W powszechnym mniemaniu indyjska aszrama to rodzaj klasztoru, gdzie się pości i umartwia. Nic bardziej mylnego. To doskonałe miejsce ucieczki dla zmęczonych cywilizacją, duchowe schronienie dla każdego, nawet dla ateistów i takich ekscentryków jak słynny raper Kanye West.
Kiedy gwiazdor wywołał skandal na uroczystości rozdania nagród MTV, protestując przeciwko przyznaniu nagrody młodej wokalistce Taylor Swift, zdecydował, że powinien na pewien czas zniknąć z pola widzenia i wyciszyć się w jednej z indyjskich aszram w Pondicherry.
W latach 60. ubiegłego wieku podobnie zrobili Beatlesi, Mia Farrow, Shirley MacLaine, Kurt Vonnegut oraz muzycy z zespołów Beach Boys i Rolling Stones. Tak naprawdę to oni, na fali zainteresowania ruchem hipisowskim i New Age, rozsławili te święte przybytki wśród ludzi Zachodu. W dzisiejszych czasach świat stoi w obliczu wielkiego zamętu. Człowiek niemal utracił spokój umysłu, dlatego, szukając go, wyznawcy wszystkich religii przyjeżdżają do aszram.
Potrzeba chwilowego odosobnienia jest zakorzeniona w kulturze indyjskiej od wieków. W Indiach nikogo nie dziwi, że ktoś postanowił spędzić kilka dni czy lat we względnym odosobnieniu, zastanawiając się nad sensem życia.
Rzesze świętych mężów, tzw. sadhu, porzucają na pewnym etapie życia rodzinę, pracę, wszelkie dobra doczesne i wyruszają w wędrówkę, by doznać oświecenia, najczęściej wysoko w górach – w aszramie.
Dzisiaj przyjeżdżają do aszram ludzie z całego świata: architekci, dziennikarze, artyści, prawnicy, ludzie wolnych zawodów. Nie są to turyści, raczej osoby poszukujące prawdy o sobie. Dla wielu z nich pobyt w aszramie to rodzaj ucieczki przed cywilizacją, potrzeba wyciszenia umysłu i odpoczynku od wyczerpującej pracy.
„Ta wspólnota nie jest zwykłą wspólnotą – jest eksperymentem, aby... sprowokować Boga. Może nawet nie zdajesz sobie sprawy, co tu się dzieje, gdyż pewnie przyjechałeś tu tylko ze swoimi problemami. Zaprosiłem cię na obiad... ale przygotowałem zupełnie inne danie niż to, które zamówiłeś” – mówił Osho, założyciel jednej z najsłynniejszych aszram w Poonie.
Życie w aszramie wiąże się z dużą dyscypliną, dzień zaczyna się przeważnie medytacją o 3 rano i kończy o 9 wieczorem. Nie wolno jeść mięsa,zabronione są wszelkie używki.
Indyjskie aszramy ulokowane są zazwyczaj w miejscach nieprzypadkowych. O ich wyborze decyduje bliskość świętych okolic, a szczególnie właściwości przypisywane pobliskim górom czy rzekom albo po prostu harmonia i piękno krajobrazu. Wspólna dla wszystkich aszram jest idea izolacji od świata, medytacji i pracy.
Jednak, jak podkreśla projektantka mody Jola Słoma, która każdego roku odwiedza aszramę Uniwersytet Brahma Kumarisw Radżasthanie – to nie jest pustelnia. – Paradoksalnie aszrama nie ma nic wspólnego z odosobnieniem. Dla mnie to okazja do spotkań z przyjaciółmi, którzy przyjeżdżają do Indii z całego świata. To miejsce ładowania akumulatorów. Po dwóch tygodniach ludzie wyjeżdżają stąd pełni nowej energii i zaopatrzeni w zdrowy dystans do rzeczywistości – tłumaczy.

