Jeśli jesteś gringo, miejscowi z pewnością będą chcieli na tym fakcie zarobić. Jeśli tu mieszkasz, spotkasz się z szaloną korupcją, a do wielu rejonów nie będziesz miał wstępu nawet za dnia.


O życiu w Ekwadorze – kraju mnóstwa kontrowersji – opowiada mieszkający tu Paweł Drąg.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl: Był Pan już na równiku? Podobno to w Ekwadorze jedna z największych atrakcji.
Paweł Drąg: Tak, byłem, choć nie wywarł on na mnie specjalnego wrażenia. Nie lubię miejsc, w których aż roi się od turystów. Równik w swojej specyfice jest idealny do tego, by go zobaczyć, odhaczyć i jak najszybciej przenieść się do dużo ciekawszych atrakcji.
Zacznijmy jednak od tego, że są dwa "równiki" w Ekwadorze. Jeden, znany przez niemalże wszystkich, bo dobrze rozreklamowany, znajduje się około pół godziny drogi od stolicy – Quito. To tam każdego dnia nadciąga chmara turystów, wśród których prym wiodą Amerykanie, Niemcy, Anglicy i Francuzi.

Przez Ekwador przebiega równik, fot. Thinkstock
Z kolei 200 metrów dalej znajduje się ten właściwszy geograficznie równik, gdzie jest dużo ciekawiej. Pracują tam przewodnicy, którzy z pasją opowiadają o historii i tradycjach Ekwadoru, a to największy atut. Tam także można czynnie wziąć udział w pomysłowych pokazach poświadczających o prawdziwości miejsca, w którym przebywamy.
Znana na cały świat jest też pewna ekwadorska huśtawka. Mówią, że zawisła na końcu świata. Czy są powody, żeby cały Ekwador nazywać końcem świata?
Świetnie zapowiada się ta huśtawka, chyba muszę ją odwiedzić, nim wrócę do Polski. Choć lotu na linie nad 150-metrową przepaścią chyba nie przebije (śmiech). To była dla mnie wspaniała przygoda. Wracając jednak do pytania. Ekwadoru nie można nazwać końcem świata, gdyż czytałem o krajach, które są biedniejsze i bardziej niebezpieczne. Jednocześnie nie można nazwać go spokojnym i sprzyjającym godnemu życiu. Panuje tu szalona korupcja, w wielu miejscach kraju białemu nie wolno wyjść po zmroku, bo mogłoby się to skończyć bardzo źle. Są też rejony, jak ten, w którym ja mieszkam, gdzie nawet za dnia większość ulic jest niedostępna dla nietutejszych.

