Bessa na warszawskiej giełdzie trwa (?) już ponad rok. Od wielu miesięcy pogarszają też wskaźniki wyprzedzające dla polskiej gospodarki. Pytanie za milion brzmi: czy rynek wycenił już wszystkie ryzyka związane z nadchodzącą dekoniunkturą?


Mniej doświadczeni inwestorzy mogą mieć spore problemy ze zrozumieniem obecnej sytuacji. Oto bowiem z mediów (i to nie tylko tych rządowych) możemy się dowiedzieć, że wzrost gospodarczy przekracza(ł) 5%, bezrobocie jest najniższe od początku transformacji, a płace rosną w tempie 6-7% rocznie – czyli najszybciej od dekady. Równocześnie WIG od szczytu z zeszłorocznego stycznia do październikowego dołka spadł o ponad 20%. Jeszcze gorzej prezentują się spółki mniejsze – sWIG80 w bessie znalazł się już w marcu 2017, do grudniowego dna tracąc ponad 37%.
Jak to zatem jest, że giełda leci na łeb na szyję, podczas gdy gospodarka rozwija się najszybciej od lat? Paradoksalnie nie ma w tym nic dziwnego. A to dlatego, że po pierwsze, rynek akcji wycenia przyszłość, a nie teraźniejszość. Po drugie, inwestorzy wyceniają zyski giełdowych spółek (a nie dynamikę PKB), z którymi to pomimo dobrej koniunktury gospodarczej w zeszłym roku było raczej krucho.
WIG wycenił trwające spowolnienie gospodarcze
Już rok temu pisaliśmy, że „jeszcze żadna prosperity nie trwała wiecznie” i że powoli powinniśmy się przygotowywać na nadejście dekoniunktury. Obawy te zaczęły się materializować w końcówce 2018 roku. W grudniu GUS odnotował wyraźne wyhamowanie produkcji przemysłowej. Rozczarowujące okazały się też statystyki sprzedaży detalicznej – był to najsłabszy grudniowy wynik od przynajmniej 2006 roku. Bardzo niepokojąco prezentują się też odczyty PMI, sygnalizujące recesję w polskim sektorze wytwórczym. To wszystko w kontekście ostrego spowolnienia wzrostu gospodarczego w Europie i w Chinach.
Ekonomiści zgadzają się, że rok 2019 przyniesie spowolnienie wzrostu gospodarczego w Polsce. Dyskusje dotyczą w zasadzie tylko tego, jak gwałtowne i na ile trwałe będzie to spowolnienie. Na razie przeważa umiarkowany optymizm – w ankiecie „Pulsu Biznesu” mediana prognoz ekspertów zakłada całoroczny wzrost PKB w wysokości 3,65%. Można założyć, że właśnie takie – bardzo umiarkowane – spowolnienie wzrostu gospodarczego rynek akcji wycenił w 2018 roku.
Co mówią „wyprzedzacze”?
Wśród ekonomistów znane jest powiedzenie, że prognozowanie przyszłości na bazie historycznych danych przypomina prowadzenie samochodu, patrząc tylko we wsteczne lusterko. Dlatego od dekad pracuje się nad wskaźnikami, które mają wyprzedzać koniunkturę. Jednym z nich jest łączony wskaźnik wyprzedzający (CLI) obliczany przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (ang. Organisation for Economic Co-operation and Development – OECD).
Problem w tym, że w ostatnich latach OECD CLI dla Polski po prostu się zepsuł, o czym pisaliśmy rok temu. Chodzi o to, że przez cały rok 2017 oraz 2018 CLI wskazywał na nadchodzące spowolnienie gospodarcze, podczas gdy wzrost PKB cały czas utrzymywał się powyżej 5%. Wskazywałem wówczas na nieco przestarzałą konstrukcję tego wskaźnika CLI, która może być zawodna we współczesnych warunkach gospodarczych.
Fakt, że OECD CLI zawiódł w 2017 roku, nie podlega dyskusji. Ale to nie musi oznaczać, że wskaźnik ten stał się zupełnie nieprzydatny. W grudniu i listopadzie 2018 CLI dla Polski spadł do 99 punktów, wyznaczając najniższą wartość od 6 lat. Poprzednim razem przy tak niskich wskazaniach CLI dynamika produktu krajowego brutto Polski spadła niemal do zera! To by sugerowało, że wskaźnik OECD sygnalizuje drastyczne załamanie koniunktury gospodarczej, którego jak na razie nie widzimy w danych makroekonomicznych.
Do sprawy można też podejść bardziej optymistycznie. Jeśli polską gospodarkę czeka poważna zadyszka, to wcale nie musi oznaczać kontynuacji dekoniunktury na GPW. W ciągu minionych 15 lat lokalne minima CLI zwykle występowały w pobliżu dołka bessy na polskim rynku akcji. Kto kupował akcje przy odczytach CLI rzędu 99 pkt. lub niższych, ten potem raczej nie miał powodów do narzekań. Taka strategia pozwoliła „wyłapać” dołek bessy na przełomie 2008/09 oraz (z pewnym opóźnieniem) załapać się na hossę z roku 2013. Teraz OECD CLI sygnalizuje nam, że albo niedługo będziemy mieli dołek bessy na GPW (lub już go zaliczyliśmy w październiku) albo czeka nas powtórka z roku 2008, gdy wskaźnik ten spadł aż do 98,3 pkt.
Jest też możliwość trzecia: CLI „zepsuł” się permanentnie i nie warto już na niego patrzeć. Ale taka ewentualność oznaczałaby, że „awarii” uległy też inne wskaźniki, które od pewnego czasu sygnalizują pogorszenie koniunktury w Polsce. Wspomniany już wcześniej PMI znalazł się na najniższym poziomie od 2013 roku, a jego kompozycja przypomina wydarzenia z roku 2009. Podobne objawy zdradza sporządzany przez Komisję Europejską indeks koniunktury ESI, który w styczniu zaliczył najmocniejszy spadek od 6 lat. Warto się zatrzymać nad tym ostatnim wskaźnikiem, ponieważ jego wykres wykazuje zbieżność z głównymi indeksami GPW. Co ciekawe, cykliczny szczyt ESI wypadł w styczniu 2018 - idealnie zbiegając się w czasie ze szczytem WIG-u. W kontekście inwestycyjnym spadający, lecz wciąż stosunkowo wysoki ESI nie wróży dobrze posiadaczom akcji.
























