Odkryjesz, kim naprawdę jesteś
„Moja guru zawsze powtarzała, że kiedy przybędziesz do aszramy, wydarzy się tylko jedno: odkryjesz, kim naprawdę jesteś” – pisała w książce „Jedz, módl się i kochaj” Elizabeth Gilbert, która mieszkała pół roku w aszramie w Indiach. „Zatem jeśli tkwisz na krawędzi szaleństwa, to lepiej w ogóle tu nie przyjeżdżaj, ponieważ – mówiąc szczerze, nikt nie ma ochoty wynosić cię stąd z drewnianą łyżką wciśniętą między zęby”.
Aszrama, w której kilka miesięcy przebywała Elizabeth Gilbert, to był prawdziwy tygiel kulturowy. Mieszkała bowiem z Afroamerykanką w średnim wieku, pobożną baptystką oraz instruktorką medytacji z Karoliny Południowej. Potem wśród jej współlokatorek znalazły się też: argentyńska tancerka, szwajcarska homeopatka, australijska matka pięciorga dzieci, a nawet księgowa z Filipin.
Do aszram przybywają przeważnie osoby między 30. a 60. rokiem życia. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia gościły one wyłącznie Hindusów. Były bardzo skromne, niewielkie, ubogie w porównaniu z dzisiejszymi, które przypominają nowoczesne kompleksy, miasteczka zarządzane przez korporacje – z własną ochroną, policją, sklepami, pocztą i transportem, a także wydobywaną na swoje potrzeby wodą głębinową. Aszramy w Bombaju, Pondicherry, Poonie, Radżasthanie są dumą wiosek, na nich opiera się cała okoliczna gospodarka. To takie duchowe supermarkety. Jeśli ktoś nie wytrzymuje ścisłej diety wegetariańskiej, może kupić na terenie świętego kompleksu coca-colę czy hamburgera, a nawet napić się piwa.
– Nie przyjeżdżamy tu wprawdzie na wakacje, ale też nie jest to obóz przetrwania, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Ja należę do większości, która wstaje na własne życzenie o świcie, ale nie jest to obowiązek, jeśli jakaś osoba nie czuje się na siłach. Rzadko zdarza się jednak, by ktoś nie korzystał z uroku i siły porannej medytacji. Oprócz nauki i zagłębiania się w siebie w ciszy jest czas na pikniki, zwiedzanie, a nawet grę w badmintona – mówi Jola Słoma.
Wśród tysięcy aszramów rozsianych po całych Indiach tylko kilka zyskało ogólnoświatowy rozgłos. Należą do nich: aszrama Osho w Poonie, Sai Baba w Puttaparthi, Sri Aurobindo w Pondicherry, ulubione miejsce Beatlesów w Rishikeshu oraz Uniwersytet Brahma Kumaris w Radżasthanie.
Miejsce, w którym medytowali Beatlesi
W lutym 1968 roku Beatlesi polecieli do Indii, aby uczyć się sztuki medytacji u Maharishiego Mahesh Yogi. Docelowym miejscem ich podróży do Indii było miasteczko Rishikesh, jedno z najświętszych miejsc Indii, leżące nad świętą rzeką Ganges u podnóża Himalajów. Podczas pobytu w aszramie Maharishiego skomponowali 48 utworów, które w większości znalazły się na płycie „White Album”. George Harrison wyprawił w Rishikeshu swoje 25. urodziny.
Sześć milionów ludzi na całym świecie opanowało stworzoną przez Maharishiego medytację transcendentalną, polegającą na sprowadzeniu umysłu do cichego, lecz w pełni czujnego stanu świadomości.
Odkrył go George Harrison, który uczył się grać na sitarze u słynnego hinduskiego muzyka Raviego Shankara. Na wieść o tajemniczym guru namówił kolegów z zespołu, by zapisali się na jego kursy. Beatlesi byli zachwyceni jego naukami, obiecującymi niemożliwe uczynić możliwym, jego pacyfizmem, wegetariańską dietą, a nawet seksualną wstrzemięźliwością, którą zalecał, by się nie rozpraszać i nie błądzić. „To największa sprawa w naszym życiu” – mówił John Lennon, a Paul McCartney, zazwyczaj twardo stąpający po ziemi, przekonywał, że transcendentalna medytacja jest dobra dla każdego.