Źródło: Thinkstock
Kraj na pewno rozwija się, ale ten proces przebiega bardzo wolno, więc na dzień dzisiejszy nazwałbym Ekwador krajem nieporadnie raczkującym, ale z wiarą, że musi być lepiej.
Pracuje Pan tu jako wolontariusz. Skąd pomysł na udział w takim przedsięwzięciu?
Czasem przychodzi taki czas w życiu, kiedy człowiek stwierdza, że ma dosyć tego wyścigu szczurów, w który sam, niestety, siłą rozpędu wpadł i zaczyna mu czegoś brakować w egzystencji. Pracowałem zawodowo od 18. roku życia, jednocześnie godząc to ze studiami. W wieku 21 lat miałem już bardzo poważną i odpowiedzialną funkcję w pracy, jednak nawet na moment nie pomyślałem o tym, by z czegoś zrezygnować. Jednocześnie angażowałem się w wiele innych zajęć, bo nie lubię bezczynnego stania w miejscu. To wszystko jednak w pewnym momencie trochę mnie przytłoczyło. Po skończeniu studiów stwierdziłem, że czas spełnić swoje marzenie i jednocześnie, bezinteresownie, ofiarować choć rok życia komuś innemu - pomagając. Zacząłem więc szukać możliwości wolontariatu za granicą.
I padło na Ekwador.
Po mozolnym grzebaniu w internecie w końcu ktoś zainteresował się kandydaturą moją oraz mojej dziewczyny. Była to działająca w Ekwadorze organizacja Fu Shen Fu Foundation*, założona i prowadzona przez człowieka wielkiego serca, ojca Jana Koczego. Udało nam się ze sobą porozumieć i po kilku miesiącach wylądowaliśmy w Ekwadorze.
Czy przylot do Ameryki mocno przewrócił Pana wyobrażenie o tym miejscu?
Odpowiem inaczej. Wiedziałem, że jest niebezpiecznie, ale sam tego nie doświadczyłem. Wiedziałem, że jest biednie, ale nie widziałem tego na własne oczy. Wiedziałem, że ludzie kochają się spóźniać i odkładać wszystko na ostatnią chwilę, ale siłą rzeczy nie było to moim udziałem. Wiedziałem, że są tu doskonali tancerze, ale nie znałem w Polsce żadnego Latynosa.
Pokaż Tam mieszkam na większej mapie
Teraz, oprócz tego, że ta wiedza od dawna istniała w moim umyśle, to jeszcze doświadczyłem tego całym sobą i wiem, co te mgliste pojęcia naprawdę oznaczają. To już nie jest lizanie lizaka przez papierek, ale obecność tu i teraz - ciałem i duchem. Tu także przekonałem się, jak to powiedział kiedyś Arthur Rimbaud, że "jedyną myślą nie do zniesienia jest to, że znieść można wszystko".
Przemógł się Pan więc i dziś tak, jak inni piecze świnki morskie?
Muszę to sprostować. Świnki morskie pieką w Ekwadorze tylko Indianie w górach i czynią to wyłącznie na specjalnie okazje - chrzty, komunie czy śluby. Tradycja spożywania tego zwierzaka sięga jeszcze czasów Inków.
Podobnych kontrowersji znalazłoby się tu trochę więcej.
Faktycznie,
Europejczyka może tu wiele dziwić lub nawet oburzać. W najbardziej zacofanych
indiańskich wioskach wciąż istnieje – choć dziś jest spotykana coraz rzadziej -
niepisana tradycja, że jeśli mąż nie bije swojej żony, to ona czuje się tym
faktem urażona i sądzi, że ten jej nie kocha.

Quito - stolica kraju, fot. Thinkstock
Wybrzeże jest bardziej rozwiązłe i jego mieszkańcy traktują życie bardzo lekko, co między innymi odzwierciedla się w tym, że mężczyźni mają wiele kobiet jednocześnie lub lubują się w zapładnianiu jakieś niewiasty, a następnie od razu od niej odchodzą, by zrobić to samo z kolejną. Kobieta nie może pozwolić sobie na coś podobnego, bo tu funkcjonuje mit macho, w myśl którego facet może robić wszystko, na co ma tylko ochotę, a kobieta jest od tego, by mu usługiwać.

