REKLAMA

Bank niewszechmogący, czyli po co nam finansowi superbohaterowie

Michał Żuławiński2021-12-31 14:15analityk Bankier.pl
publikacja
2021-12-31 14:15
Bank niewszechmogący, czyli po co nam finansowi superbohaterowie
Bank niewszechmogący, czyli po co nam finansowi superbohaterowie
fot. isak55 / / Shutterstock

Jak trwoga to do Boga, a jak panika na rynkach czy kryzys w gospodarce - to do banku centralnego. Instytucje te dominują nad światowymi finansami, choć przecież nie są nieomylne. Powstaje więc pytanie – czy świat aby nie za bardzo uwierzył we wszechmoc banków centralnych, co zgubne jest zarówno dla świata, jak i samych bankierów?

W ostatnich latach w przemyśle filmowym zapanowała moda na filmy o superbohaterach. Avengers, X-Men, Batman, Spiderman, Ironman, Superman, Czarna Pantera, Kapitan Ameryka, Fantastyczna Czwórka, Strażnicy Galaktyki… Lista produkcji, autorstwa głównie Marvela i DC Comics, zdaje się nie mieć końca.

Schemat akcji zazwyczaj jest podobny: obdarzony wyjątkowymi umiejętnościami bohater (lub grupa bohaterów) przezwycięża trudności, aby zmierzyć się z obiektywnym złem (najczęściej reprezentowanego przez czarny charakter lub charaktery) i ochronić niewinnych ludzi przed katastrofą, której zapobiec mogą tylko nasi superherosi. Co istotne, zło zazwyczaj jest nadprzyrodzone i bierze się z zewnątrz, nie jest zaś wynikiem działań zwykłych (pewien wyjątek stanowi „Joker”, może dlatego był tak przerażający w swojej wymowie), a przeciętni śmiertelnicy są wobec niego bezradni.

fot. Capital Pictures / Film Stills / Forum / 

Wypisz, wymaluj - banki centralne kontra światowe kryzysy: od Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX wieku, przez kryzys naftowy z lat 70., bańkę internetową z początku wieku, Wielką Recesję zapoczątkowaną w 2007 r. czy najnowszy, kryzys pandemiczny. O tym, na ile działania banków dały grunt pod powstanie wspomnianych kryzysów mówi się zazwyczaj dopiero po fakcie – tuż po uwaga koncentruje się na kolejnych misjach ratunkowych.

Niespiskowa praktyka dziejów

Gdyby postronnemu przechodniowi powiedzieć, że światowymi finansami steruje wąskie grono osób nieznanych szerszej publiczności (wątpię, żeby np. Jerome Powell z Fedu został rozpoznany przez tłum przechodniów na ulicy dowolnego polskiego miasta), którzy cyklicznie spotkają się na utajnionych posiedzeniach (w Waszyngtonie, Frankfurcie czy Bazylei) i podejmują decyzje przesądzające o losach milionów ludzi, z marszu moglibyśmy uznać za wyznawców jednej z wielu teorii spiskowych.

Tymczasem posiedzenia zarządów banków centralnych i ciał decydujących o stopach procentowych (czasami to jedno i to samo, czasami – jak w Polsce – nie) to nie sfabrykowane przez carską ochranę fikcyjne zebranie Mędrców Syjonu (w brawurowy sposób opisane przez Umberto Eco w „Cmentarzu w Pradze”), ani nawet nie owiane aurą tajemnicy spotkania Grupy Bilderberg czy Bohemian Club. Słowem, nie „teoria”, a „praktyka” i nie „spiskowa”, lecz „rzeczywista”.

Pewne "tajemnicze" elementy w funkcjonowaniu banków centralnych można jednak odnaleźć. Po pierwsze, nigdzie na świecie bankierów centralnych nie wybiera lud – zawsze są wskazywani przez elity polityczne (posiadające demokratyczny mandat lub nie). Po drugie, za swoje decyzje bankierzy centralni nie ponoszą żadnej bezpośredniej odpowiedzialności (co najwyżej przed Bogiem i historią). Po trzecie, ich posiedzenia nie są jawne, a tylko w nielicznych przypadkach po wielu latach (np. w EBC dopiero po 30 latach) udostępniane są transkrypcje zebrań. Po czwarte, banki centralne finansują się same, korzystając z monopolu na emisję pieniądza i zarządzanie krajowymi rezerwami walutowymi.

