Nudno. Na rynkach oczywiście. Indeksy i ceny surowców zabrnęły już tak wysoko, że korekta się po prostu należała, ale nie ma obawy: to nie powrót do bessy. Te wspaniałe bańki spekulacyjne będą jeszcze mocno dmuchane. Jeden tylko przykład: Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) poinformowała, że globalne zapasy ropy są największe od 1993 roku, a spadek popytu będzie w tym roku największy od 1981 roku. Cena ropy w ciągu 3 miesięcy wzrosła jednak o blisko 70 procent i to nie jest koniec tego wzrostu. Taka sytuacja jest też na innych rynkach. Gdzie te regulacje i obiecywana rezygnacja z polityki „hands off” (Fed nie reaguje na ekscesy rynków)? Ludzie rynku robią reformy tak, żeby niewiele się zmieniło. Śmieszne „stress testy” i przecieki do prasy ich wyników potwierdzają tylko to, co czym pisałem we wcześniejszych komentarzach. Ten rok będzie jednak dla „byków” dobry.
Dobrze, skończmy z rynkami - nic wielkiego na nich się nie dzieje. Wrócę do mojego ostatnio ulubionego tematu. Niedawno media zajmowały się prognozami MFW i KE odnośnie polskiej gospodarki w 2009 roku. Przypominam, że MFW zapowiada spadek PKB o 0,7 procent, a KE o 1,4 procent. Minister Jacek Rostowski z oburzeniem wtedy protestował twierdząc, że Komisja się myli. Niedawno udzielił jednak wywiadu Financial Times, w którym stwierdził, że ze względu na spowolnienie gospodarcze oraz problemy polityczne przyjęcie euro może opóźnić się o rok. Poza tym nie wykluczył, że KE i MFW mogą mieć rację, a polska gospodarka rzeczywiście wejdzie w recesję. W kolejnych dniach NBP ocenił, że w tym roku wejście do ERM2 jest wykluczone, a ministerstwo finansów po raz kolejny obniżyło prognozy wzrostu PKB w tym roku do 0 - 1 procent (wreszcie realistyczna prognoza).
Krytyka ministerstwa finansów i polityki gospodarczej rządu (miedzy innymi bardzo interesujący artykuł Mirosława Gronickiego i Jerzego Hausnera w „Rzeczpospolitej” z 14 maja) jest coraz mocniejsza i nic w tym dziwnego. Jak to jest możliwe, żeby oceny ministerstwa były tak bardzo zmienne i tak bardzo odbiegające od rzeczywistości? Nie może dziwić, że PiS zażądało dymisji ministra. Taki ruch przed wyborami do Parlamentu Europejskiego był bardzo logiczny (chociaż kompletnie jałowy jeśli chodzi o rezultaty). Oczywiście żadnej dymisji nie będzie - premier przecież nie odwoła ministra dlatego, że żąda tego opozycja. Głosowanie wotum nieufności pozycję ministra Rostowskiego wręcz wzmocni. Nie o ministra jednak idzie gra, chociaż z całą pewnością można powiedzieć, że tak trochę jak pan Twardowski z ballady Adama Mickiewicza - co prawda nie śmieszy, ale z pewnością tumani i przestrasza.
Tumani, bo ministerstwo finansów myli się już od dłuższego czasu. (...)
Ciąg dalszy na blogu Piotra Kuczyńskiego. Zapraszamy!


























