John zdawał się widzieć wszystko w mistycznym wymiarze, a Maharishi był dla niego kimś w rodzaju czarnoksiężnika.
„Bez względu na to, kiedy medytuję – mówił John ze swoim liverpoolskim akcentem – zawsze mam w głowie orkiestrę dętą”.
Dzięki Beatlesom Maharishi zdobył sławę i pieniądze. Ruch Duchowej Odnowy Maharishiego przeistoczył się w wielki biznes, a imperium mistrza rozrosło się i uruchomiło własny kanał telewizji satelitarnej. Powstały też ośrodki zdrowotne New Age dla bogatych, uniwersytety, fundacje charytatywne i centrale na wszystkich pięciu kontynentach, nie wspominając o firmie sprzedaży nieruchomości Heaven on Earth (Raj na ziemi).
Razem z Beatlesami do Rishikeshu pojechały również aktorki Mia Farrow i Shirley MacLaine. Mia Farrow przyjechała do aszramy w wieku 21 lat, po sukcesie filmu „Dziecko Rosemary”, kiedy straciła męża, anonimowość i równowagę.
„Do pewnego momentu aszrama była zimnym, bezbarwnym miejscem, gdzie jedynym celem była medytacja. Aż pewnego dnia, zupełnie znikąd, pojawili się Beatlesi” – pisała aktorka w swojej autobiografii. „Beatlesi byli wszędzie, tak jak ich muzyka. Przynosili gitary nawet na posiłki i improwizowali piosenki. Nie słyszałam żadnych skarg ze strony medytujących, nasza eklektyczna grupa tworzyła z Beatlesami wspólnotę”.
Ale podróż do Indii zamiast prawdy objawionej przyniosła Beatlesom rozczarowanie. Prysła magia guru i medytacji. Ringo wytrzymał ledwie dwa tygodnie – wyjechał, twierdząc, że nie może dłużej znieść indyjskich przypraw. Niedługo po nim wyjechał McCartney. Do końca trzymiesięcznego kursu nie dotrwali nawet bujający w obłokach Lennon i Harrison. Zgodnie stwierdzili, że Maharishi Mahesh Yogi okazał się naciągaczem i hipokrytą. Innych przekonywał do seksualnej wstrzemięźliwości, a po wykładach bezwstydnie podrywał Mię Farrow. Muzycy wrócili z przeświadczeniem o dwulicowości duchowego przewodnika. Zamiłowanie do Wschodu pozostało tylko Harrisonowi.
Lennon napisał wówczas piosenkę „Sexy Sadie”, piętnującą amoralność „świątobliwego mędrca” i dającą wyraz rozczarowaniu jego osobą.
Zamiast medytacji tenis – Miasto Słońca
Nie trzeba wcale prowadzić ascetycznego życia klasztornego, by osiągnąć oświecenie.Bardzo trudno jednak odbyć podróż w głąb siebie w środowisku, w którym przebywamy na co dzień. Ten swoisty stan oderwania łatwiej osiągnąć, medytując i uprawiając jogę z dala od cywilizacji i zgiełku wielkich miast. Jednak nie zawsze przynoszą one zamierzone efekty. Są też inne drogi do oświecenia, np. sztuka, muzyka czy sport.
Tenis zamiast medytacji to przesłanie Mirry Alffoso, francuskiej założycielki słynnej aszramy Sri Aurobindo w Auroville, w Pondicherry.
To, co stworzyła, mało przypominało inne indyjskie aszramy; zrealizowała tam swoje własne wyobrażenie o miejscu rozwoju duchowego – żadnej indyjskiej duchoty, zamkniętych, ciemnych pomieszczeń, dymów
czy śpiewów. Miejsce postów i medytacji bez ruchu zajęła gra w tenisa i inne zajęcia sportowe. Alffoso zakładała szkoły sportowe i kazała dzieciom grać w tenisa, który był jej ulubionym sportem. Do dziś duży teren aszramy to właśnie korty tenisowe. Przyjeżdżają tu głównie zamożni Francuzi.