Siedziba Banku Centralnego Brazylii bez żadnej charakteryzacji przypomina kwaterę główną przeciwnika filmowego superbohatera (fot. Banco Central do Brasil / Flickr)

Owa możliwość emitowania pieniądza z powietrza to główna „supermoc” banków centralnych. Pod tym względem najbardziej przypominają Batmana, którego postać kontrastuje z posiadającymi ponadnaturalne zdolności Supermenem (latanie, nadludzka siła) czy Spidermanem (wystrzeliwanie pajęczej sieci). Batman jest po prostu bogaty i ma dużo gadżetów. Bank centralny tworzy pieniądze i ma instrumenty interweniowania na rynku. Kropka.

Tyle tytułem bankowo-komiksowego wstępu. Więcej historycznego tła zamieściłem w artykule z 11 marca 2020 r. (tuż przed wprowadzeniem pierwszego lockdownu) pod tytułem „Świat czeka na superbohaterów z banków centralnych”.

Inflacyjny gniew niewdzięcznego ludu

Świat czekał i się doczekał. Stopy procentowe znów obniżono do zera, na rynek (a w zamyśle do gospodarki) wpompowano miliardy dolarów, a opinię publiczną zapewniano, że nie ma powodów do paniki, bo banki czuwają. Czuwały też rządy, jednak żaden z wielkich programów ratunkowych nie byłby możliwy, gdyby nie udział banków centralnych. Jednocześnie do działania na bezprecedensową skalę banki nie potrzebowały zielonego światła od rządów ani nadawania im nowych uprawnień.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby na scenę nie wkroczył antagonista naszych superbohaterów – inflacyjna hydra, która w przyszłym roku jeszcze wyżej podniesie swoje paskudne łby. Więcej na ten temat we wczorajszym artykule „W 2022 r. hydra inflacji nie odpuści”.

Banki centralne zostały powołane po to, aby zapobiegać kryzysom finansowym/gospodarczym oraz pilnować, by inflacja nie wymknęła się spod kontroli (choć w efekcie stała się permanentnym elementem finansowego krajobrazu – nawet jeśli ceny nie rosną tak szybko jak obecnie, to… po prostu urosną – więcej o tym w artykule „Inflacja, czyli droga w jedną stronę”). Na walce z kryzysem minął cały ubiegły rok i część bieżącego, okiełznanie inflacji to wyzwanie na najbliższy, prawdopodobnie jeszcze dłuższy, czas.

Wpływ na globalny wzrost cen ma oczywiście szereg czynników, które nie leżą bezpośrednio w gestii banków centralnych. Komisja Europejska nie konsultowała z nimi planów modernizacji energetyki, Władimir Putin nie pytał o zgodę w kwestii manipulowania cenami gazu czy podsycania geopolitycznego napięcia, chińskie władze nie ustalały czy i jak mogą zamykać swoje porty z powodu koronawirusa etc. Nie można jednak odwracać oczu od tego, że banki centralne przyczyniły się do wyższej inflacji. Ba, same to przyznają, choć deklaracja ta wplatana jest w podkreślenie ratunkowej roli ich działań.

- Wszyscy ci, którzy krytykują inflację, co mówią o tym, żeby szybciej, mocniej należałoby z nią walczyć, muszą wziąć pod uwagę, że ceną za to byłby wysoki wzrost bezrobocia, masowe upadki firm. To byłaby cena zapłaty - stwierdził w grudniu Glapiński. Wtórował mu nawet minister finansów (Kościński: inflacja to cena za ratowanie gospodarki), co tylko podkreśla bankowo-rządowy tandem.

