Po jednym dniu euforii na Wall Street wróciło przygnębienie związane z konsekwencjami wojen celnych prezydenta Trumpa. Sytuacja jest jednak dynamiczna i za 24 godziny równie dobrze możemy zobaczyć ruch w drugą stronę.


Normalnie czytaliby Państwo o mocnych spadkach, „dramatycznej przecenie” czy „załamaniu” na nowojorskich giełdach. Ale jak na standardy z ostatnich kilku dni był to dzień jak co dzień. Indeks S&P500 zakończył go spadkiem o 3,46%, schodząc do poziomu 5 268,05 pkt. Nasdaq zniżkował o 4,34%, obniżając się do 16 387,31 pkt. Dow Jones zaliczył spadek o 2,5% i znalazł się na pułapie 39 593,66 pkt. A to i tak wyniki po wzrostowej końcówce czwartkowego handlu, podczas której wszystkie te trzy indeksy zyskały po ok. 1%.
Paradoksalnie była to dość spokojna sesja. Przynajmniej jak na standardy kwietnia A.D. 2025. Przecież raptem w środę Wall Street znalazła się w euforii a Nasdaq zyskał ponad 12% po tym, jak prezydent Donald Trump pod presją rynku i biznesu jednak zdecydował się wstrzymać wprowadzenie ceł o 90 dni. Już we wtorek rynek próbował odbijać, ale bez powodzenia. W poniedziałek także dawał nadzieje na odreagowanie, ale spaliło ono na panewce. Stało się to po tym, jak w piątek S&P500 spadł o blisko 6% a w zeszły czwartek o prawie 5%.
ReklamaZobacz także
W ten czwartek inwestorzy ocenili, że szklanka jest jednak do połowy pusta. Co prawda wysokie cła na kraje Europy i Azji zostały na trzy miesiące zawieszone, ale już zaporowe 145-procentowe taryfy na Chiny weszły w życie. Pekin mówi, że nie chce wojny handlowej, ale nie będzie rozmawiał z celnym pistoletem przystawionym do skroni. Na 90-dniowy celny rozejm przystała za to Unia Europejska.Za to Komisja Europejska ma inny środek nacisku na Amerykę i może odegrać się na wielkich korporacjach technologicznych z Doliny Krzemowej. Równocześnie administracja USA prowadzi rozmowy z 15 krajami w sprawie nowych umów handlowych i celnych.
Sytuacja nie wygląda zatem tak dramatycznie źle jak jeszcze na początku tygodnia, ale wojna celna pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata właśnie stała się faktem. Giełdowi analitycy zaczęli wertować tabele statystyczne handlu zagranicznego i odkryli w nich, że Amerykanie eksportują do Chin głównie…. surowce. Największym eksportowym hitem USA w Państwie Środka jest bowiem soja, a oprócz tego gaz ziemny, ropa naftowa czy złom miedzi. Na liście są też półprzewodniki, szczepionki (!), części samochodowe czy urządzenia medyczne.
Dużo większym problemem jest to, co Ameryka sprowadza z Chin. Tu listę otwierają smartfony, komputery, „różne towary” , baterie, części samochodowe, zabawki, art. oświetleniowe, meble, plastiki i inne. Zestawienie tych dwóch list każe wątpić, że USA są tu technologicznym liderem. Co więcej, poza soją i towarami medycznymi żaden z amerykańskich eksportowych hitów nie stanowi głównego źródła zaopatrzenia dla Chińczyków.
Warto też odnotować, że nowojorskie giełdy zanotowały pokaźne spadki pomimo bardzo dobrych wyników inflacji CPI. Wskaźnik ten w marcu odnotował pierwszy od 5 lat spadek w relacji miesięcznej (tj. o 0,1% mdm), a jego dynamika roczna wyhamowała z 2,8% do 2,4%. Najniższa od 4 lat byłą też inflacja bazowa, która obniżyła się z 3,1% do 2,8%. To może dać nadzieję, że w razie recesji Rezerwa Federalna będzie mogła sobie pozwolić na głębsze obniżki stóp procentowych. Jednakże wszyscy wiedzą, że dane za marzec to już przeszłość a w drodze są znaczne podwyżki cen dóbr importowanych z Chin, Kanady i Meksyku.
Drugą dobrą (tj. zależy dla kogo) wiadomością czwartkowej sesji była ponowna przecena ropy naftowej. Surowiec typu Brent potaniał o 3,3%, a teksańska ropa WTI o 3,8%. To nie tylko czynnik dezinflacyjny, ale przede wszystkim ulga dla portfeli konsumentów i kosztów producentów w krajach Zachodu. Jednakże skoro jest tak dobrze, to dlaczego złoto drugi dzień z rzędu drożało o ok. 100 USD na uncji – czyli o 3%?

























