Bez wątpienia to zupełnie inny świat – również pod względem twardych danych. W internecie popularna jest ostatnio porównywarka warunków życia w różnych krajach. Różnice między Polską i Ekwadorem ocenia Pan jako prawdziwe?
Oj, mają trochę racji, choć w niektórych przypadkach byli aż nadto łaskawi dla Ekwadoru. Gdyby ktoś mieszkał w Ekwadorze, a nie w Polsce, to wcale nie miałby dwa razy więcej dzieci, tylko trzy-cztery razy więcej. 11% więcej szans, że byłbyś zatrudniony? Bzdura. Może oficjalne dane tak mówią, ale tutaj do niczego na poważnie nie przywiązuje się wagi, więc mogę z całą pewnością stwierdzić, że olbrzymi procent osób tutaj nie pracuje lub zarabia kilka dolarów tygodniowo. Dużo większe prawdopodobieństwo zachorowania na HIV lub AIDS to, niestety, szczera prawda. O 58% zarobków mniej niż w Polsce to za mało. Zarabia się tu dużo, dużo mniej.
Swoją drogą, to prawda, że w Ekwadorze nigdy nie mają dość centów, żeby wydać resztę?
Nie, to nieprawda, nie ma z tym żadnych problemów. Za to najwyższym funkcjonującym tu banknotem jest ledwie... 20 dolarów. W praktyce wyższe nominały nie są nigdzie przyjmowane. Powodem jest strach przed fałszywkami, których w Ekwadorze jest bardzo dużo.
Dużo to jest tu okazji do zarobienia na mało zorientowanych w prawdziwych cenach gringos. Jeśli więc nie jesteś Ekwadorczykiem, idziesz na targ i posługujesz się angielskim albo łamanym hiszpańskim, z pewnością przepłacisz za zakupy?
Tak, to zdecydowanie racja. Jeśli jesteś biały, to niemal zawsze dostaniesz dużo wyższą kwotę do zapłacenia niż Ekwadorczyk. Samego siebie przeszedł kiedyś jeden ze sprzedawców, który chciał mi wcisnąć jedną marakuję za 3,5 dolara, kiedy za 1 dolara powinienem otrzymać ich... 10. Wszyscy tu jednak myślą, że skoro jesteś biały, to masz mnóstwo pieniędzy i chętnie się nimi podzielisz. Nikt też nie daje wiary, że kolor skóry niekoniecznie oznacza górę forsy w portfelu... Ekwadorczyków trochę rozbestwili Amerykanie, którzy najczęściej odwiedzają ten kraj. Oni rzeczywiście najczęściej przyjeżdżają tu z dużą ilości gotówki, w ogóle się nie targują, wydają duże kwoty i dają się nabierać sprytnym miejscowym.

"To zdecydowanie racja. Jeśli jesteś biały, to niemal zawsze dostaniesz dużo wyższą kwotę do zapłacenia niż Ekwadorczyk", fot. Thinkstock
Zresztą pierwsze pytanie, jakie tu usłyszy każdy biały, to: "Jesteś Amerykaninem, tak?". Mam to szczęście lub nieszczęście mieszkać w kompletnie nieturystycznym mieście, gdzie oprócz mnie jest tu tylko dwóch białych i wszyscy prawie codziennie słyszymy to pytanie. Nawiasem mówiąc, "gringo" to pojęcie, które powinno być przez nich używane wyłącznie w stosunku do Amerykanów, o czym mówi historia, ale wielu z nich o tym nie wie, więc każdy biały nieustannie musi się nasłuchać tego epitetu. A, choć też mało kto o tym wie, ma ono znaczenie bardzo negatywne.
Co do zasady jest tu drożej niż w Polsce?
Najbardziej skrajnie wygląda to w przypadku zdrowotnego soku z noni. W Polsce litrowa butelka kosztuje średnio 120 złotych, natomiast tutaj kupiliśmy trzy litry tego napoju za... 4 dolary, czyli równowartość 12 złotych! Nie muszę chyba dodawać, że owoce są tutaj bardzo tanie, a skrzynkę pełną bananów można wymienić na paczkę papierosów.