Jak już wspomniałem, bez działania banków centralnych nie byłoby możliwe uruchomienie licznych programów pomocowych – od wypłaty tarcz dla polskich przedsiębiorców po czeki na kilkaset dolarów dla każdego Amerykanina. Zgodnie z powiedzeniem, że generałowie zawsze są przygotowani na poprzednią wojnę, zadziałano teraz tak, jak w odpowiedzi na poprzedni kryzys – stymulowaniem popytu. Co jednak istotne, uruchamiając programy w wsparcia dla gospodarki, banki centralne ani finansowane przez nie rządy nie ostrzegały obywateli przed tym, że ceną może być (albo wręcz będzie!) inflacja.

Jak na ironię więc, chociaż świat znalazł się w bardzo trudnym położeniu, a niepewność związana z przyszłością mocno wzrosła (konia z rzędem temu, kto wie, kiedy skończy się pandemia), konsumenci na całym świecie rzucili się do kupowania. Umożliwiła im to poduszka finansowa zaoferowana przez rządy i banki centralne – zarówno w postaci bezpośrednich  transferów, jak i niemal gwarancji braku pogorszenia sytuacji na rynku pracy. „Pokusa nadużycia” (ang. moral hazard), czyli termin, który po upadku Lehman Brothers 2008 r. wałkowano do znudzenia w kontekście nieroztropnego zachowania banków komercyjnych chronionych przed ryzykiem przez bank centralny, (nie)oczekiwanie wróciło w wersji rządowo-konsumenckiej – rządy rozdawały pieniądze, konsumenci je wydawali i wszystko jakoś się kręciło. Do czasu.

Rozmaite niedomagania strony podażowej (ze sztandarowym brakiem mikrochipów i półprzewodników na czele) swoje źródło miało również w tym, że przedsiębiorcy – racjonalnie, jak mogłoby się wydawać – w momencie rozwijania się pandemii nie przewidzieli, że świat ruszy na zakupy po otrzymaniu darmowej gotówki z banków centralnych. Jak świat światem rozmaite kryzysy prowadziły do ograniczenia wydatków (a w konsekwencji do przejściowej recesji), tym razem jednak było inaczej – stąd wzmożony popyt na komputery, samochody, urządzenia rtv/agd itp. To co nie udało się pandemii, uda się jednak idącej w ślad za nią inflacji, a realna konsumpcja spadnie nie na skutek decyzji, lecz przymusu.

Miliardy dolarów, euro czy złotych w najlepsze płynęły do gospodarki, a bankierzy centralni przekonywali, że inflacja to zjawisko przejściowe i w zasadzie nie ma się czym przejmować. „Hulaj dusza, piekła nie ma” – zdawali się mówić, stawiając się w roli superbohaterów podtrzymujących świat na swoich barkach w czasie pierwszej od 100 lat pandemii.

Tymczasem skoro świat się zmienił, to i struktura gospodarki musi się zmienić. Sztuczne utrzymywanie przy życiu za pomocą taniego pieniądza nierentownych (czasami już przed kryzysem, a co dopiero po) przedsiębiorstw czy doprowadzanie do baniek w niektórych sektorach rynku i gospodarki (bez niskich stóp procentowych nie mielibyśmy boomu na rynku nieruchomości czy akcji) to coś gorszego niż droga donikąd. To droga w złą stronę, choć pierwotnie może wydawać się, że właśnie w ten sposób uniknięto katastrofy. Kto jak kto, ale Adam Glapiński, znawca i miłośnik austriackiego ekonomisty Josepha Schumpetera i jego „twórczej destrukcji”, wie o tym najlepiej.

Posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC), amerykańskiego odpowiednika Rady Polityki Pieniężnej ()

Narrację bankierzy zmienili dopiero pod koniec 2021 r. (m.in. Powell czy Glapiński, bo już Lagarde z EBC twardo obstaje przy swoim). Było już jednak za późno, aby zamknąć inflacyjnego dżina z powrotem do butelki. Spirala cen i płac zaczęła się rozkręcać, a rządowo-bankowe elity, które w swoim mniemaniu uratowały lud przed katastrofą bezrobocia, muszą stawić czoła gniewowi tego samego ludu oburzonego wzrostem cen.

Kto nie widział słynnego już przemówienia polskiego górnika-związkowca, niech zrobi to teraz (Uwaga - materiał tylko dla pełnoletnich widzów, a jego przywołanie nie stanowi poparcia wszystkich padających w nim słów, lecz oddanie emocji części społeczeństwa u progu 2022 r.).

