Ani słabsze dane makro, ani eskalacja wojny handlowej z Chinami nie zatrzymały w piątek wzrostów na nowojorskich parkietach. Amerykańskie indeksy w dalszym ciągu znajdują się blisko nominalnych rekordów wszech czasów.


Na ogół w każdy pierwszy piątek miesiąca Wall Street patrzy głównie na rządowe dane z rynku pracy. Lipcowy raport BLS był nieco rozczarowujący - słabszy od prognoz był wzrost zatrudnienia, nie zachwyciła także dynamika płac. Ale właśnie takie rezultaty podobają się inwestorom: brak silnej presji płacowej i brak presji na szybszy wzrost stóp procentowych.
Gorzej, że zawiódł także ISM dla sektora usług, który w lipcu obniżył się do 55,7 pkt. z 59,1 pkt. w czerwcu. Choć "usługowy" ISM cieszy się mniejszym prestiżem od swego starszego braka z sektora przemysłowego, to jednak sygnalizowane spowolnienie wzrostu w dominującym sektorze amerykańskiej gospodarki mogło zaniepokoić inwestorów.
Ale nie zaniepokoiło. Tak samo jak eskalacja sporu handlowego z Chinami. Państw Środka w odpowiedzi na groźby Białego Domu zadeklarowało gotowość nałożenia ceł na import z USA o wartości 60 mld USD rocznie.Rzecz jasna taka deklaracja może być elementem strategii negocjacyjnej, ale też wskazują narastającą irytację i zdecydowanie Pekinu.
Co ciekawe, rynek akcji nic sobie z tego wszystkiego nie robił. Dow Jones poszedł w górę o 0,54%, a S&P500 zyskał 0,46%. Do styczniowego rekordu indeksowi S&500 brakuje już tylko 1,1%. Nasdaq - który swój rekord poprawił w lipcu - tym razem wypadł słabiej i urósł tylko o 0,12%.
KK
























































