Wspólna waluta, działając podobnie jak standard złota, dyscyplinuje polityków oraz banki. Dlatego porzucenie euro byłoby rozwiązaniem fatalnym w skutkach.

Image licensed by Ingram Image
Europejski kryzys nie jest wynikiem wprowadzenia euro. Takie przekonanie jest z gruntu błędne. Wspólna waluta jedynie obnażyła nabrzmiewające problemy europejskich gospodarek i wymusiła zdecydowane reformy, które zaprocentują w przyszłości.
Euro jak złoto
Przed powstaniem wspólnej waluty problemy budżetowe były zwyczajowo rozwiązywane przez banki centralne. Pustki w państwowej kasie były zapełnianie dodrukowanym pieniądzem, a następnie po cichu i bez większych emocji dług publiczny był spłacany przez europejskie społeczeństwa za pośrednictwem inflacji oraz spadku kursu walutowego.
![]() | »Zakupy obligacji nie wystarczą, aby uratować strefę euro |
Standard złota wpływał zatem dyscyplinująco na rządy, które, chociaż miały ochotę na zapełnienie luki w budżecie za pomocą dodruku pieniądza, nie mogły tego zrobić. Pod tym względem euro przypomina złoto.
Istnieją jeszcze inne analogie. Euro, podobnie jak złoto, eliminuje zmienne kursy walutowe. Wahania kursu walutowego zakłócają ocenę realnych przepływów dóbr oraz strumieni finansowych, przez co zmniejszają efektywność gospodarki. Eliminacja ryzyka kursowego dzięki istnieniu wspólnej waluty sprawia, że unijna gospodarka staje się bardziej efektywna, prowadząc do większego dobrobytu europejskich społeczeństw.
Euro chroni zwykłych ludzi
Konieczność uzyskania zgody wszystkich krajów na rozwiązanie kryzysu fiskalnego za pośrednictwem banku centralnego jest przeszkodą, którą trudno przezwyciężyć. Silny sprzeciw ze strony Bundesbanku w kwestii skupu obligacji skutkował ustaleniem, że Europejski Bank Centralny będzie sterylizował zakupy długu, co oznacza działania w kierunku uniemożliwienia drastycznego wzrostu podaży pieniądza. Inaczej niż w przypadku amerykańskiej Rezerwy Federalnej.
Wspólna waluta wywołała też zmiany, które bez powstania unii walutowej nigdy nie byłyby brane pod uwagę. Po pierwsze, wymusiła zaostrzenie dyscypliny fiskalnej. Redukcja deficytów jest jednym z priorytetów obecnej polityki gospodarczej, niezależnie od faktu, że zmiany te są prowadzone zbyt wolno i zachowawczo.
Funkcjonowanie euro oznacza niemożność dewaluacji krajowej waluty. Tymczasem takie rozwiązanie jest wskazywane jako jedna z najskuteczniejszych dróg do odzyskania konkurencyjności gospodarek pogrążonych w kryzysie, gdyż oznacza szybkie obniżenie cen i wynagrodzeń. Jednak dewaluacja jest równoznaczna z olbrzymią inflacją, która prowadzi do drastycznego spadku siły nabywczej społeczeństwa oraz pociąga za sobą jego zubożenie. Domaganie się takich działań jest niemalże jednoznaczne z oczekiwaniem nacjonalizacji prywatnych majątków.
Kryzys to nie wina euro
Obecny kryzys nie jest skutkiem funkcjonowania euro. Za dzisiejsze problemy odpowiadają całkowicie błędne działania Europejskiego Banku Centralnego, który przed wybuchem kryzysu prowadził politykę łatwego pieniądza, naśladując Rezerwę Federalną.
| »Facebook znów zrobił inwestorów w konia |
Nadmiar taniego kredytu poskutkował powstaniem licznych baniek inwestycyjnych na rynkach obligacji i nieruchomości. Lekkomyślna akcja kredytowa doprowadziła ostatecznie do załamania gospodarki, przez co zagroziła istnieniu systemu bankowego.
Wielki wpływ na kryzys miało centralne planowanie zarządzania ryzykiem w systemie bankowym, jakie narzucają reguły bazylejskie. Błędne założenia stosowane we wszystkich krajach europejskich oraz za oceanem sprawiły, że kryzys miał zasięg globalny ze względu na powszechność niewłaściwych zasad.
Euro jest warte zachowania
W czasach poprzedzających powstanie wspólnej waluty, dzięki możliwości skorzystania z banku centralnego oraz dewaluacji, rządy mogły maskować prawdziwy stan gospodarki przed społeczeństwem. Ponadto chaos wprowadzany przez nierynkowe płynne kursy walutowe utrudniał zacieśnianie połączeń gospodarczych.
Z perspektywy orędowników wolności gospodarczej euro jest jak najbardziej korzystnym projektem. Nie należy z niego pochopnie rezygnować.
Piotr Lonczak
Bankier.pl
p.lonczak@bankier.pl

























