W inflacyjnej matni

Od lat 90. XX wieku w bankowości centralnej trwa paradygmat bezpośredniego celu inflacyjnego. W skrócie – bank centralny ogłasza, że będzie pilnował, aby inflacja (mierzona najczęściej indeksem CPI) w średnim okresie znalazła się w określonym punkcie lub przedziale, dzięki czemu uczestnicy życia gospodarczego mogą dostosowywać własne plany do działań instytucji emitującej pieniądz.

Diabeł tkwi w dwóch szczegółach: średnim okresie oraz CPI. Po pierwsze, żaden bank centralny nie zobowiązuje się do twardego trzymania inflacji w ryzach w każdym miesiącu – wynika to po części z przytoczonego wyżej zestawu powodów (obecnie np. ceny energii czy zerwane łańcuchy dostaw), które leżą poza granicami oddziaływania banku centralnego. Zamiast tego przyjmuje się więc kilkuletni (niekoniecznie sprecyzowany, to króliczek, którego zawsze można dopiero gonić) horyzont działania, w ramach którego inflacja ma średnio wynieść tyle, ile zakłada cel. Warto jednak zaznaczyć, że w obecnych realiach wysokiej inflacji, dominująca narracja mówi raczej o sprowadzeniu inflacji do celu, a nie przyszłym „zrekompensowaniu” okresu inflacji okresem deflacji – ta w oczach bankierów centralnych stanowi jeszcze większe monstrum, jednak to temat na osobny artykuł (a może i książkę).

fot. Marko Aliaksandr / Shutterstock

Drugi mankament stanowi sam miernik inflacji. O tym, jak mierzy się inflację pisaliśmy choćby w tym artykule, więc na nowo nie będziemy tych zasad przedstawiać. Wystarczy podkreślić, że w CPI nie znajdziemy np. istotnych ze społecznego punktu widzenia cen nieruchomości ani też cen aktywów inwestycyjnych, z akcjami na czele. Wbrew obiegowej opinii do wskaźnika CPI nie zaliczają się ceny lokomotyw, ani szerokiej gamy dóbr przemysłowych (które – jeśli będzie to możliwe – producenci postarają się przerzucić na odbiorców swoich towarów i usług). Tymczasem polityka banku centralnego ma wpływ na wszystkie ceny, nie tylko na wyselekcjonowany koszyk dóbr konsumpcyjnych o przypisanych wagach, które i tak nie pasują do każdego konsumenta (a może wręcz nie pasują do żadnego – jak pisaliśmy w artykule „Inflacja nie we wszystkich uderza jednakowo”).

Teoretycznie można wyobrazić sobie, że banki centralne porzuciłyby celowanie w określony poziom inflacji i skupiły się nad parametrem, nad którym mają faktyczną pełną albo przynajmniej bardzo dużą kontrolę. Mowa o podaży pieniądza, która zależy od polityki banku centralnego oraz rozwoju akcji kredytowej w bankach komercyjnych (w momencie zaciągania kredytu także tworzony jest nowy pieniądz).

W czasie pandemicznego kryzysu na dane o agregatach monetarnych (tak fachowo nazywa się raport informujący o tym, ile pieniędzy jest w gospodarce) przykuwały większą niż zwykle uwagę – ostatecznie w ciągu roku ilość pieniądza wzrosła o kilkadziesiąt procent (jak pisaliśmy np. w artykule „Do kogo trafiły nowo wykreowane pieniądze”) . Nadal jednak zdecydowanie więcej dyskutuje się o inflacji cenowej, która jest bliższa sytuacji konsumentów, lecz która jednocześnie może mieć szereg różnych przyczyn.

Gdyby to podaż pieniądza miała być miernikiem anty- lub proinflacyjnego działania banku centralnego, to pełnia odpowiedzialności spadłaby na te instytucje (do spółki z bankami komercyjnymi, które być może w przyszłości zostaną wyeliminowane z procesu kreowania pieniądza – za sprawą cyfrowych walut banku centralnego, tzw. CBDC). Bankierzy straciliby wygodny argument mówiący, że za wzrost CPI odpowiadają głównie czynniki zewnętrzne.