"Ekwadoru nie można nazwać końcem świata", fot. Thinkstock
Zejdźmy jednak odrobinę na ziemię, ale tylko trochę. Trzy litry pepsi kosztują tu nieco ponad dolara, identycznie woda oraz najtańsze, okropne piwo - 0,33 litra. 3-godzinna podróż autokarem to koszt góra 3 dolarów. Nie ma zresztą co się dziwić - galon benzyny można dostać za... 1 dolara! Z kolei kilka plasterków sera kosztuje tu, bagatela, 4 dolary, a najtańsza tabliczka czekolady około 3 dolarów.
W kraju skrajnie biednym, poza niektórymi przykładami, ceny są mniej więcej takie same jak w Polsce, co jest zabójcze dla portfeli ubogich Ekwadorczyków.
Z tego też zresztą względu mogła rozpocząć się Pana prywatna przygoda z Ekwadorem. Fundacja, dla której Pan pracuje, wyrosła właśnie z problemu ubóstwa?
Fundacja San Jose Freinademetz, SVD - Fu Shen Fu, jak brzmi jej pełna nazwa, została założona przez ojca Jana Koczego. Został on wysłany do Ventanas, do pracy w parafii Virgen de Guadalupe, gdzie początkowo chciał zbudować kościół i dom parafialny. Pracując tam, szybko zauważył niesamowitą nędzę panującą wśród tutejszych mieszkańców. Zorganizował więc punkt wydawania posiłków dla dzieci. Mali Ekwadorczycy mają problemy także na innych niwach życia - kulała przede wszystkim opieka zdrowotna i edukacja. Nie byli oni także przystosowani do życia w społeczeństwie, gdyż zamiast rodziców wychowywała ich ulica. Ojciec Jan w 2005 roku powołał więc do życia Fundację Fu Shen Fu, która działa do dzisiaj.
Cztery główne cele fundacji zawierają się w zapewnieniu jednego dużego posiłku dziennie, opieki zdrowotnej, edukacji i niezbędnych materiałów do niej, a także przewodnictwa duchowego poprzez edukację moralną. Fundacja nie ogranicza się tylko do dzieci, ale wspiera także rozwój ich matek. Organizujemy kursy odpowiedzialnego rodzicielstwa, nauki języków czy warsztaty, które pomagają im zaistnieć na rynku pracy, jak np. zajęcia z wyrabiania czekoladek, biżuterii, świeczek zapachowych, laleczek fofucha czy figurek. Pracujemy każdego dnia od rana do późnych godzin wieczornych, bo nowi wolontariusze szybko zarażają się pasją od swoich poprzedników i robią wszystko, by uczynić jak najwięcej dobrego. To naprawdę świetne miejsce.
Podobno w ogóle cały Ekwador to jedno z najpiękniejszych na świecie. Jakie miejsca szczególnie poleca Pan zobaczyć?
Skala możliwości jest olbrzymia. Bardziej doświadczonym podróżnikom polecam zmierzyć się ze wspinaczką na jeden z najwyższych wulkanów świata - Chimborazo. To niezapomniane przeżycie. Dla tych, dla których jest to trochę ponad siły, a uwielbiają zmagania z wysokością, istnieje wiele innych, mniejszych szczytów.

Wulkan Chimborazo, fot. Thinkstock
Świetną przygodą jest także wykupienie jednego dnia w dżungli amazońskiej pod opieką profesjonalnego przewodnika. Można wtedy jeść robaki, skakać do rwących potoków, spać w prawdziwych domach Indian Keczua czy po prostu przedzierać się przez te niesamowite "zielone płuca ziemi". W tym kraju znajduje się także wiele przepięknie zlokalizowanych wodospadów. Taki Pailon Del Diablo to istna perełka dorobku matki natury, coś niebywale urzekającego! Zdjęcia z tego miejsca nie bez powodu są publikowane w najlepszych czasopismach podróżniczych.
Fanom ekstremalnych przygód mogę polecić najwyższe bungee na świecie, tuż obok Quito, czy rafting, na który zjeżdżają specjalnie do Ekwadoru amatorzy tego sportu z całego świata. Na tych, którzy wolą jednak trochę spokoju, czeka przejażdżka pociągiem po zapierającej dech w piersiach, górzystej i stromej trasie nazywanej Nariz Del Diablo. Widoki są niesamowite, a oprócz samej podróży można także, podczas godzinnej przerwy, zjeść tam tradycyjny, ekwadorski specjał i spróbować swoich sił w ludowym tańcu z miejscową tancerką lub tancerzem.
Dziękuję za rozmowę.
* Szczegóły na temat fundacji, dla której w Ekwadorze pracuje Paweł Drąg można znaleźć tutaj. Relacja z bieżącej działalności znajduje się na blogu wolontariuszy oraz blogu jej założyciela.












!["Bardzo ciężka praca, ale i bardzo dobre życie". Bankowiec z Polski o realiach Nowego Jorku [Tam mieszkam]](https://galeria.bankier.pl/p/1/f/4fd22ab3ebbae7-480-288-0-0-1488-893.jpg)













































