawie tych szacunków gmina ustaliła taryfę do rozliczenia z odbiorcami usług kanalizacyjnych. Wynosi ona miesięcznie 0,27 zł brutto za 1 m kw. powierzchni portów, lotnisk, terenów przemysłowych, handlowych, usługowych i składowych, baz transportowych oraz dróg i parkingów, w tym powierzchni dachów. Gmina uzasadnia swoją decyzję koniecznością zaniechania przez polskie prawo tzw. subsydiowania skrośnego, a więc obciążania kosztami eksploatacji podmiotów, które z usług nie korzystają.
Przy rosnących wydatkach w budżetach samorządowych i zwlekaniu z wprowadzeniem odpowiednich regulacji prawnych możemy się spodziewać, że więcej gmin pójdzie za przykładem Mysłowic i zacznie pobierać takie opłaty.
Justyna Niedbał
Bankier.pl
j.niedbal@bankier.pl





























