Najtrudniejszy zawód świata

- Podobnie jak przedstawiciele MFW, nie od dziś podkreślamy także, że w obecnych uwarunkowaniach makroekonomicznych, gdy nadal trwa pandemia i jednocześnie następuje szybkie postpandemiczne ożywienie gospodarcze, bardzo trudno jest wskazać docelowy poziom stóp, i to nie tylko w przypadku Polski, ale też każdego innego kraju – powiedział tuż przed Wigilią Adam Glapiński.

Zgadzam się ze stwierdzeniem prezesa banku centralnego, lecz dokonałbym w nim pewnej korekty. Wskazywanie docelowego poziomu stóp zawsze i wszędzie jest bowiem działaniem bardzo trudnym, by nie powiedzieć niemożliwym.

Właśnie w tym tkwi źródło wielu napięć i nierównowag we współczesnych finansach i gospodarce – o tak kluczowej sprawie, jak stopa procentowa, a więc cena pieniądza będącego „połową” wszelkich transakcji, decyduje gremium kilku lub kilkunastu profesorów, którzy w razie czego zawsze mogą umyć ręce i powiedzieć, że się pomylili – jak Alan Greenspan, szef najważniejszego banku centralnego świata, który swego czasu „nawrócił się” na złoto”.

Prognozowane przez bank centralny ściezki stóp procentowych w Szwecji (bledsze linie) na tle faktycznej wysokości stóp procentowych (gruba linia). Tego typu wykresy bywają nazywane "jeżami banków centralnych" ()

Tymczasem z czysto ekonomicznego punktu widzenia pytanie o to, jaka powinna być cena pieniądza (czyli stopa procentowa), nie różni się zanadto od pytania, jaka powinna być cena pomidorów, lokomotyw, obrazów Picassa, smartfonów, ropy naftowej etc. Jako mieszkańców kraju, który wyrwał się spod komunistycznego jarzma, obecnie większość z nas niemal z uśmiechem politowania ocenia skuteczność działania rozmaitych Państwowych Komisji Cen czy Centralnych Urzędów Planowania, które przecież kształtowały życie gospodarcze milionom mieszkańców PRL. To nie mogło się udać, nawet gdyby w gremiach decydujących o cenie i wielkości produkcji sznurka do snopowiązałek zasiedli sami aniołowie wyposażeni w najnowsze superkomputery. W pełni nie może się to udać także i teraz w kontekście najważniejszego towaru (pieniądza), co widać choćby po tym, że prognozy banków centralnych nieustannie rozmijają się z rzeczywistością. Nie jest to ich winą – rzeczywistość jest po prostu zbyt złożona, by precyzyjnie ją modelować, a ekonomia nie jest nauką ścisłą, lecz społeczną.

Świat i gospodarka kręciły się na długo przed tym, jak powstały banki centralne (nawiasem mówiąc, powstanie pierwszego i związana z tym afera powinno dać współczesnym nieco do myślenia) i kręcić będą się długo po tym, jak ludzkość znajdzie lepszy sposób na ustalanie stóp procentowych. Dopóki żyjemy w warunkach permanentnego niedoboru, mechanizmy rynkowe (nie jako bezcielesne byty idealne tylko wypadkowa decyzji milionów, a nawet miliardów uczestników życia gospodarczego) powinny być dopuszczane do głosu jak najczęściej.

Po lewej: Giovanni Lanfranco, "Cudowne rozmnożenie chleba i ryb". Po prawej: El Greco, "Chrystus wyrzucający bankierów ze świątyni" (Wikimedia Commons)

Dopiero gdy rzadkość zasobów przestanie być czynnikiem ograniczającym ludzkość, problem odpowiedniej relacji między stopami procentowymi (czyli tego ile pieniądz z przyszłości wart jest dziś) a inflacją zupełnie zaniknie. Koniec końców, nad Jeziorem Galilejskim Jezus nie rozdał tłumom cudownie wykreowanych z powietrza pieniędzy (musiałyby być z metali szlachetnych, za oferowanie pieniędzy papierowych czy, o zgrozo, „bezgotówkowych” nawet Mesjasz zostałby pewnie przez ówczesnych wyśmiany), lecz „po prostu” cudownie rozmnożył chleb i ryby. A potem mógł nawet „wyprosić” bankierów ze świątyni.