Mirra jako pilna uczennica w studiu malarskim poznała cały artystyczny światek Paryża. Podczas podróży do Indii od razu znalazła się pod urokiem Aurobindo, słynnego filozofa, który urodził się w Kalkucie w rodzinie hinduskich anglofilów. Opuściła kochaną Francję bez żalu, poświęcając się bez reszty swojemu nauczycielowi. On zaś oddał jej w zarządzanie aszramę, przekazał gospodarstwo wraz z uczniami i przez ostatnie 25 lat swego życia nie opuszczał własnej komnaty. Przez 47 lat (1926–1973) Francuzka doprowadziła świetnie zorganizowaną aszramę do rozkwitu.
Po jej śmierci grupa zapaleńców, wywodząca się z uczniów i miłośników nauki Sri Aurobindo, postanowiła zbudować opartą na holistycznym podejściu do świata oazę spokoju – Auroville, Miasto Słońca.
Miasto zaprojektowano na wzór komety. W środku znajduje się złota, ogromna piłka, jak z filmów science fiction, zwana Świątynią Prawdy lub Pałacem Matki. Na jej półkolistym dachu lśnią złote dyski, w których odbijają się wody jeziora.
Osho – guru ludzi bogatych
„Odrzuć wszelkie doktryny, dogmaty, wierzenia... odrzuć wszelkie »-izmy«. Uwolnij się od nich, bądź świeży, bądź nieskażony. A wtedy pojawi się w tobie inteligencja”, tak mówił Rajneesh Chandra Mohan, przez swoich uczniów nazywany Osho – założyciel aszramy w Poonie.
Aszrama, położona 120 kilometrów od Bombaju, przeszła do historii jako najmniej restrykcyjna spośród tysięcy innych w Indiach. Osho nazywano „guru ludzi bogatych”, stosował bowiem bardzo rewolucyjne metody terapeutyczne, takie jak taniec i śmiech jako sposób na rozwój duchowy. W 1980 roku ośrodek zyskał sławę najlepszego ośrodka rozwoju i terapii na świecie, łączącego wschodnie techniki medytacyjne ze współczesną psychoterapią.
Wielu Amerykanom bardzo odpowiadał światopogląd i sposób bycia zawsze radosnego, niekonwencjonalnego
guru z Indii, który twierdził, że bogactwo nie stoi na przeszkodzie — sprzyja nawet rozwojowi duchowemu. Odważnie krytykował skostniałe organizacje religijne, nie oszczędzając przy tym także tradycyjnych świętości, takich jak MahatmaGandhi, Matka Teresa czy papież.
Zarzucano mu, że żył w luksusie, którego wyznacznikiem była prawie setka rolls-royce'ów oraz trzy razy tyle zegarków marki Rolex... Bogactwo jednak nie uchroniło Osho przed aresztowaniem. Niezależni dziennikarze twierdzą, że w amerykańskim areszcie podano mu truciznę, by się go raz na zawsze pozbyć.
Co roku do aszramy w Poonie przyjeżdża około 100 tys. osób. Obecnie „dowodzi” nią tzw. Inner Circle (wewnętrzny krąg) – grupa 20 osób wyznaczonych przez Osho do zajmowania się sprawami administracyjnymi. Komuna mieści się w jednej z najlepszych dzielnic Poony – Koreagon Park. Po wejściu do aszramy czeka nas test na AIDS. Potem trzeba kupić sobie szatę w kolorze karmazynowym, gdyż bez niej przebywanie na terenie tego obiektu jest niemożliwe (lub utrudnione).
Uniwersytet Brahma Kumaris
Dzień w aszramie zaczyna się o świcie
Dziesiątki naszych rodaków każdego roku wyruszają do indyjskiej aszramy w Mount Abu, wysoko w górach Arawali w Radżasthanie. Tutaj mieści się międzynarodowa siedziba Uniwersytetu Brahma Kumaris, zwanego Madhuban.
Cały kompleks jest napędzany energią słoneczną, ma też własne źródła wód głębinowych. Kuchnia przygotowuje 25 tys. posiłków dziennie, są też oczyszczalnie wody.
Każdego roku do campusów zjeżdżają dziesiątki tysięcy osób ze 100 krajów, z różnych środowisk religijnych i kulturowych. Zawsze jest duża grupa Polaków, a wśród nich para projektantów mody z Gdyni – Jola Słoma i Mirek Trymbulak, którzy byli już tu dziewięć razy, a przyjeżdżają głównie na wykłady.
– Pobyt w Indiach sprawia, że ponownie zaczynam rozumieć, po co żyję, to jest takie resetowanie się, ładowanie pozytywnej energii – mówi Jola Słoma. – Lekcje nie mają charakteru religijnego, dotyczą codzienności, tego, jak radzić sobie w świecie bez stresu.
W aszramie są pokoje dla małżeństw, ale Jola z Mirkiem mieszkają osobno. Jak twierdzą, w ten sposób łatwiej odbywać podróż w głąb siebie, odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”.
– Uwielbiam poznawać nowych ludzi, wymieniać poglądy, szczególnie z obcokrajowcami: ostatnio mieszkałam z trzema Australijkami. Spotykam się z Mirkiem na stołówce, jedziemy razem do miasta, ale tak naprawdę jesteśmy sami ze sobą, to dla nas rodzaj wyzwania – tłumaczy projektantka.
Jola i Mirek spotykają w aszramie żonę Robina Gibba, lidera grupy Bee Gees, która od wielu lat jest studentką Uniwersytetu Brahma Kumaris. Studentem i wykładowcą jest również popularny pisarz Mike George, którego dwie książki zostały wydane w Polsce – „Sto jeden sposobów na relaks” i „Sztuka relaksu”.
Bywa tu także były klawiszowiec Massive Attack Michael Timothy. Założyciel naszego uniwersytetu, Dada Lekhraj zwany Brahma Baba, był bardzo bogatym człowiekiem, zajmował się handlem diamentami i biżuterią. Kiedy przeszedł na emeryturę, przeznaczył cały swój majątek na utworzenie aszramy – mówi Mirek Trymbulak. – Brahma Baba twierdził, że człowiekowi do tego, żeby przeżyć, wystarczy miseczka dhalu, czyli rozgotowanej ciecierzycy z ryżem i przyprawami, i dwa chapati. Cała reszta jest tylko przyjemnym dodatkiem do życia. Jednak aż tak się nie umartwiamy. Jedzenie jest wegetariańskie, ale dostosowane do gustów europejskich; nie jest ani takie ostre, ani tłuste, ani słodkie jak to indyjskie. Jemy dużo warzyw, ponieważ uniwersytet ma własne plantacje – wyjaśnia.
Dzień w aszramie zaczyna się o świcie, przed czwartą, mocną hinduską herbatą na mleku z przyprawami, potem jest pierwsza poranna medytacja.
Studenci uniwersytetu chodzą w białych strojach, co ma symbolizować czystość intencji i umysłu.
– Ludzie przyjeżdżają z różnych krajów, mają rozmaite zwyczaje, styl ubierania się i status majątkowy. Chodzi o to, żeby nie wyróżniać się wyglądem i tym samym nie odciągać uwagi od tego, co najważniejsze.
Panie się nie malują, nie noszą obcisłych bluzek, przyjeżdżamy tu po to, by pracować nad sobą, a nie epatować cielesnością. Zresztą indyjskie bawełniane tuniki, które można kupić w sklepikach na terenie aszramy, są bardzo wygodne w gorącym klimacie – podkreśla Jola. – Nosimy też znaczki uniwersytetu, co powoduje, że okoliczni mieszkańcy, znający jego charytatywną działalność, odnoszą się do nas z dużym szacunkiem – podsumowuje.































