Źródło:
Tematy
Najlepsze lokaty na 100 000 zł – wrzesień 2022 r.

Najlepsze lokaty na 100 000 zł – wrzesień 2022 r.

Komentarze (29)

dodaj komentarz
the_mind_renewed
Nic nie zaczęło się od komór gazowych i ludobójstwa oraz apokalips wojen światowych. Zawsze zaczyna się od bankierów i polityków kierowanych przez chciwość i chęć zaistnienia w przestrzeni publicznej, którzy dzielą ludzi na "naszych" i "gorszych". Zaczęło się od nietolerancji i siania nienawiści deprawacji społeczeństwa,Nic nie zaczęło się od komór gazowych i ludobójstwa oraz apokalips wojen światowych. Zawsze zaczyna się od bankierów i polityków kierowanych przez chciwość i chęć zaistnienia w przestrzeni publicznej, którzy dzielą ludzi na "naszych" i "gorszych". Zaczęło się od nietolerancji i siania nienawiści deprawacji społeczeństwa, niezgody oraz zastraszania dezinformacji i ogłupiania. Zaczęło się od zobojętnienia, znieczulicy, od przymykania oczu na krzywdę i okradanie innych. Powinniśmy zawsze obawiać się ludzi którzy chcą "naszego dobra". Jeśli weźmiemy pod uwagę że historia się powtarza to się trochę cykam. https://panstarszy.000webhostapp.com/Pandemia_Gra_jak_z_nut.html
pippin
Polecam książkę: "The Creature from Jekyll Island" Edwarda Griffina
jenak
Pokazanie zaledwie tych dwóch problemów (rola wojska, demografia) jest dowodem, że dzisiejsze państwa powinny dokonać zasadniczych reform. Masywny dodruk bez pokrycia, ośmieszanie oszczędzania to już 3 rzędna sprawa.

To, co dotychczas, nie funkcjonuje. To powoduje, że Afgany w łapciach rozwalają I armię świata. W tydzień.
Pokazanie zaledwie tych dwóch problemów (rola wojska, demografia) jest dowodem, że dzisiejsze państwa powinny dokonać zasadniczych reform. Masywny dodruk bez pokrycia, ośmieszanie oszczędzania to już 3 rzędna sprawa.

To, co dotychczas, nie funkcjonuje. To powoduje, że Afgany w łapciach rozwalają I armię świata. W tydzień. Oczywiście to pewien skrót myślowy. Jednak prawda jest taka, że tam nikt nie chciał bronić porządku jak wyżej mimo dotacji, szkoleń, wyposażenia..... i czego tam jeszcze, zamykając się w kwocie 4 bilionów dolarów w ciągu 20 lat.
jenak
To jasne, że musiało się to skończyć - jak zawsze w historii - jakimś resetem.

Gorzej, o czym już wielokrotnie pisałam, zrobiono dużo, jeśli nie wszystko, aby społeczeństwa zachodnie w długim terminie pozbawić możliwości odreagowania po x-tym kryzysie.

Chodzi o demografię.

Czy to feudalizm, komunizm, czy wojna,
To jasne, że musiało się to skończyć - jak zawsze w historii - jakimś resetem.

Gorzej, o czym już wielokrotnie pisałam, zrobiono dużo, jeśli nie wszystko, aby społeczeństwa zachodnie w długim terminie pozbawić możliwości odreagowania po x-tym kryzysie.

Chodzi o demografię.

Czy to feudalizm, komunizm, czy wojna, żaden z tych wynalazków ludzkości nie doprowadził do takiej degrengolady demograficznej, która - jak wyżej - nie pozwoli na odrodzenie.

Ciekawe, że tylko PIS i Orban artykułują te problemy w Europie. Reszta z jakiegoś powodu nie widzi problemu.

To powinno zadecydować o naszym zachowaniu w jakichkolwiek wyborach.
jenak
Można też zapytać, po co wojsko w liberalnej demokracji, gdy nie strzeże granic swojego kraju (liczne przykłady, choćby USA, Francja, Niemcy, Włochy, Szwecja.......), a hasa po Afganistanach.


Polska chlubnym wyjątkiem (strzeżenie granic) i oby to trwało jak najdłużej.
interstellar
Podobno nasz szef NBP niejaki Klapiński chodzi po gabinecie w pelerynie i mamrocze do siebie o zewnętrznych siłach i czynnikach...
Wielu myślało, że jest on jak Drakula wysysający krew z polskiego pieniądza...
A to superbohater przecie! Nasz własny, nie od marvela!

Tylko moc jego wciąż nieznana, a czasu coraz mniej..
Podobno nasz szef NBP niejaki Klapiński chodzi po gabinecie w pelerynie i mamrocze do siebie o zewnętrznych siłach i czynnikach...
Wielu myślało, że jest on jak Drakula wysysający krew z polskiego pieniądza...
A to superbohater przecie! Nasz własny, nie od marvela!

Tylko moc jego wciąż nieznana, a czasu coraz mniej... tik tak tik tak
kimdzongtusk
Bańki Centralne robia to, co robi UberBank Centralny , czyli FED. Prywatna oragnizacja o charakterze przestępczych dbająca o banksterów, bezosów, musków i 1% najbogatszych ubermenschen. Szczególnie tak sie dzieje od upadku Lehmann B., kiedy to toksyczne aktywa z USA rozlały się po całym świecie doprowadzając min. do bankructwa system Bańki Centralne robia to, co robi UberBank Centralny , czyli FED. Prywatna oragnizacja o charakterze przestępczych dbająca o banksterów, bezosów, musków i 1% najbogatszych ubermenschen. Szczególnie tak sie dzieje od upadku Lehmann B., kiedy to toksyczne aktywa z USA rozlały się po całym świecie doprowadzając min. do bankructwa system bankowy Islandii. USA to najwięksi złodzieje wspołczesnych czasów.
Podatek inflacyjny nałożony na miliardy ludzi na świecie to pochodna działania FED-u. Tłuste koty z Wał Street sa coraz tłustsze, a zwykli ludzie, równiez sami Amerykanie, za to płaca ( np. widać to w rachunkach za energię czy drastycznie spadająca dostepność mieszkań, bo fundusze za wirtualny pieniądz wykupuja całe kwartały pompując ceny).
Mam nadzieję, że sami Jankesi jak sie połapia, jak sa okradani przez FED sami zrobia z tym porządek.
zops
Szczęśliwego Nowego Roku! ... ... http://wells24.com
marxs
Na początku 1939 roku Bank Rzeszy alarmował, że niemiecka gospodarka zmierza na skraj przepaści. Przestrzegano, że dalsze, nieograniczone rozdawnictwo i transfery socjalne, mające zapewniać poparcie mas, skończą się bankructwem. Hitler w odpowiedzi rozpętał największą wojnę w dziejach. Byle nie musieć spłacać kredytów.
https://wielkahistoria.pl
marxs
Przejmując w 1933 roku władzę, Adolf Hitler zastał zrujnowaną gospodarkę i w zaledwie kilka lat sprawił, że Niemcy stały się krainą mlekiem i miodem płynącą. Tyle mit. Prawda wyglądała zupełnie inaczej. W rzeczywistości nazistowski wódz zadłużył państwo do tego stopnia, że Trzecia Rzesza już w 1938 roku stanęła na progu bankructwa.Przejmując w 1933 roku władzę, Adolf Hitler zastał zrujnowaną gospodarkę i w zaledwie kilka lat sprawił, że Niemcy stały się krainą mlekiem i miodem płynącą. Tyle mit. Prawda wyglądała zupełnie inaczej. W rzeczywistości nazistowski wódz zadłużył państwo do tego stopnia, że Trzecia Rzesza już w 1938 roku stanęła na progu bankructwa.
https://wielkahistoria.pl

Powiązane: Gospodarka i dane makroekonomiczne

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki