…Odsłaniam powoli, nie chcąc zbudzić śpiących pasażerów, plastikową zasłonę okna w samolocie. Mógłbym powiedzieć, że jest noc, lecz gdzieś daleko, na samej krawędzi horyzontu, pomiędzy wciąż wyraźnie skrzącymi się gwiazdami, a czarną powierzchnią świata pod nimi, zaczyna coraz wyraźniej zarysowywać się bladoróżowy pasek światła. Staje się coraz intensywniejszy i wtedy prawie bez przygotowania, bez długiego wschodu zza horyzontu wystrzeliwuje słońce. O ostrych na tej wysokości promieniach, lecz jeszcze przez te kilka pierwszy chwil pozwala cieszyć mi się widokiem Oceanu Spokojnego pode mną. Dopiero po chwili orientuję się, że powierzchnia jest trochę niżej, a łagodne fale, które zobaczyłem wcześniej to nieruchome białe obłoki, zatrzymane w czasie i przestrzeni tuż nad powierzchnią wody. Spoglądam za siebie, wszyscy śpią. Znów odwracam głowę w stronę nabierającego wyraźniejszych barw błękitnego świata wody i nieba. Czuję spokój, widzę spokój, jakiego nigdzie wcześniej nie znalazłem. Ogromna przestrzeń stoi w bezruchu, wszystko trwa nie śpiesząc się tak jak było przed nami i po nas zapewne pozostanie. Nie widzę oceanu z swoich wyobrażeń, pełnego ogromnych fal, lecz spokojne lustro z powieszonymi ponad nim jasnymi kłębami niewielkich, podłużnych chmur, pomiędzy którymi do powierzchni dociera coraz więcej złotych promieni. Zaczynają boleć mnie oczy, zasłaniam okno. Zadaję sobie pytanie - skąd się tutaj wziąłem po tych wszystkich latach, marzeń i pragnień? Od dawna już przestałem liczyć czas, w którym niejednokrotnie już wydawało się, że tutaj dotrę. Jakby ta ziemia z każdą chwilą stawała mi się coraz dalsza. Już nie pamiętam, ale wiem, że teraz to dzieje się naprawdę, nie śnię i pomimo przewrotności losu, i wielu przeszkód, lecę nad morzem Tasmana pomiędzy Australią i Nową Zelandią. Nie dokładnie wiem gdzie zaczyna się morze, a kończy ocean, dostrzegę to dopiero kilka tygodni później.
Odsłaniam szybę, obłoki, woda. Zamykam oczy, zastanawiam się jak różnił się będzie kraj i wyspy od obrazów serwowanych nam przez media, oglądanych w albumach, fotografii, które od czasu do czasu przysyłał mi Bartek. Czy nie marzyłem po prostu, aby pojechać na koniec świata, a nie do Nowej Zelandii? Teraz to już nieważne, nieistotne, nie mam wpływu na swoje życie, lecę.

Spoglądam na mapkę wyświetlaną na ekranie telewizora, to już niedaleko. Odsłaniam okno, nic. Woda i obłoki, bezruch i światło. Mrużę oczy, gdyż coraz ostrzejsze słońce zaczyna świecić prostopadle w okno. Już mam je zasłonić, gdy czuję, że samolot drgnął, jakby lekko zwolnił. Mrużę oczy jeszcze bardziej, próbując patrzeć pomiędzy palcami na skrzący się światłem świat. Lecz to nie ja pierwszy dostrzegłem ziemię, nie pierwszy się ucieszyłem, gdzieś wewnątrz siebie poczułem jak zadrżał drzemiący tam albatros, chwilę później uścisk zdusił mi gardło, a dopiero oczy, pomiędzy poszarpanymi strzępkami chmur zobaczyły ciemniejsze zarysy ziemi.
Jednak naprawdę coś jest na tym końcu świata – pomyślałem. Pośród bezkresu oceanów, daleko za najdalszym lądem, ostatnia ziemia, której dotknął człowiek, Nowa Zelandia.
Wstęp
Moim celem było zwiedzanie Północnej Wyspy Nowej Zelandii. Tej na pozór mniej ciekawej, mniej dzikiej, lecz chciałem się skoncentrować akurat na niej z dwóch powodów. Po pierwsze w Auckland mieszkał mój przyjaciel Bartek, więc było mi łatwiej stąd zacząć wędrówkę, a po drugie mając niewiele czasu, bo zaledwie sześć tygodni, wiedziałem, że albo lepiej i ciekawiej poznam jedną wyspę, albo zrobię sobie objazdówkę, za którymi nie przepadam, dookoła całej Nowej Zelandii, ale tak naprawdę nie zobaczę nic więcej poza kilkoma standardowymi widokami, dostępnymi także na większości pocztówek.Jedynie zatrzymanie się w miejscu na parę chwil pozwala, chociaż trochę go poczuć, zobaczyć to, czego nie widać w codziennym wszechobecnym biegu, a także zapamiętać te kilka obrazów na później, na chwilę, gdy wrócę do domu i jedynym, co mi pozostanie będę zdjęcia, lecz każdemu z nich będzie towarzyszyła chwila refleksji, myśl, wspomnienie radości, samotności lub strachu.
Nie będzie, więc to tylko suchy przewodnik Po Północnej Wyspie, lecz bardziej kronika z moich wycieczek, okraszona zdjęciami, chwilami refleksji. Opisuje tutaj tylko miejsca, w których sam, byłem, zwiedziłem. Dotychczasowe dostępne mi przewodniki to najczęściej przedruki z innych zagranicznych przewodników. W moich podróżach po Pn. Wyspie mam zamiar opisać nie tylko miejsca szczególnie polecane turystom, lecz także kilka pominiętych, z niewiadomych dla mnie przyczyn. Z cała pewnością nie mniej pięknych, a równie ciekawych. Będzie można tutaj znaleźć także kilka przydatnych wskazówek i rad dla osób, które chciałby odwiedzić ten odległy zakątek, a także dla tych, którym wystarczają opisy miejsc i wędrówek.
Często w jednym miejscu spędzałem kilka dni, czasem dłużej, miałem, więc czas na ich poznanie. Spacery ścieżkami, którymi nie wędrują turyści, mieszkanie nad Oceanem, wędrówki klifami, turystykę nie opisywanymi nigdzie szlakami w pasmach górskich nie ujętych w przewodnikach. Większość tych miejsc łączyły chaty, położone w miejscach, których często egzotyka, widok, atmosfera przekraczały moje najśmielsze wyobrażenia. Nie ukrywam, że w dużym stopniu było to możliwe dzięki pomocy Bartka i jego znajomych, Barrego, Jacka Stevesona, oferującymi mi często zupełnie bezinteresownie dach na głową. W innych miejscach korzystałem z hoteli dla Backpakerów, które opisze w późniejszych rozdziałach, a czasami zdarzało mi się spędzać noc tam gdzie zatrzymałem samochód, co w przypadku ostatniej wycieczki miniaturową Toyotą, było ciekawym przeżyciem samym w sobie, szczególnie, że nie należę do ludzi niskich.
Do opisania mojej podróży skłonił mnie jeszcze jeden dość, istotny fakt, a mianowicie skąpa ilość informacji, dostępnych w naszym kraju, a dotyczących tego ciekawego kraju. Dobitnie świadczyły o tym pytania, którymi zasypywano mnie po powrocie. Bo cóż odpowiedzieć, gdy ktoś pyta, jaki tam klimat, jaką miałeś pogodę, gdy w każdym miejscu, które odwiedziłem była ona zupełnie inna i jednego dnia kąpałem się w morzu, a następnego mogłem już spacerować po ośnieżonych stokach góry. Próbując zebrać trochę informacji o ciekawych miejscach, trafiłem na jeden z dwóch wydanych w naszym kraju przewodników, w którym jednak znalazłem niewiele rzetelnych informacji, a jedynie opis kilku standardowych wycieczek. Wiele podobnych opisów możemy znaleźć w każdym najmniejszym punkcie informacji turystycznej już w Nowej Zelandii, i odniosłem wrażenie, że autor właśnie tak zrobił. Zebrał kilka folderów dostępnych w centrum Auckland i przepisał zawarte w nich informacje i opisy kraju. Kolejną sprawą jest to, iż opisywane tam trzy, czterodniowe opcje podróży nie mają wielicko sensu, gdyż przyjazd na tak krótki czas do Nowej Zelandii z naszego kontynentu wiąże się z dużym przesunięciem czasowym, i przez pierwsze kilka dni niewiele do człowieka dociera. Więc jeżeli już planować przyjazd tutaj to dobrze jest pozostawić sobie odpowiednia ilość czasu na aklimatyzację.
Większość z nas zna ten kraj z filmu „Władca pierścieni’ i także w Polsce można już dostać albumy, a jednocześnie przewodniki po miejscach, w których kręcony był film. Moje wrażenia w kilku z tych miejsc były mieszane. Niektóre miejsca zachwycały, inne były piękne tylko dzięki dobremu operatorowi kamery, a otoczone farmami i płotami nie prezentowały się zbyt okazale i można było poczuć się rozczarowanym. W jeszcze innych plenerach nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, iż tutaj właśnie kręcono film, gdyż moją uwagę odwracały się znacznie bardziej interesujące i ciekawsze. Nie chcę być tutaj odebrany jako ktoś, kto zniechęca ludzie, zwłaszcza fanów do odwiedzania miejsc, w których kręcono władcę. Raczej próbuję zachęcać do rozglądnięcia się za miejscami równie pięknymi, w które obfituje Nowa Zelandia jak żaden inny kraj. Wybór pozostawiam jednak samym zainteresowanym i np. wycieczkę do Tongariro National Park polecałbym każdemu nawet jeśliby nie kręcono tam scen z Mordoru, a wulkan Mt. Ngaurohoe z powodzeniem nie „zagrał” Mt. Doom.
Tyle gwoli wstępu i chyba najwyższy czas przejść do tego, co najbardziej interesuje czytelników, czyli opis wędrówki.
1. Auckland i okolice
W końcu mnie przepuścili. Wyszedłem, z terminalu i zaraz za drzwiami stał Bartek. Wiele razy wyobrażałem sobie jak będzie wyglądało nasze spotkanie po latach, lecz jak zwykle wszystko było inaczej. Czasami zastanawiam się czy tych prawdziwych przyjaźni czas nie omija i pomimo wielu lat życia na dwóch końcach świata wszystko jest tak jakbyśmy się widzieli zaledwie wczoraj.Wyjechaliśmy z lotniska. Jeszcze nie dociera do mnie, że tutaj jestem. Chłonę łapczywie obrazy dookoła, słucham nazw, które przelatują przeze mnie bez zatrzymania. Za dużo tego, jak na początek, zbyt wiele wrażeń, abym zdolny był cokolwiek zapamiętać. Osiedla niskich domków, ciągną się pomiędzy parkami, a Tamaki River, której brzegi porastają mangrowce, sterczące ponad ciemną warstwą błota gdyż właśnie trwał przypływ. Jedziemy do dzielnicy o nazwie Pakuranga, w której mieszkają Bartek z Patrycją. Powitanie, i znowu czuję, że niektórzy ludzie się niewiele zmieniają. Dorastają, starzeją się, ale nic poza tym, wciąż są tymi samymi otwartymi osobami. Chwilę później jedziemy w pierwsze miejsce w Auckland, które Bartek chce mi pokazać. Półwysep Musick Point, wciśnięty pomiędzy Bucklands Beach, a Eastern Beach. Oglądam zabudowane brzegi zatoki, roślinność, jakże odmienną od rosnącej na naszym kontynencie, choć dostrzegam kilka drzew spotykanych także w naszym klimacie. Łatwo je rozpoznać, gdyż w Nowej Zelandii wszystko, co nie jest zimą zielone oznacza, iż zostało przywiezione z innych kontynentów. I tak też, pomiędzy drzewami kapuścianymi, a powyginanymi fantazyjnie endemicznymi drzewami Pohutukawa, dostrzegam żółcący się na tle zieleni dąb, który Bratek zasadził tutaj prawie siedem lat temu. Nie mogę się nadziwić jak szybko rosną tutaj drzewa, gdyż u nas drzewo tej wielkości miałoby co najmniej dwa razy tyle lat. Przechodzimy przez jedno z wielu w Auckland pól golfowych, aż docieramy na sam koniec półwyspu.
Dowiaduję się, że Nowa Zelandia jest krajem o największej liczbie pól golfowych na świecie, przypadających na jednego mieszkańca. Wydaje się to zrozumiałe, ze względów na niewielką liczbę ludności, czyli ok. 4 miliony mieszkańców, lecz ilość mijanych pól do gry w golfa, podczas późniejszych moich wędrówek jest i tak o wiele większa niż podczas całego mojego życia. Drewniane schody sprowadzają nad samą wodę gdzie można podczas odpływu obejść po skałach cały półwysep. Od razu moją uwagę zwracają niezliczone ilości muszelek, nieleżące przy brzegu, lecz mniej więcej w połowie skały, kilka metrów ponad wodą. Okazuje się, że wiele lat temu była tutaj osada Maorysów, a te miejsca to zwykłe śmietniki, gdzie wyrzucali muszle po posiłku. Teraz, gdy miękki brzeg osunął się naruszony wodą, zsypują się one do wody, razem ze szkieletami i ryb, a od czasu do czasu kośćmi zwierząt. Skała ma tutaj dziwną budowę i przypomina plastelinę, w którą ktoś poupychał kolorowe kamienie. Wracamy przez krótko przystrzyżone pole, patrząc jak zupełnie nie zainteresowane nasza obecnością tuż przy drzewach siedzą dwa króliki. Zjeżdżamy z pola pomiędzy domki. Bartek skręca w prawo i przedstawia mnie Barremu, u którego mieszkał przez wiele lat po przyjeździe do Nowej Zelandii. Podczas tej pierwszej wizyty nie bardzo docierało, co do mnie mówili, gdyż dopadł mnie jetleg, czyli konsekwencje podróży samolotem poprzez strefy czasowe, a w tym przypadku także pory roku. Z zielonej wiosny, przyjechałem w równie zieloną zimę. Pomimo słońca czuję chłód, a duża wilgoć w powietrzu powoduje, że marznę.
Auckland jest miastem położonym na wąskim pasie ziemi pomiędzy Morzem Tasmana, a Oceanem Spokojnym, wilgoć i sól w powietrzu są tutaj wszechobecne. W najwęższym miejscu dzieli obie wody około sześciokilometrowy przesmyk lądu, lecz nie łączy ich żaden kanał. Miejscem, w którym się spotykają jest dopiero oddalona o kilkaset kilometrów na północ Cape Reinga. Szybko uczę się, że to, iż za oknem jest bezchmurne błękitne niebo i świecie słońce, nie znaczy, że nie powinienem zabrać ze sobą czegoś cieplejszego, a najlepiej kamizelki z windstopera. W domach nie ma ogrzewania, i mieszkańcy podczas zimy dogrzewają pomieszczenia elektrycznymi farelkami, lub śpią na podgrzewanych łóżkach.
U Barrego, dostaję rum, po którym robi się wewnątrz ciepło i zasypiam na stojąco. Dzień pierwszy mija jak teledysk, w którym z trudem odróżniałem rzeczywistość i ludzi, którymi przeplatane były krótkie drzemki i zapewnienia, że nic mi nie jest i wcale nie chcę spać.
Auckland
Down Town. Do centrum pojechałem w pierwszy weekend mojego pobytu w nowej Zelandii. Wciąż nie potrafiłem docenić rozległości miasta, dopóki Bartek z Patrycją nie zabrali mnie na górującą nad miastem Sky Tower. Widok, który stamtąd się roztacza jest naprawdę imponujący. Przez przeszklone ściany i szklane kratki w podłodze może zobaczyć całe centrum, wysokie szklane biurowce, Queen Street, główną ulicę miasta, okoliczne wyspy, zatokę, Harbour Bridge, port i niezliczone ilości jachtów pływających po zatoce. Widać także dokładnie większość wulkanów rozsianych po całym terenie Auckland. Jest ich tutaj około sześćdziesięciu. W obracającej się powoli wierzy znajduje się restauracja, która jednak nie zachwyciła mnie ani cenami, ani także jakością jedzenia i stanowi raczej dodatek do wspaniałych widoków. Centrum jest jedynym miejscem mieście gdzie spotykamy wysokie budynki, i dosłownie kilka jakże u nas częstych piętrowych bloków mieszkalnych.Kolejnym etapem był przejazd do Cornwall Park. Jest to jeden z najpiękniejszych w mieście parków, w którym zobaczyłem drzewa z wszystkich zakątków ziemi i to na dodatek w rozmiarze XXL. Szczególnie imponujące wrażenie sprawiają rozłożyste figowce. Park otacza najwyższy z wygasłych wulkanów na terenie Auckland, Mt.Eden wznoszący się na wysokość 196m, na zboczach, którego położona była ufortyfikowana wioska Maorysów, czego ślady widać wyraźnie do dnia dzisiejszego. Na jego szczycie postawiono obelisk, aby upamiętnić postać Sir. Johna Logana Campbella, który był właścicielem tego pięknego miejsca, a po śmierci zapisał je miastu. Wiąże się także z tym miejscem jeszcze jedna historia dotycząca wysokiej ponad stuletniej sosny rosnącej do niedawna na szczycie wulkanu. Drzewa, które próbowali przez wiele lat zniszczyć Maorysi, i które w końcu po czterech latach prób ratowania go zostało ścięte gdyż zaczęło zagrażać turystom odwiedzającym Mt. Eden.
Miejscem, które odwiedziłem w następnej kolejności, było War Museum. Pomimo nazwy, wystawa wojenna to znaczy broni i pamiątek wojennych znajduje się tylko na drugim piętrze. Jest ona poświęcona historycznej bitwie pod Gallipoli, którą Nowo Zelandczycy przegrali z Turkami w Europie. Była to jedyna tak duża bitwa w historii Nowej Zelandii i pomimo, że okrutnie przegrana i zginęło w niej wielu Kiwi, pamięć o niej można spotkać nie tylko w War Museum, lecz także w kilku miastach, przez, które przejeżdżałem podczas wędrówek. Mnie szczególnie w muzeum zainteresowały nie pamiątki wojenne, których w Europie mamy pod dostatkiem, lecz bogate zbiory dotyczące kultur ludów nie tylko Maorysów, lecz także żyjących na wyspach skolonizowanych przed Nową Zelandią, takich między innymi jak Samoa, Fidżi, Nowa Kaledonia, cała Polinezja. Są bardzo ciekawe i pokazują przede wszystkim jak wielki wpływ miało morze na kulturę ludów Antypodów. Około południa w największej Maoryskiej chacie ustawionej w muzeum odbywają się pokazy tradycyjnych tańców Maoryskich, wśród których na pewno wyróżnia się haka. Jest to wojenny taniec Maorysów, który dziś możemy zobaczyć przed meczami reprezentacji narodowej Nowej Zelandii w rugby. Jakiś czas później, podczas odwiedzin u Barrego, pokazał mi on pamiątkowy medal swojego ojca, który przeżył jako jeden z nielicznych, spod Gallipoli, przedstawiający na rewersie mężczyznę prowadzącego osiołka. Historia opowiada, iż zbierał on rannych w bitwie po całym polu walki i pomimo starań Turcy nie mogli go zabić przez cały czas batalii. Zginął dopiero ostatniego dnia bitwy.
W drodze powrotnej do Pakurangi odwiedziłem jeszcze Kelly Tarlton’s, czyli budynek, w którym możemy zobaczyć wystawę pamiątek z wypraw na Antarktydę, wraz z subantarktycznym światem pełnym królewskich pingwinów spacerujących i pływających w specjalnie przygotowanej dla nich imitacji antarktycznego świata. W drugiej części wjeżdża się ruchomym chodnikiem pod przeszklone akwaria gdzie oglądamy podwodny świat oceanów z niespotykanej perspektywy, raz za razem przepływające nam nad głowami ogromne płaszczki, wolno sunące rekiny, żółwie pod wodą przypominające bardziej ptaki niż nieporadne i powolne zwierzęta z lądu, a także niezliczone gatunki kolorowych ryby żyjących w wodach otaczających Nową Zelandię i Oceanię.
Jednym z miejsc, które warto polecić, jest z pewnością Victoria Park Market, otoczony starym murem targ, na którym można znaleźć mnóstwo ciekawych suwenirów, z całych Antypodów. Począwszy od masek, figurek z pacyficznych wysp, mat wykonywanych z włókien owoców papai przywożonych z Samoa, po biżuterię z muszli i Jade-u (nefrytu) najbardziej cenionego przez Maorysów szlachetnego kamienia. Na większości rzeźb i masek możemy znaleźć osobiste podpisy twórców, a pytając sprzedawcy możemy się dowiedzieć szczegółów na temat każdego wystawionego tam souveniru, skąd pochodzi, kto go zrobił. Jest to dobra alternatywa, dla tandetnych „maoryskich” figurek produkcji chińskiej, które możemy znaleźć na każdym kroku w samym centrum. Godnym polecenia jest jeszcze targ w Otarze, dzielnicy zamieszkiwanej głównie przez Maorysów. Leży ona jednak na obrzeżach Auckland i najlepiej skorzystać z pomocy mieszkańców, w dotarciu w to jeszcze ciekawsze miejsce. Oprócz zwykłego targu, można tam, spotkać samych twórców, często z wysp Oceanii, u których kupując można bardzo wiele zaoszczędzić a kupić jeszcze ciekawsze souweniry niż we wspomnianym wcześniej Victoria Park Market. Oba miejsca jednak polecam, osobom, które chcę przywieźć jakąś ładną pamiątkę z Oceanii i nie zapłacić za nią kosmicznych pieniędzy. Dodatkową atrakcją stanowią występy regionalnych artystów, tancerzy, a zwłaszcza tancerek, na które zawsze miło popatrzeć.
Z całą pewnością będąc w największym mieście Nowej Zelandii, nie można nie być w porcie, przed którym stoi jeden z niewielu zabytkowych budynków w centrum, Ferry Building. W porcie czeka na turystów wiele atrakcji, między innymi można przepłynąć się jachtami reprezentującymi Nową Zelandię w najbardziej prestiżowych regatach na świecie America’s Cup, obejrzeć pierwszy jacht, na którym zdobyto zdobył ten puchar dla Nowej Zelandii, a także skorzystać z sieci promów pływających na okoliczne wyspy. O dwóch wycieczkach, na wulkaniczną wyspę Rangitoto oraz do rezerwatu ptaków Tiritiri Matangi napiszę w dalszej części.
Jedną z ciekawszych propozycji wycieczek w najbliższej okolicy Auckland jest wyjazd na zachodnie dzikie wybrzeże, nad morze Tasmana, które jest prawie cały czas mocno wzburzone, tuż przy samej wodzie stoi kilka stromych powulkanicznych skał, a wiatr praktycznie nie przestaje wiać. Przyroda jest znacznie dziksza niż na wschodnim wybrzeżu i łatwo zapomnieć, że miejsce jest to jest blisko wielkiej aglomeracji. Trzeba bardzo uważać na kąpiele w morzu Tasmana, gdyż są tutaj potężne prądy i wiry, a o ludziach, których trzeba ratować na zachodnich plażach nakręcono cały serial i w każdym odcinku jest kogo pokazywać. Po drodze na zachodnie wybrzeże przejeżdżamy przez Huia Point (lookout), położony nad zatoką. Z platformy roztacza się piękny widok na zatokę, busz z rzadka poprzetykany domostwami zupełnie odmiennymi od leżących na wschodnim wybrzeżu o znacznie łagodniejszym klimacie i mniejszej wilgotności. Nad buszem przez prawie cały czas unoszą się opary i mgły.
Niektóre wycieczki oddalone są od Auckland o kilkadziesiąt kilometrów, lecz w Nowej Zelandii gdzie drogi poza miastem są niespotykanie puste, podróżuje się szybko i bez większych problemów. Jedną z takich ciekawych opcji jest na piękną plażę Muriwai Beach na której, na skałach wystających na ponad dwadzieścia metrów ponad wodę urządziły swoją kolonię głuptaki. Sama plaża Rangitira jest również niezwykle piękna, i można nią dojechać, aż na sam koniec półwyspu Kaipara, według tego, co dowiedziałem się na miejscu, jest ona dłuższa od słynnej Ninety Mile Beach. Na półwyspie znajduje się także las Woodhill (plantacja sosny) dochodząca do samych piaskowych wydm gdzie żyje najwięcej w Nowej Zelandii, Danieli.
Gdy kończyłem opisywać wszystkie swoje wędrówki, to co tutaj zobaczyłem, czułem, zdałem sobie sprawę, że byłem przecież tylko na Północnej Wyspie, a na dodatek zobaczyłem tylko kilka jej skrawków. Myśl ta napełniła mnie optymizmem, bo chociaż w końcu mogę powiedzieć, iż byłem w Nowej Zelandii, lecz jeszcze bardzo wiele pozostało tutaj do odwiedzenia. Miejsc z egzotyczną przyrodą, krystalicznie czystymi rzekami i zatokami na oceanie Spokojnym, oraz morzu Tasmana. Fantastycznych krajobrazów, wodospadów, wokół których dziwił mnie nieodmiennie brak tłumu fotografujących turystów. Plaż, po których można wędrować cały dzień i nie spotkać nikogo, a jedynie ptaki, zbierać na piasku kolorowe muszle, które lśnią o poranku niczym miniaturowe tęcze. Gór, za którymi przewędrowałem już wiele lat swojego życia, ale tych na południowej wyspie jeszcze przecież nie widziałem. Odwiedzić Fiordy, a także wyspę, o której marzę już od dawna. Pooglądać wieloryby, popływać z delfinami, a przede wszystkim czuć spokój, który coraz trudniej znaleźć na świecie. I nie chodzi mi bynajmniej o wydarzenia, wojny, pędzących wszędzie ludzie, lecz o pewien rodzaj symbiozy, współistnienia ludzi i świata. Zupełnie jakby wszyscy i wszystko zgadzali się, że tutaj są razem. Mam tylko nadzieję, że fale emigrantów, kolejne pokolenia nie zmienią na swoja modłę tego wyjątkowego zakątku na naszym globie, że będą potrafiły uszanować to miejsce, wraz z jego kulturą, cała fauną i florą tym, co pozostało po pierwszych pokoleniach kolonizatorów. Można by się zastanowić, czym, lecz to natychmiast rzuca się w oczy rozpoczynając zwiedzanie od parków w Auckland. Przesłanie po ludziach, którzy zostawili wszystko, co mieli innym i tylko słów ich nie słychać inaczej niż wykutych w kamiennych płytach, że światem trzeba się dzielić.
2. Przydatne szczegóły
Nowa Zelandia. – Niepodległe państwo w obrębie wspólnoty narodów, głową państwa jest monarcha brytyjski, Elżbieta II. Najbardziej oddalony od Polski kraj, z którego wyruszając w którąkolwiek stronę, zaczynamy wracać. Leżący pomiędzy wiecznie wzburzonym Morzem Tasmana, o Oceanem Spokojnym. Ostatnie skolonizowane przez człowieka miejsce na ziemi.Strefa czasowa – pomiędzy Polską a Nową Zelandią ( nie licząc dni, gdy zmieniamy czas na zimowy, lub letni) jest dziesięć godzin różnicy. I tak podróżując do NZ tracimy jeden dzień, który odzyskujemy wracając.
Stolica - Wellington
Powierzchnia- Kraj o powierzchni zbliżonej do Polski ( 268 680 km2 ), z tą istotną różnicą, że rozciągnięty jest z północy na południe na ok. 1600 km.
Klimat – podzwrotnikowy, czym dalej na północ i umiarkowany, jeśli podróżujemy na północ, czyli w stronę Antarktydy. Tak naprawdę trudno jest jednak określić jednoznacznie cechy klimatu, gdyż różnorodność terenu a nie tylko położenie geograficzne mają na to bardzo duży wpływ. Prawdą jest, iż w Nowej Zelandii, podczas jednego wyjazdu można trafić na wszystkie „pory roku”, czyli kąpać się w oceanie i jeździć na nartach. Każdy jednak park narodowy, każde wybrzeże ( zatoki, morze Tasmana, czy Ocean Spokojny), mają swoje specyficzne, różniące się od siebie mikroklimaty.
Ludność – ok. 4 mln. mieszkańców, z czego 1,5 ml mieszka w Auckland. Około 80 % jest pochodzenia maoryskiego, pozostali mieszkańcy głównie pochodzenia europejskiego. Mieszkając jednak w Auckland ma się wrażenie „wielonarodowościowego tygla”, spotkać tutaj można przedstawicieli chyba wszystkich światowych nacji. Od głównej dziś migrującej nacji chińskiej, poprzez przedstawicieli pozostałych krajów azjatyckich, po mieszkańców niewielkich wysepek pacyficznych. Obsługujący mnie właściciel pubu, pochodził z miasteczka Belgii, pamiątki sprzedawała mi przemiła pani z Chorwacji, kawę śliczna Czeszka z Karlowych Varów, z którą stwierdziliśmy, że świat jest mały. Tutaj dokładnie można poznać, co znaczy życie w społeczeństwie wielokulturowym, w którym wbrew powszechnym opiniom, żyje się bardzo spokojnie. Mnie najbardziej urzekło starsze pokolenie Kiwi, ludzie przy których nieustannie odnosiłem wrażenie, że życie jest wielkim darem i należy cieszyć się nim każdego dnia, nie wymyślając wyimaginowanych problemów, dzieląc się chętnie sobą, swoja wiedzą, codziennością.
Język – angielski i maoryski.
Waluta – Walutą w Nowej Zelandii są dolary NZ. Jeden dolar NZ kosztuje ok. 2,2 zł.
Lotniska międzynarodowe – Auckland, Wellington, Christchurch.
Prąd – Ważną rzeczą, o której oczywiście zapomniałem, jest zupełnie inny standard wtyczek do prądu. Dobrze jest zaopatrzyć się w Europie w przełącznik na różne standardy wtyczek. Ja ocknąłem się dopiero, gdy chciałem naładować akumulatorki do aparatu i ogolić się.
Komunikacja-, Jeżeli chodzi o komunikację jest ona tutaj w porównaniu np. z Europą mało rozwinięta. Są, autobusy, kilka linii pociągów, lokalne lotniska, przede wszystkim jednak podróżuje się tutaj samochodem. Oczywiście nie można pominąć promów kursujących regularnie na liczne w NZ wyspy. W Auckland podróżowałem jeszcze autobusami miejskim, w których za bilet, kupowany u kierowcy zapłaciłem ok. 3,5 $ NZ. Najczęstszym patentem stosowanym przez turystów, zwłaszcza młodych jest wynajem samochodu campingowego, lub, gdy osób jest kilka zakup starego zdezelowanego samochodu i podróżowanie nim dopóki się nie rozsypie. Na Wyspę Południową najlepiej lecieć samolotem, nie tylko, dlatego, że najszybciej, lecz najtaniej, gdyż opłata za prom razem z samochodem wynosi ok., 500 $. Jeżeli wiec wybieramy się na druga wyspę warto zaplanować to tak, aby jak najwięcej zwiedzić i dopiero wrócić. Loty samolotem, te które ja sprawdzałem do Christchurch, tam i z powrotem kosztowałby mnie ok. 300 $.
Drogi - W Nowej Zelandii obowiązuje ruch lewostronny i jest to dość istotna zmiana w porównaniu z naszym krajem. Trzeba pamiętać, że także ronda jeździ się w odwrotną stronę. Z wyjątkiem jednego przepisu, pozostałe są podobne jak u nas. Jest tam niewiele autostrad, co nie przeszkadza w szybkim i bezpiecznym podróżowaniu, gdyż natężenie ruchu jest bardzo małe. Jakość dróg jest doskonała, bez względu na miejsce są one świetnie utrzymane. Również szutrowe drogi są zadbane i w świetnym stanie. Jeżdżenie po nich jest jednak znacznie utrudnione w złych warunkach pogodowych i wtedy dobrze jest mieć samochód z napędem na cztery koła. Po powrocie do Polski już pierwszego dnia stwierdziłem, że Nowozelandzkie szutrówki, są w lepszym stanie i mają mniej dziur niż nasze drogi w mieście. Oznakowanie dróg, drogowskazy są zawsze przejrzyste i bardzo trudno byłoby się pogubić. Alternatywą są także drogi prowadzące plażą. Tam jednak wymagany jest samochód z napędem na cztery koła, a także dobra orientacja w przypływach i odpływach.

Ceny benzyny – ok. 1,20 $ NZ, ropy trochę niższe ok. 0,8 $ NZ. Czasami dobrze jest planować tankowanie przed podróżą, gdyż np. w takich miejscach jak Forgotten Highway, jedzie się ponad sto pięćdziesiąt kilometrów bez tankowania. Podobnie było w Ruahini Range, czy Urewera National Park.
Jedzenie – Ceny produktów w marketach, w których czasami robiłem zakupy, są niewiele wyższe niż w Polsce, najwyżej 30 %. W samym Auckland wiele frajdy sprawia jedzenie w kuchniach z wszystkich krajów, chociaż pod koniec zaczęło brakować mi naszej rodzimej. Przykładowo obiad w mojej ulubionej restauracji Indyjskiej kosztował 10 $ NZ i najadałem się nim do syta. Chleb jest niestety pakowany i musiałem się do niego przyzwyczaić. Fast foody są wszechobecne i amatorzy tego typu jedzenia znajdą je w prawie każdym mieście. Z miejscowego jedzenia poleciłbym paje, czyli ciasto wypełnione np. mięsem, grzybami, różnymi sosami. Mnie bardzo smakowały wszelakie owoce morza. W końcu mogłem spróbować homara (miejscowa nazwa lobster, lub cryfish), krabów, małży, skalopów. Najsmaczniejsze jadłem jednak nie w Auckland, tylko w maleńkiej mieścinie Koromander, na półwyspie o tej samej nazwie. Podobnie jak w Polsce wszystko przywożone jest tam każdego rano prosto z portu a smażalnia przypomniała mi o naszym rodzimym Bałtyku.
Owoce morza w mieście różnią się zdecydowanie smakiem. Podczas podróżowania bardzo dobrym patentem okazały się gotowe obiady, nowozelandzkiej produkcji, z których oddessano całą wodę. Można je kupić w każdym turystycznym sklepie, są lekkie, wytrzymałe w transporcie, bardzo pożywne i przede wszystkim smaczne, co zdarza się bardzo rzadko w tego typu jedzeniu. Cena opakowania dla dwóch osób, które jednak udawało mi się, choć z trudem, zjeść samemu wynosi ok. 10 $NZ. Kilka cen, których nie sposób pominąć to piwo ok 6 $NZ w pubie, paje 3 $NZ, chleb 3 $NZ, cukier 2 $NZ, jajka 3 $NZ za 6 szt.,ser żółty ok. 6 $NZ za pół kilograma, homar ok.70 $NZ za kg., płatki kukurydziane 5 $NZ, konserwy rybne do 2 $NZ, banany 4 $NZ za kilogram, jedzenie w fastfoodach – ceny podobne do Polskich.
Podróż do Nowej Zelandii – Obecnie obywatele Polscy nie potrzebują już wiz przy podróżowaniu do Nowej Zelandii. Przy wjeździe otrzymuje się trzymiesięczną wizę turystyczną. Na lotnisku należy zadeklarować czy nie przewodzimy otwartego jedzenia, jakiś roślin lub kawałków zwierząt (np. skóry, kości), obuwia turystycznego. Odpowiedni formularz otrzymujemy już na pokładzie samolotu. Na lotnisku należy udowodnić posiadanie odpowiednich funduszy, ok. 2400 zł na osobę na miesiąc, lub 950 zł w przypadku potwierdzenia noclegu. Odprawa, otrzymanie wizy odbyły się w moim przypadku szybko i sprawnie, chociaż Polacy podróżujący do NZ turystycznie wciąż są dużą egzotyką dla tutejszych celników. Jeżeli wszystko jest w porządku, nie powinniśmy mieć problemów z wpuszczeniem na terytorium Nowej Zelandii, chociaż wciąż możemy się spodziewać szeregu pytań, które już trochę zapomnieliśmy podróżując po Europie. Podróż samolotem jest bardzo długa i uciążliwa. Nie tylko ze względu na długość lotów, lecz także przekraczanie stref czasowych. Ja leciałem z Katowic, do Frankfurtu, dalej do Hong Kongu, skąd już do Auckland. Pierwszy etap najkrótszy z Katowic, do Hahn pod Frankfurtem, zaledwie półtorej godziny. Stamtąd autobusem (cena 15 euro) do Frankfurtu. Z Frankfurtu do Hong Kongu lot trwał 11 godzin, a przesunięcie czasowe 6 godzin. Na miejscu byłem o 7 rano, lecz dla mnie była to 1 w nocy i pierwszy lekki szok czasowy. W Hong Kongu miałem przesiadkę, na którą czekałem 13 godzin, lecz w tym egzotycznym mieście opisanym w osobnym rozdziale nie sposób się nudzić. Zastanawiam się nawet czy nie jest warto zaplanować kolejny lot np. następnego dnia, aby mieć więcej czasu na dokładniejsze zwiedzenie miasta i okolicznych wysp. Z Hong Kongu do Auckland lot trwał 11 godzin i 40 minut, a czas przesunął się o kolejne 4 godziny. W Auckland wylądowałem o 11:25 czasu lokalnego, czyli 1:25 czasu polskiego – dnia poprzedniego. Wydaje się to skomplikowane tylko na początku i aklimatyzacja trwa około trzech dni. Loty powrotne z Auckland do Hong Kongu a potem do Frankfurtu trwają kolejno o godzinę dłużej. Jak mi to zostało na szybko wyjaśnione, w ta stronę kuli ziemskiej lata się wolniej bo pod prąd. Skorzystałem z usług biura Cathay Pacific. Linie bardzo mi się spodobały. Szybka, bezproblemowa obsługa, miłe stewardesy, transfer bagażu do Auckland, dzięki czemu nie musiałem chodzić z wielkim plecakiem podczas przesiadki w Hong Kongu. Od razu wystawili mi boarding pass, czyli kartę pokładową na oba loty w jedną stronę, co pozwala przyjść od razu do rękawa na krótko przed odlotem. Nowe samoloty, co obserwując niektóre linie lotnicze miało znaczenie. Właściwie mógłbym pisać o owych liniach lotniczych w samych superlatywach, gdyby nie mały zgrzyt, który spotkał mnie na lotnisku w Auckland przy odlocie. Pani wydająca bilety widząc mój paszport, najpierw zrobiła duże oczy a potem wezwała do pomocy poważnie wyglądającego pana, który jednak również nie mógł sobie poradzić z moją osobą, więc musiałem pójść do wyższego rangą urzędnika, i podpisać coś w rodzaju naszych dawnych „lojalek”. W czym był problem? Linie Cathay Pacific mają na lotnisku w największym mieście Nowej Zelandii stary system komputerowy nieprzewidujący Polaków jako obywateli Unii Europejskiej. Mamy obowiązek lecąc np. do Niemiec posiadać potwierdzoną rezerwację na samolot z Polski. Ot gdzie znalazłem relikt komunistycznych czasów. Przez zupełny przypadek miałem takie potwierdzenie, lecz okazało się, że system komputerowy nie przyjmuje rezerwacji z kodem zaledwie sześć cyfr. Wszystko odbyło się oczywiście w spokojnej atmosferze, zostałem przeproszony i wytłumaczono, ze takie wciąż mają przepisy i gdyby ich nie respektowali płacą karę 5 tys. $. Na pytanie czy słyszeli, że Polska jest już członkiem Unii i w Europie nie obowiązuje mnie nawet paszport, odpowiedzieli, że wiedzą, ale takie przepisy. Na kolejne pytanie jednak zrobili tylko duże oczy, ja podpisałem papier i pomaszerowałem dalej nie chcąc stwarzać niepotrzebnych kłopotów skoro nie było to potrzebne. Bartek zapytał „najwyższego” pana urzędnika, a co by zrobili gdybym miał rezerwację na autobus, lub wracał do kraju samochodem. Tak naprawdę do dziś się zastanawiam, bo niby co linie lotnicze mogą mnie zatrzymać na stałe w Nowej Zelandii. Patrycja tylko pokiwała głową, że jestem dla nich za szybki, bo przyjechałem zaledwie rok po wejściu do Unii Europejskiej i nie zdążyli wymienić systemu. Dalsza podróż przebiegła bez większych zakłóceń i znów mógłby tylko pochwalić linie lotniczą.
Bilet kupiony w Nowej Zelandii ( tańszy niż kupiony w Polsce, co wprawiło w zdumienie celników, gdy pytali, dlaczego ktoś kupił mi bilet w NZ) kosztował 1690 $NZ + opłaty lotniskowe 149 $NZ, czyli całkowity koszt wyniósł 1839 $NZ. Dodatkowo wykupiłem również Nowozelandzkie ubezpieczenie na całą podróż. Niewiele droższe od krajowego, za to obejmowało absolutnie wszystko, łącznie z ewentualnymi noclegami po drodze, zgubieniem bagażu, i zaczynało się od chwili przekroczenia progu, aż do powrotu do domu, bez względu na kraj, w którym akurat przebywałem. Nasze krajowe miało niestety dużo uboższą opcje i szybko zniechęciłem się woląc dopłacić niż zastanawiać po drodze czy ubezpieczeni akurat mnie obejmuje. Całkowity koszt ubezpieczenie na siedmiotygodniową podróż wyniósł mnie 271 $NZ.
Opuszczając Nową Zelandię należy uiścić na lotnisku coś w rodzaju naszej opłaty klimatycznej – 25 $NZ.
Na podróż zaopatrzyłem się w czeki podróżne, co okazało niewygodną i przede wszystkim bezpieczną formą przewożenia pieniędzy.
Wynajem samochodu- Osobiście korzystałem z usług agencji wynajmu samochodów znajdującej się tuż przy lotnisku. Nie chcąc tutaj robić reklamy jednej firmie, myślę, że jednak warto rozejrzeć się po innych. Wybrałem akurat tą agencję, gdyż miałem po prostu najbliżej, a także ceny były w zasięgu możliwości, oraz można było pozostawić samochód w innych miastach np. Wellington, lub Christchurch. Ceny w większości wypożyczalni SA zbliżone do siebie. Do wszelkich haseł typu, żadnych dodatkowych opłat należy podchodzić z ostrożnością i najlepiej zadzwonić i zapytać jak sprawa wygląda na miejscu. Ważnym jest na ile dni wynajmujemy samochód, czyli czym więcej dni tym stawka za dzień niższa. Z jakiej kategorii wybieramy pojazd, a mamy ich sześć od małych pojazdów economy lass po minibusy. Podam kilka przykładowych cen, są to ceny najwyższe, czyli na najkrótszy( 4-6 dni) okres czasu, przy czym cena jest znacznie wyższa w sezonie, czyli podczas miejscowego lata, a naszej zimy.
- economy class – 29 $ poza sezonem – sezon 44$
- touring (średnia klasa) – 34$ poza sezonem – sezon 49$
- samochód kombi- 34$ poza sezonem – sezon 49$
-samochód z napędem na cztery koła – 39$ poza sezonem – sezon 54$
- minibus – 59$ poza sezonem – sezon 79$
Wiele przydatnych informacji, nie tylko dotyczących wynajmu samochodu w Auckland możemy znaleźć na http://www.aucklandtourism.co.nz/.
W innej agencji można wynająć wozy campingowe a ceny to od 180$ do 300$ w sezonie w zależności od rodzaj samochodu. Poza sezonem od 55$ do 105$ w zależności od rodzaju pojazdu. Ceny te podaję dla najniższej liczby dni. Więcej informacji można znaleźć na http://www.keacampers.com/ . Z tego, co zauważyłem jest to bardzo popularny sposób podróżowania po Nowej Zelandii. Zatrzymywać można się właściwie wszędzie gdzie jest miejsce i odpada problem noclegu.
Za ubezpieczenie AC w klasie economy dopłacałem 15 $NZ za dobę.
Promy w Auckland – Sam w wycieczkach z Auckland na okoliczne wyspy korzystałem z promów Fullers. Bilet na wyspę Tiritiri Matangi wraz z powrotem tego samego dnia kosztował mnie 45$. Wycieczka na położony po drugiej stronie zatoki wulkaniczną wyspę Rangitoto kosztowała 18$. Więcej informacji na temat promów Fullers znaleźć można na stronie http://www.fullers.co.nz/. Siedziba Fullers mieści się w Ferry Building, w porcie na końcu głównej ulicy w Auckland, Queen Street. Drugą dużą firmą promową w Auckland pływająca między innymi na Great Barrier Island jest firma Subritzky. Z ich usług nie zdążyłem jednak skorzystać podaję więc tylko link gdyby ktoś był zainteresowany skorzystaniem z w/w linii- http://www.subritzky.co.nz/ .
Ceny domków i hotelów dla backpackerów. – Podam tutaj tylko miejsca ceny miejsc, w których byłem. W Rotorua za pokój dwu osobowy zapłaciliśmy 45$ za dobę, za jednoosobowy 30$. Znacznie tańszą opcją jest spanie na sali zbiorowej. W Stratford za samodzielny pokój płaciłem 20 $NZ. Większość cen w hotelach dla backpackerów kształtuje się w oklicach 20 $NZ. Są one położone najczęściej w centrum miasta i prawie we wszystkich miejscach, w których byłem spotkałem tego typu hotele. Posiadając odpowiednią legitymację można spaś w hotelach dla backpackerów jeszcze taniej.
Opłata za domek w Urewera National Park wyniosła mnie 20 $NZ od osoby za dobę.
Kilka luźnych cen wycieczek i atrakcji turystycznych. -
Wycieczki autokarem z Auckland do:
Rotorua – 159 $
Waitamo & Rotorua – 219 $ , dwa dni – 299 $
Bay of Islands & Cape Reinga – 399 $ , trzy dni
Wstęp do jaskini Glowworm lub Aranui Cave – 28 $ dorośli, dzieci 12$, wstęp do obu 46$
Wstęp do Rainbow Springs w Rotorua – dorośli 23,50$, dzieci 13,50$
Wstęp do Kiwi Encounter – ( naprzeciwko Rainbow Springs)- 26,50$, dzieci 16,50$
Wstęp do Auckland War Museum – 5 $
Wstęp do Wai-O-Tapu (termalnej doliny) – dorośli 23$, dzieci 8$
Wyjazd na wieżę w Auckland – 18$ ( za każde piętro wyżej trzeba dopłacić)
Wstęp do kina – od 8,50$ w tygodniu, do 15$ w weekend.
Wstęp do Te Puia w Rotorua – 22 $ ( wiele dodatkowych opcji, łącznie z tradycyjną Maoryską kuchnią, pokazem haki tradycyjnego tańca)
Ceny wymieniony wyżej podaję tylko dla zorientowania się, z jakimi mniej więcej kosztami należy liczyć się podróżując, zwiedzając i korzystając z atrakcji turystycznych w Nowej Zelandii. Zainteresowanych większą ilością szczegółów odsyłam do wymienionych wyżej linków internetowych. Strony promujące NZ napisane są bardzo profesjonalnie, proste w obsłudze bez zbędnych animacji itp. rzeczy utrudniających korzystanie. Na pewno każdy znajdzie na nich wszystkie potrzebne informacje podane w prosty sposób, ewentualnie zarezerwuje już w Polsce, samochód, nocleg, czy bilet wstępu. Praktycznie każde turystyczne miejsce w Nowej Zelandii posiada internetową stronę z wyczerpującymi informacjami. Internet jest tez wszechobecny w Nowej Zelandii, w miastach znajdziemy wiele kawiarenek internetowych, z których bez problemu możemy się kontaktować z Polską ( chwilami miałem wrażenie, że łącząc się stamtąd wszystko działa szybciej niż po naszych rodzimych łączach, pomiędzy sąsiednimi miastami). W każdym, nawet najtańszym hoteliku dla turystów Internet jest podstawowym wyposażeniem, a ceny za korzystanie z niego kształtują się od 0,5$ do 2$ za pół godziny.
3. Wyspy wokół Auckland
- Tiritiri katangi- Rangitoto
Pierwszego wolnego dnia Bartek z Patrycją zaproponowali abym popłynął promem na Tiritiri Matangi. Wyspę oddaloną od Auckland 30 km, na której znajduje się rezerwat ptaków. Na wyspę wypływa prom Fullers codziennie o 9:00 rano a wraca o 16:45, sam rejs trwa około 1,15 godziny. Ze względu na to, iż liczba miejsc na jedynym kursującym promie jest ograniczona (150 osób dziennie) dobrze jest zarezerwować bilet wcześniej, zwłaszcza w sezonie. Prom odpływa z Ferry Building, czyli na końcu Queen Street, wraca z wyspy ok. 15:30, chyba, że postanawiamy pozostać na Tiritiri Matangi na noc, co jest jedną z opcji wycieczki.
Wyposażony przez Patrycję w prowiant na cały dzień wyruszyłem na swoją pierwszą samodzielną wycieczkę po Nowej Zelandii. Usadowiłem się wygodnie na górnym pokładzie, i gdy tylko prom ruszył zrozumiałem, dlaczego większość pasażerów wybrała zabudowaną dolna część. Pomimo silnego wiatru, który wymusił na mnie założenie wszystkich ubrań pozostałem na zewnątrz, podziwiając piękne widoki na okoliczne wyspy i półwyspy. W drodze na wyspę prom zatrzymał się jeszcze w Gulf Harbour gdzie dosiadło się kilkunastu pasażerów i popłynęliśmy dalej, już do wyspy docelowej. Na przystani czekało na wszystkich przyjęcie przez pracowników rezerwatu, którzy objaśnili nam krótko, czym jest wyspa, czego możemy się na niej spodziewać. Część osób postanowiła skorzystać z usług przewodników podczas zwiedzania wyspy, a po tych, którzy przyjechali tutaj na dłużej niż jeden dzień przyjechał samochód i zabrał wraz z bagażami na szczyt wyspy. Zaopatrzony w dwa aparaty, oraz mapkę ze szlakami ruszyłem własną drogą. Mapkę można kupić na promie za 1,5 $ lub ściągnąć z Internetu ze strony http://www.tiritirimatangi.org.nz/, gdzie znajdują się także wyczerpujące dane dotyczące wyspy. Postanowiłem ruszyć najdłuższym szlakiem, zajmującym według przewodnika 4 do 5 godzin, czyli tyle aby zdążyć na powrotny prom. Jak się później okazało, czas skróciłem znacznie, gdyż czas podawany jest dla osób spacerujących i chcących w spokoju obserwować i fotografować ptaki. Sama wyspa jest bardzo piękna, częściowo porośnięta buszem, otoczona pięknymi pustymi zatokami, których brzegi porastają drzewa Pohutukawa, oraz skalistymi wysepkami wyrastającymi ponad kryształowo czystymi wodami morza. Wyspa jest pocięta siatką szlaków i jeżeli tylko ktoś nie czuje się na siłach obejść całą wyspę dookoła można w każdej chwili skrócić wycieczkę. Szlak rozpoczyna wybrzeżem gdzie zamiast po piasku szedłem rozdeptując niezliczone ilości muszelek. Już na początku za przystanią stały trzy gniazda Błękitnych Pingwinów, aby je jednak zobaczyć trzeba było tam wrócić nocą.
Natychmiast też zwróciły moją uwagę fantastycznie powyginane drzewa Pohutukawa zwieszające swe konary nad wodę. Ścieżka wchodziła w busz, by później wrócić na plaże i na końcu zacząć wspinać się na strome klify. Na pierwszych kilometrach nie mogłem się zatrzymać i pstrykałem zdjęcia raz za razem i dopiero migająca bateria, której zapomniałem naładować przywołała mnie do rzeczywistości. Zacienione zagajniki, koryta strumieni, kępy kapuścianych drzew i egzotycznej roślinności, taki było obraz pierwszych kilometrów szlaku. Później wyprowadzał on na duże łąki otoczone zielonymi drzewami i krzewami najprzeróżniejszych gatunków. Minęła dopiero godzina a ja już żałowałem, że przyjechałem tutaj na tak krótko. Przede wszystkim jednak uwagę zwracały egzotyczne ptaki, ich trele wypełniające każdy zakamarek wyspy. Ich śpiew wręcz oszałamia przy pierwszym wejściu w busz, zwłaszcza, jeżeli uda nam się usłyszeć melodyjny niczym dźwięk fletu, śpiew Kokako. Niewiele ustępują mu śpiewem, North Island Saddleback. Na początku uganiałem się z aparatem za ptakami Pukeko, gdy jednak okazało się, iż wyspa się do nich roi, zacząłem starannie dobierać cele dla obiektywu. Najbardziej chciałem zobaczyć ptaka Kiwi, jednak żerują tylko nocą. Kolejnym ptakiem, który zwrócił moją uwagę, był przedstawiciel jednego z wymierających gatunków, nielot, Takahe. Jednego spotkałem na szczycie wyspy, zamarłem na chwilę i pstryknąłem mu fotkę. Kolejnego zobaczyłem na plaży, przykucnąłem, aby go nie spłoszyć, po czym ów Takahe okazał się całkiem oswojony i przyszedł do mnie pewnie zastanawiając się, dlaczego tak dziwnie się zachowuję. Za nim spośród krzewów wyszedł następny, a za nim dwaj ludzie, gdyż jak się okazało jest to ptak tak rzadki, iż każdym opiekuje się jeden człowiek nie spuszczając go z oka podczas wędrówek po wyspie.
Dysponując jeszcze dużą ilością czasu postanowiłem zapolować z obiektywem na ptaki, które dla mnie były najbardziej egzotyczne, czyli zielone papugi (Red-Crowned Parakeet). Jedyny problem polegał na tym, iż bardzo szybko przemieszczały się z miejsca na miejsce, a ja dysponowałem niezbyt dobrym sprzętem fotograficznym i musiałem po cichu podejść bardzo, blisko, aby zrobić zdjęcie manualnym obiektywem. Dodatkową atrakcją było to, iż Parakeety mają intensywnie zielony upierzenie, więc gdy siedziały nieruchomo przy drodze, były prawie niewidoczne. Kilka razy udało mi się im prawie wejść na głowę i zanim się zorientowałem, zielona smuga wystrzeliwszy spod nóg już znikała za drzewami. Udało mi się jednak pstryknąć kilka fotek. Pośrodku wyspy spotkałem ekipę, w której pierwszy człowiek niósł niewiele mniejszy od niego samego obiektyw, następny aparaty, a trzeci statywy. Natychmiast postanowiłem na luzie podchodzić do robienia zdjęć, co sprawiło mi znacznie większą frajdę. Mnogość egzotycznych ptaków na wyspie i brak słów mogących, chociaż trochę przybliżyć ich śpiew, jest tak duża, że w tym miejscu zatrzymam się z opisami, pozostawiając całą resztę do odkrycia tym, którzy się tam wybiorą.
Jednym z piękniejszych miejsc na wyspie okazała się Fishermans Bay. Piękna zatoka, w której sterczy ponad wodę kilka ostrych skał, z drzewami Pohutukawa uczepionymi w najbardziej niedostępnych miejsc na skalnych ścianach i kryształowo czystą wodą o szmaragdowym odcieniu, była dla mnie chyba najpiękniejszym miejscem na wyspie. Kolorytu dodała wodzie rzesza przepływających pomiędzy skałami kolorowych kajaków, którymi wycieczki organizują na sąsiedniej wyspie.
Na szczycie wyspy znajduje się latarnia morska i kilka zabudowań, w których można się zatrzymać, aby kupić pamiątki, lub odpocząć na tej przepięknej wyspie i przy okazji zobaczyć żerującego tylko nocą ptaka Kiwi, ikonę Nowej Zelandii.
Kolejnym celem wycieczki promem stała się Rangitoto Island. Wystający ponad wody zatoki Hauraki Gulf stożek wulkanu jest wyraźnie widoczny z centrum Auckland. Na wyspę kursują z Auckland, aż trzy promy dziennie. O 9:15, 12:15 i 15, ostatni powracający prom o 15:30 i jak uprzedzała pani w recepcji nie należy się na niego spóźnić, chyba, że planuje się nocleg na wyspie. Rejs trwa zaledwie 25 minut.
W środku tygodnia, razem ze mną na wyspę popłynęło zaledwie sześć osób. Patrząc na mapkę zabraną z przystani, postanowiłem pójść Rangitoto Summit szlak na wierzchołek wulkanu. Czasu miałem akurat w sam raz zakładając szybki marsz przez około godzinę. Rangitoto Island czynny sejsmicznie był jeszcze 600 lat temu i dzisiaj wyspa jest ogromnym usypiskiem z wulkanicznego żużlu porośniętym niewysoką roślinnością. Dość szybko dotarłem na szczyt dobrze przygotowaną drogą, która z czasem zaczyna prowadzić wzdłuż zbocza drewnianymi schodami na platformę szczytową. Po drodze minąłem zarośnięty krater, po czym wyszedłem na szczyt skąd rozpościerał się wyjątkowej urody widok na Auckladnd i wody całej zatoki Hauraki Gulf. Ścieżką obszedłem dookoła krater by powrócić do pierwotnej ścieżki po 15 minutowym marszu. Mając jeszcze zapas czasu postanowiłem zejść do jaskini wydrążonej w lawie (Lava Caves). Ścieżka jest wąska z rozlicznymi rozgałęzieniami, tak, że kilka razy udało mi się z niej zejść w złym kierunku. W końcu jednak dotarłem do początku jaskini. Długa i wąska okazała się nie do przejścia ze względu, iż nie zabrałem ze sobą latarki, a migając fleszem od aparatu udało mi się przejść około 50 metrów do pierwszego prześwitu w dachu. Warto jednak zabrać ze sobą jakiekolwiek źródło światła, gdyż jaskinia jest z pewnością ciekawym i niespotykanym na co dzień zjawiskiem.
Wulkan Rangitoto warto jest ciekawą alternatywą w razie wolnego czasu podczas pobytu w Auckland. Nie trzeba planować całodziennej wycieczki i można spokojnie popłynąć nań w południe. Organizowane są także dojazdy jeepem z przystani pod wierzchołek. Widok ze szczytu jest jedną z ładniejszych panoram, jakie można zobaczyć w okolicach Auckland.
4. Wyjazd do Ruahini Range
Kilka myśli z Kelly’s Knight i wycieczki na Pourangaki Trig.Dzień trzeci, a może czwarty? Czy tutaj ma to jakiekolwiek znaczenie? Ucieszyłem się, gdy dwa miesiące temu dostałem zdjęcie Kelly’s Knight. Gdzieś pośród buszu, stał maleńki domek z czerwonym dachem. To niemożliwe, że są jeszcze takie miejsca pomyślałem, a przecież w tych górach jest kilka podobnych chat. Ostatni wpis w książce jest sprzed dwóch tygodni, wcześniejszy kolejnych dwóch. Wpis Bartka sprzed dwóch lat jest zaledwie trzy kartki wcześniej. I tyle, raz na jakiś czas ktoś tutaj zagląda, a jest to przecież najbliżej położona chata. Widać ją z kilku miejsc. Najpierw sponad skarpy, na niewielkiej polanie, nad rzeką. Czasem ze stoku, przebija się pośród zieleni czerwona kropka jej dachu. Pomiędzy trawami porastającymi ścieżkę. To zawsze dziwne uczucie docierać do miejsc, które dotąd miało się tylko na tapecie w komputerze.
Smutek, a może radość? Tęsknota, a może tam nie ma nic, tylko ja tutaj jestem? Świat nie wychodzi poza dolinę. Jest tylko jeden, ogromny, we mnie, a ja w dolinie. Na progu chaty w górach, którą rysowałem jako dziecko, gdy chciałem uciec od całego świata, do miejsca gdzie nikt nie zrobi mi krzywdy. A teraz patrzę na skapujące z dachu krople, które rozbijają się na wysokich łodygach traw, dotykam desek ganku, na którym siedzę, to wszystko jest rzeczywiste.
Dotykam liści, bo nie sposób ich ominąć. Wędrując trzeba rozgarniać je dłońmi, rozsuwać zarośla przerastające szlak, odbijać w miękkich mchach swoje dłonie przy przekraczaniu rozłożystych korzenie i zwalonych pni. Nie można przyjechać do Ruahini Range, i niczego nie poczuć. Las na to nie pozwala.
Znajduje zamarzniętego królika. Myślę, że gdybym wpadł do jednej z licznych dziur pośród rudych traw, nigdy by mnie tutaj nikt nie znalazł. Podnoszę oczy przed siebie, i nic tylko mgła. Żadnego szczytu, punktu odniesienie i tylko zmrożony deszcz uderza we mnie kawałkami lodu, na przemian ze śniegiem. W końcu jednak jest, widzę go tuż przede mną. Pstrykam fotkę z wierzchołka, przykucam na chwilę i widzę, że odsłania się następny, wyższy. I tak jeszcze kilka razy, jakby każdy zdobyty we mgle szczyt rodził następny. Nigdzie mi się nie śpieszy, mam czas, idę, więc od trasera do trasera, aż w końcu docieram do drewnianej tablicy. Zaledwie półtorej godziny dzieli mnie od następnej chaty, położonej pomiędzy trawiastymi wierzchołkami, a gęstym buszem. Uśmiecham się wiedząc, że ilekroć tutaj wrócę zawsze będę miał, dokąd pójść by zobaczyć, nowe, nie odkryte dotąd miejsce. W nowej Zelandii, Ruahini Range, a może we mnie? Nie wydaje mi się to w tej chwili istotne. To wcale nie tak trudno znaleźć sobie cel do odkrycia w tym na pozór zbadanym na wylot świecie.
Pierwszą dalszą wycieczką po przybyciu do Nowej Zelandii był wyjazd do Ruahine Range. Wcześniej Bartek przysłał mi do Polski zdjęcie Kelly Knight, chatki stojącej w sercu buszu. Zachwyciło mnie i powiedziałem, że chcę koniecznie tam być, a fotografia wylądowała na tapecie w komputerze. Do przejechania mieliśmy około 450 km, więc wyruszyliśmy bardzo wcześnie. Akurat, gdy się rozwidniło Bartek zjechał z drogi w mój pierwszy lookaut, wyjaśniając, że zawsze, gdy zobaczę ten napis gdzieś po drodze to na pewno warto się zatrzymać. Miał racje, i dzięki temu zobaczyłem kilka pięknych miejsc w Całej Nowej Zelandii, które z pewnością minąłbym nie wiedząc nawet, że gdzie obok drogi są tak piękne zakątki. Pierwszym z nich był Huka Falls. Przy drodze świeciło już wschodzące słońce zrzucając pierwszymi ciepłymi promieniami krople z drzew, a w wąwozie panował chłód i schodząc nad rzekę słyszałem szum, lecz nie widziałem nic poprzez opary unoszące się nad rzeką. Dopiero nad samym brzegiem zobaczyłem wąski gardziel, przez którą przepływają wody rzeki Waikato. Wypływająca z największego jeziora Nowej Zelandii, rzeka musi przecisnąć się przez to przewężenie i zostaje dosłownie wtłoczona z hukiem w przesmyk, przez który przepływa 160 kubików wody na sekundę. Dla zainteresowanych ekstremalnymi rozrywkami dodaję, że jedną z atrakcji turystycznych tego miejsca jest pływanie po Huka Falls odrzutowymi motorówkami.
Następnym krótkim przystankiem, było już jezioro Taupo. Widoczność tego dnia była doskonała i poprzez całą jego szerokość mogłem po raz pierwszy zobaczyć wulkany w Tongariro National Park. Jak się dowiedziałem miałem również szczęście, gdyż stojące samotnie na płaskowyżu góry, często spowite są gęstą watą chmur. Wzdłuż jeziora, pojechaliśmy dalej, aż do postoju na śniadanie tuż przy Tongariro River jednej z najsłynniejszych pstrągowych rzek w Nowej Zelandii. Tutaj każde charakterystyczne miejsce, główka, głębszy prąd maja swoje nazwy i przy każdej można spotkać kilka wędkarzy. Zastanawiałem się jak można złowić pstrągi w takim „tłoku”, lecz szybko mi wyjaśniono, iż jeżeli w ciągu kilku rzutów nie uderzy rekordowej wielkości pstrąg to znaczy, że jest mamy wyjątkowego pecha.
Kolejnym etapem był przejazd wzdłuż wschodniej części parku Tongariro. Droga przez płaskowyż jest bardzo ładna i rozpościerają się z niej piękne widoki. Należy jednak uważać, gdyż w okresie zimowym jest ona często zamykana z powodu oblodzenia. Tablice oznajmiające o otwarciu i zamknięciu drogi spotykamy w wielu miejscach Nowej Zelandii i są one zawsze tak ustawione, że nie sposób ich przeoczyć. Za płaskowyżem, daleko na południowym wschodzie zobaczyłem Ruahini Forest Park. Zamierzaliśmy dojechać w jej środkową pasma górskiego do doliny rzeki Pourangaki. Niższe partie gór były spowite mgłami, pomiędzy którymi przebijała zieleń buszu, a ponad nimi jaśniały w słońcu ośnieżone szczyty. Jedynym problemem było przejście przez farmę i pozostawienie przed nią samochodu. W tym akurat przypadku Bartek dzwonił wcześniej do zarządcy, lub właściciela farmy, i któryś musiał wyrazić zgodę (lub nie), abyśmy mogli przejść przez jego ziemię. Z tego, co się dowiedziałem, rząd Nowej Zelandii, dąży do uregulowania tego typu ewentualnych przeszkód w sposób prawny. Szczególnie pani Helen Clark, premier Nowej Zelandii działa na rzecz zachowania jak największej części Nowej Zelandii w nienaruszonym stanie, oraz ułatwienia turystom dostępu do atrakcyjnych miejsc. Alternatywą, gdyby zarządca lub właściciel nie wyraził zgody, były dwie trasy. Jedna, obchodząc dolinę jej północnymi stokami, potem wierzchołkami, skąd zejście do Kelly Knight, czas około 8 godzin, z plecakami być może dłużej. Druga, rozpoczynająca się w dole rzeki, gdzie trzeba zostawić samochód w obu przypadkach, jest krótsza, ale bardziej uciążliwa, gdyż początkowo trzeba pójść korytem rzeki, miejscami przeprawiając się przez wartki nurt, skąd już za farmą wyprowadza zalesionym stokiem na szlak. Mogliśmy jednak przejść przez farmę, więc czas dojścia skrócił się do około 2,5 godzin. Z niecierpliwością czekałem na swoją pierwszą wędrówkę po buszu. Dochodząc do końca farmy, co zajęło nam około godziny w końcu dotarliśmy do granic buszu.
Zbocze na początku ścieżki porastał las wielkich paproci (panga), co stanowiło dla mnie szczególnie egzotyczny widok. Kilkumetrowe, wyglądające z dalszej odległości jak palmy, są podobnie jak wiele gatunków roślin na wyspie, roślinami endemicznymi, czyli spotykanymi tylko w Nowej Zelandii. Po przejściu przez niewysoki płot, obok którego rosła jedyna roślina, której powinniśmy się wystrzegać w NZ, podobną do naszej pokrzywy, ruszyliśmy wąską wyciętą w zboczu góry ścieżką. Busz oczarował mnie natychmiast, klimatem, egzotyką, niepowtarzalną atmosferą panującą pomiędzy splątanymi drzewami. Mchy, pnącza, pangi, drzewa ze zwisającymi trawami, a to wszystko w górach spowitych z rzadka oparami mgły. Po około kilometrze do krajobrazu zawitała na stałe rzeka Pourangaki. Ścieżka wiła się zakosami, raz schodząc na dno stromych bocznych dolinek, by później piąć zboczem wzdłuż lewego brzegu rzeki. Przez pierwszą godzinę zatrzymywałem się dosłownie, co kilka kroków i zacząłem się obawiać, że zapełnię kartę pamięci zanim minie pierwszy dzień. Pomyślałem, że Nowa Zelandia jest rajem dla ludzi pasjonujących się fotografowaniem przyrody, a jedynym problemem jest zdecydowanie, który z otaczających nas obrazów jest najpiękniejszy. Mniej więcej w ¾ drogi szlak rozwidla się i łączy ze szlakiem prowadzącym na szczyty w stronę najwyższego szczytu tego pasma górskiego, wznoszącego się na 1731 m Mangaweka. Po około 1,5 godziny wyszliśmy na skraj wysokiej skarpy skąd zobaczyłem po drugiej stronie rzeki małą polanę, zejście nad kamienisty brzeg i chatę Kelly Knight. Jeszcze tylko zejście stromym zboczem na metalowy mostek i po kilkunastu metrach przedzierania się przez wysokie trawy stanęliśmy na progu chaty. Miejsce bardzo ładne z łatwym dostępem do wody, bardzo dobrze wyposażone we wszelkie potrzebne turyście rzeczy. Na przeciwko chaty, miejscu gdzie wił się pomiędzy zielonymi trawami i gęstymi krzakami, strumień, rozpoczynał się szlak na Pourangaki Trig. Postanowiłem tam pójść, najwcześniej za dwa dni, gdyż najpierw chciałem zwiedzić dolinę w okolicach domku i kilka miejsc, które zamierzał pokazać mi Bartek, polujący w tym regionie od lat.
Ścieżek, którymi chodziłem po buszu następnego dnia, gdyż nie ma ich na żadnej mapie, a często przechodząc obok, nie mamy pojęcia, iż taka ścieżka istnieje. Uważny obserwator, może dostrzec czasami zawieszoną na gałęzi kolorową wstążkę, lub taśmę klejąc oznaczające bardzo często początek ścieżki. Czasami był to jednak tylko złamana gałązka, lub ucięty na wysokości ziemi pieniek. W Ruahini Range po raz pierwszy udało mi się zgubić idąc za kimś w odległości około trzech metrów. Wystarczyło skręcić za drzewo, zrobić dwa kroki za daleko i już nie było śladu, ani po Bartku, ani po ścieżce. Dopiero cofając się bardzo powoli zauważyłem po prawej ręce wąski przesmyk wycięty w gęstych krzewach. Tamtego dnia oglądaliśmy zachodzące słońce oświetlające zboczy doliny i gałęzie drzewa ponad nami z wysuniętego ponad zielony, gęsty busz i płynącą w dole rzekę, skalnego cypla. Jedno z tych miejsc, w których można tylko siedzieć i patrzeć nie czując upływającego czasu. Latem, jedną z form spania jest tzw. fly camp, czyli hamak rozwieszony pomiędzy drzewami, a miejsce nadawało się do tego idealnie. Siedzieliśmy jeszcze długo w ciszy, każdy zanurzony we własnych myślach patrząc jak kończy się dzień i dopiero ciemności wygoniły nas z powrotem do chaty. Wieczorem, przed długą zimową nocą nie pozostawało nam już nic tylko długie rozmowy przy migoczących świeczkach i hałasujących wokół chaty poszumach. Czasami w to wszystko mieszał się szeleszczący o ściany i dach chaty deszcz.
Rankiem najlepszą pobudkę stanowił marsz z kociołkiem nad rzekę. Pomiędzy mokrymi trawami, ocierając się o wilgotne liście krzewów, zanim dochodziłem nad kamienisty brzeg byłem już przemoczony w kilku miejscach. Rwąca pomiędzy głazami rzeka dodaje niesamowitego kolorytu do tego miejsca. Bartek postanowił pójść w górę jednej z bocznych dolin, a ja zrobić wycieczkę na Pourangaki Trig. Szlak jak już wspomniałem rozpoczynał się dnem płytkiego strumienia, by po chwili ruszyć w górę stromym stokiem. W przeciwieństwie do naszych szlaków busz nie pozwala na prowadzenie szlaków zygzakami i przynajmniej ta trasa prowadziła linia prostą na wierzchołek pierwszej góry. Najpierw pomiędzy gęstymi krzewami, by wraz ze zdobywana wysokością wyparły je wysokie, porośnięte mchami i trawami, drzewa. Marsz na pierwszy wierzchołek trwał około godziny, a cały prawie dwie godziny i był to jedyny szlak, w którym nawet wytężając siły ledwo zmieściłem się w podanym czasie. Po około godzinie wyszedłem spomiędzy drzew na wyższe piętro, bardzo podobne do naszej tatrzańskiej kosodrzewiny. Od razu zaczęło mocno wiać a z nisko zawieszonych chmur lecieć śnieg ze zmrożonym deszczem. Pasmo karłowatych krzewów było bardzo krótkie i zaraz za nim rozpoczynały się rozległe pola podszczytowe, porośnięte zrudziałymi wysokimi trawami. Spowijały je gęste chmury i początkowo miałem problem ze znalezieniem dalszej trasy. Nie było tam żadnej ścieżki, tylko trzeba było wędrować od trasera do trasera, które ledwo wystawały ponad wysoką powyżej pasa trawy. Chwilami, gdy widoczność spadała do kilku metrów, musiałem się zatrzymywać i czekać, aż chmury podniosą się na, tyle że dostrzegę kolejny traser. Idąc lewą częścią hali trzeba było uważać, gdyż była ona podcięta wysokimi skarpami. Poza udało mi się odkryć roślinę o ostrych rozczapierzonych liściach, na końcach, których miniaturowe kolce przebijały się z łatwością przez dwie warstwy ubrania, co stało się uciążliwe podczas marszu. Poza tym pomiędzy trawami można spotkać głębokie na dwa metry doły, które stawały się widoczne dopiero, gdy stawałem na ich krawędzi. Nie stanowiły wielkiego zagrożenia pod warunkiem, że ktokolwiek wie gdzie jesteśmy, inaczej wpadając w któryś i łamiąc nogę, można nigdy nie zostać znalezionym na tak rozległym terenie. Dwadzieścia minut przed czasem doszedłem do wierzchołka, obszedłem go dookoła i widząc, iż wszystkie stoki opadają ucieszyłem się, że udało mi się go znaleźć w tak gęstej mgle. Gdy tylko chmury na chwile się podniosły, zobaczyłem piętrzący się około sto metrów dalej jeszcze wyższy wierzchołek. Podobnych „szczytów” zwiedziłem jeszcze dwa, na każdym czując coraz większe zniechęcenie. Nie mogłem ocenić jak wygląda hala i gdzie kończy się pas wzniesień, gdyż rzadko było widać dalej niż kilkanaście metrów. Po kolejnej półgodzinie brodzenia w wysokich po pas trawach, na dodatek we wszystkich kierunkach, udało mi się w końcu dojść na rzeczywisty szczyt oznaczony drewnianą tablicą. Z wierzchołka szlak prowadzi dalej, schodząc z powrotem w dolinę do chaty Pourangaki Hut. Ja jednak postanowiłem zawrócić, nie mając ochoty na błądzenie w chmurach jeszcze przez półtorej godziny, a po drugie nie byłem przygotowany na pozostanie w drugiej chacie. Poza tym nie zostawiłem żadnej wiadomości, że mogę nie wrócić na noc. Droga powrotna była już spokojną wycieczką. Nie musząc się nigdzie śpieszyć mogłem spokojnie fotografować, podziwiać widoki, gdy na chwilę wiatr rozdarł chmury i nad doliną zaświeciło słońce. Kolejny dzień chodziłem już tylko w okolicach chaty, trwając jak najdłużej w bezruchu i chcąc nasycić się jak najmocniej tym wyjątkowym miejscem. Potem już tylko ścieżka stromym zboczem, jazda, wulkany, rzeka o stromych brzegach, po której we Władcy Pierścieni pływali Hobbici, filmowy Mordor, góra przeznaczenia, wzgórza, Hobbiton i suchy dom w Auckland.
5. Wyjazd do Urewera National Park (bardzo mało reklamowane miejsce)
Pogoda nas nie rozpieszcza. Cały czas gęste chmury kłębią się ponad buszem, który tutaj wygląda już zupełnie inaczej i czym wyżej podchodzimy, tym staje się wyższy. Drzewa potężnieją, pomimo gęstych mchów oplatających ich pnie, zabierają prawie cale światło poszyciu. Dobrze, że pierwsza część drogi nie jest zbyt długa. Jeszcze dobrze się nie rozgrzałem, a już doszliśmy do przystani, w której o dziwo pierwszy raz od wielu nieśmiało pomiędzy chmurami przedzierają się ciepłe promienie. Czyżby zapowiadane od tygodnia rozpogodzenie miało w końcu nadejść? Po tych kilku dniach w Nowej Zelandii wiem, że pogoda zmienia się tutaj jak zależnie od miejsca i czasami siedząc w deszczowej dolinie przez kilka dni, widzimy jak u jej wylotu świeci słońce. Zabieramy z szopy wiosła, wahając się przez chwilę, czy nie zabrać dwóch par, po czym spychamy łódkę na wodę i ruszamy dalej. Cicho, nie ma wiatru. Spokojna powierzchnia jeziora mącona jest tylko ruchami naszych wioseł. Patrzę na brzegi porośnięte gęsto buszem zwieszającym się do samej powierzchni wody, dotykając je zielonymi liśćmi. Przejrzystość wody jest zdumiewająca i wraz z głębokością nabiera jedynie głębszych odcieni szmaragdowej zieleń. Nie potrafię ocenić jak głęboko widać jeszcze wyraźnie dno, zwalone pnie, kamienie. Dopływamy do pierwszej wyspy. Bartek mówi, że tylko na jedną z wysp da się wyjść z łodzi, a cała reszta jest tak zarośnięta, że nie można nawet postawić stopy na brzegu. Zmiana przy wiosłach i płyniemy dalej. Rozglądamy się za największą z wysp, lecz z tej perspektywy, każda jest największa dopóki się jej nie minie. Pół godziny później, za skałą wystającą z wody, dostrzegam drewniane schody prowadzące na wyspę Rahui. Dobijamy do barierki. Nie bardzo wiem, czym różnić ma się akurat ta wyspa od pozostałych, lecz skoro już tu jestem wspinam się szybko na górę. Tam, już nie po raz pierwszy w Nowej Zelandii, zatyka mnie widok. Po środku jeziora Waikarieti, na szczycie największej wyspy jest kolejne, małe jezioro. Stoję i patrzę wstrzymując oddech, nie chcąc nim zmącić panującej tutaj atmosfery. Jeziorko, całe miejsce otoczone wysokim, bardzo gęstym buszem jest nieruchome niczym lustro. Ani wody, ani powietrza nie mąci najlżejszy podmuch. Żaden liść, najmniejsze trawka nawet nie drgnie. Stoję i czuję się jakbym znalazł się w miejscu, w którym zatrzymał się także czas i patrzył w ciszy razem ze mną. Kilka chwil na wyspie, kilka kroków gęsty busz, który nie przepuszcza nas dalej i cicho wracamy do łódki. Widać już wyraźnie domek na brzegu jasnej zatoki Sandy Bay. Widzimy, że daleko, jeszcze przed pierwsza wyspą płynie za nami jeszcze jedna łódka. Czym bliżej domku, tym woda staje się jaśniejsza, dno na powrót staje się wyraźniejsze, aż podniósłszy się nieoczekiwanie podwodnym stokiem, nabiera jasno żółtego koloru piasku zalegającego, aż po zarośnięte brzegi. Dobijamy, nikogo nie ma. W domku, wokół niego, wszędzie panuje cisza. Siadam i patrzę ja zmienia się pogoda nad jeziorem. Przez cały czas mam wrażenie, że już gdzieś widziałem podobne miejsce. Chyba na tapecie w komputerze, która zawsze ustawiałem, gdy chciałem patrząc na widok, czuć spokój. Teraz sam jestem w podobnym miejscu i pomimo tego, że siedzę przez godzinę na ławce przed domkiem, wciąż nie potrafię go ogarnąć, wtulić się w bezruch. Nie wiem czy to przez wysiłek podczas wiosłowania, czy tez organizm nieprzyzwyczajony do życia w spokoju i bezruchu wciąż wewnątrz drży, niczym struna uderzony palcem cywilizacji, nie może się zatrzymać w ciszy. Przypływają myśliwi i ruszają nad lagunę. A my zjemy coś i z powrotem nad jezioro, najwyższy czas coś złowić.Nic. Chociaż wokoło nas skakały ryby, na powierzchni całego jeziora widać było ruch to nie złowiliśmy nic. To jakieś czary, albo coś robimy nie tak. Teraz to jednak nieważne. Kilka dni wcześniej nałowiłem się pstrągów potokowych na farmie u Jacka Stevensona i czuję się nasycony, zwłaszcza, że każdy pstrąg był moim rekordem życiowym. Nie żałuję, więc, iż nic nie złowiliśmy, tylko zżera mnie ciekawość, co robiliśmy nie tak. Szybko zapada zmrok. W końcu to zima i pomimo, że jest wcześnie to w otoczonym buszem miejscu szybko robi się ciemno. Siedzimy przed domkiem, każdy zanurzony w swoich myślach słuchamy jak na wodzie, jakby dopiero wieczorem budziły się do życia hałasują kaczki. Chciałbym powiedzieć, że kwaczą, lecz ich odgłosy bardziej przypominają odgłosy filmowych statków kosmicznych, niż jakiegokolwiek słyszanego przeze mnie ptaka. Przepływają blisko brzegu, lecz w mroku nie udaje się ich dostrzec. Nadbrzeżny busz też nie pozostaje cicho i chwilami czuję się jak na filmach o odległych krajach, w których noce zawsze wypełnione były egzotycznymi odgłosami. Gdzieś niedaleko, po prawej stronie, blisko szlaku i piaszczystego brzegu zatoczki rozlega się głos, którego wcześniej nie słyszałem. Ptak Kiwi, mówi Bartek. Bardzo chce go zobaczyć, lecz przemoczony i zmarznięty przekładam nocny spacer na następny dzień. Skoro gdzieś blisko ma tutaj norę, na pewno jutro znowu się odezwie. Słyszę hałas dobiegający z tamtej strony. Nie chce mi się wierzyć, że ptak może zachowywać się tak głośno. Jego odgłosy jednak milkną, a harmider nie ustaje. Chwilę później wszystko staje się jasne i na skraju buszu dostrzegam świecące ślepia dwóch possumów. Jeden z torbaczy, widać bardziej przyzwyczajony do ludzi podchodzi powoli w naszą stronę. Przez chwilę rzucamy mu kawałki chleba, stoi i przygląda się nam zaciekawiony, po czym znika pod schodami chatki, nie zainteresowany dalszą znajomością. Siedzimy jeszcze do późnej nocy przy migającym świetle świeczek, rozmawiając o tym, co było, co jest, o innych ludziach, których w życiu minęliśmy. Zupełnie nieoczekiwanie budzę się o świcie następnego dnia. Nie pamiętam, kiedy zasnąłem.
Jest późno. Stoję na początku szlaku przed znakiem Kaipo Lagoon i przeliczam w głowie czasy. Dwie godziny w jedną stronę, na miejscu będę o wpół do wpół do czwartej, jeśli natychmiast zacznę wracać to dotrę z powrotem równo ze zmrokiem. To tylko pierwsza część szlaku, kolejne sześć godzin zajmuje dojście do chaty. Na osiem godzin marszu jednak nie mam ochoty, zwłaszcza, że jestem sam, Bartek został na jeziorze i musiałbym tam zanocować, co wiąże się z większym plecakiem, dodatkowymi bagażami, a wędrówki z ciężkim worem, po intensywnym sezonie zimowym już mnie w tym roku nie pociągają. Jeszcze raz sprawdzam czy mam wszystko, co potrzeba, czołówkę, folię NRC w razie nieoczekiwanego noclegu i ruszam przed siebie. Obiecuję sobie, że cokolwiek by się nie działo, to równo za dwie godziny odwracam się na pięcie i wracam. Idę najszybciej jak się da i jak na to pozwala zarośnięty szlak. Coś, co o nas byłoby ścieżką, coraz częściej znika pod bagnistymi kałużami, rozłożystymi paprociami zarastającymi wąski trakt. Od czasu do czasu widzę odciśnięte w błoci wczorajsze ślady myśliwych, którzy dość szybko jednak zawrócili zanim ich zdążyłem zapytać, dlaczego odpłynęli. Dwadzieścia minut później widzę wyraźniejszą ścieżkę schodząca nad prześwitujące pomiędzy drzewami jeziorko. Schodzę szybko na dół. Przeskakując z jednej pływającej podmokłej kępy trawy na drugą docieram do brzegu. Zatrzymuję się na chwile oglądając schowane pomiędzy wysokim lasem jeziorko. Patrzę na zegarek, minęło zbyt mało czasu abym dotarł do celu. Chcę iść dalej, lecz nigdzie nie mogę znaleźć ścieżki. Błąkam się przez chwilę wzdłuż brzegu, lecz w końcu busz gęstnieje na, tyle, że nie da się już pójść do przodu. Postanawiam zawrócić do miejsca, z którego zacząłem schodzić nad jezioro. Tam widziałem na drzewie ostatnią blaszkę, którą oznaczony jest ten szlak. Okazuje się, że droga, którą poszedłem jest tylko zejściem nad jezioro i chyba nie jako pierwszy dałem się jej zwieść. Ślady myśliwych wskazują wyraźnie, że stąd wczoraj zawrócili. Myślę, że chyba przerosło ich miejsce. Szlak obchodzi w tym miejscu dookoła potężny pień drzewa i prowadzi pod górę pomiędzy krzakami zupełnie nieprzypominającymi jakikolwiek znany mi dotąd trakt. Czym wyżej tym i drzewa stają się coraz wyższe. Las zaczyna się zmieniać i gęsty niski busz dzieli się na dwa wyraźnie oddzielone piętra. Nad wszystkim górują potężne drzewa, porośnięte zielonymi mchami, a z ich gałęzi zwisają długie trawy. Ścieżka coraz częściej i na dłużej niknie mi z oczu. Paprocie sięgają mi do pasa i czuję się jakbym płynął przez zielone morze ich liści. Mogę tylko domyślać się, że pod nogami mam ścieżkę. O tym, że nie zgubiłem drogi świadczą z rzadka odnajdywane białe metalowe blaszki, które też już częściowo przykrywają mchy porastające pnie drzew, do których je przybito. Ekspansja roślinności nieustannie mnie tutaj zdumiewa. Brnę przez paprocie, które od czasu do czasu znikają a zastępuje je gęsty, niższy las, w którym jest tak ciemno, że muszę spoglądać na zegarek, aby upewnić się, ze to jeszcze nie noc i mieszczę się w zaplanowanym czasie wędrówki. Z niepokojem jednak myślę o powrocie, bo skoro już panuje tutaj taki mrok, to, co będzie przed zmierzchem? Przyśpieszam jeszcze bardziej. Przygotowanie do Maratonu Wrocławskiego przebiegniętego kilka tygodni wcześniej przydaje się idealnie. Przez cały czas uważam, bo chociaż na ogół dobrze orientuje się w terenie, w Nowo Zelandzkim buszu udało mi się już kilka razy zmylić drogę. Mijają już prawie dwie godziny, a nigdzie nie widać, żadnej laguny, tylko coraz ciemniejszy las. Gdy praktycznie pozostało do limitu około piętnastu minut, wychodzę spomiędzy drzew na niewielka polankę. Ułożone wokół paleniska kamienia świadczą, że wędrowcy zatrzymują się tutaj na biwaki. Znajduję miejsca z powycinanymi gałęziami po wiszących biwakach, znacznie wygodniejszych i przede wszystkim praktyczniejszych od klasycznych namiotów. Nic więcej nie widzę. Kieruję się w stronę wysokich traw i po chwili przedzierania dochodzę do brzegu większego jeziora. To chyba tutaj, myślę, lecz do końca nie jestem pewien, bo dlaczego tutaj jezioro miałoby być laguną.
Próbuję przebić wzrokiem dalszy szlak. Wiem, że prowadzi on do chaty daleko stąd, lecz postanawiam podejść niż jeszcze piętnaście minut, żeby sprawdzić czy dalej nie znajdę jeszcze innego miejsca, z tabliczką lub czymś podobnym, świadczącym, że dotarłem do celu. Paprocie na szlaku gęstnieją, zaczynają sięgać mi po pachy i teraz już nie płynę, ale zachowuję się jak rosyjski lodołamach prąc w przód z rękami do wystawionymi przed siebie. Nie widzę własnych nóg, co szybko kończy się zderzeniem ze zwalonym w poprzek traktu pniem. Natychmiast ucieka ze mnie entuzjazm i staję się na powrót czujny, zdając sobie sprawę, że gdybym tutaj złamał nogę niełatwo byłoby mnie odnaleźć. No i na pewno nie miałbym szans na pomoc od nikogo innego niż Bartek i to najwcześniej następnego dnia. Wychodzę na kolejne wzgórze wmawiając sobie, że tam jest wyżej i na pewno zobaczę coś więcej niż dotychczas. Niestety las jest wszędzie tak samo gęsty i nie sposób niczego dojrzeć dalej niż kilkadziesiąt metrów, a już zupełnie teren pozbawiony jest wyraźnych punktów odniesienia. Każde charakterystyczne miejsce wyłania się spomiędzy drzew dosłownie w ostatniej chwili. Czas minął.
Zawracam ze szczytu wzgórza. Szybko docieram z powrotem na polankę przy lagunie. Pstrykam fotkę, żeby później uwierzyć samemu sobie, ze tutaj byłem. Wyraźną ścieżką ruszam dalej. Dwieście metrów dalej wbijam się w busz nie do przebrnięcia. Co jest do cholery?- Kołacze mi się w głowie. Gdzie znowu pomyliłem szlak? Wracam na polanę rozglądam się i widzę, ze ścieżka, która poszedłem jest najwyraźniejsza i wydaje się oczywiste, że to nią mam pójść. Skoro jednak nie, skręcam w następną, która kończy się znacznie bliżej, bo około trzydzieści metrów dalej miejsce na wiszący biwak. Trochę mnie to denerwuje, wracam jeszcze raz na polanę. Rozglądam się i widzę już którędy droga, przecież z tamtego kierunku przyszedłem. Ruszam szybko, żeby nadrobić stracone minuty.
Kilkaset metrów dalej, ścieżka kończy się na stromym zboczu pomiędzy i omszonymi drzewami. Zaczynam się niepokoić nie na żarty. Wracam na polankę. Rozglądam się zdezorientowany, przecież spróbowałem pójść wszystkim ścieżkami. Blaszek wyznaczających szlak nie mam, co szukać, gdyż w tak łatwo orientacyjnych miejscach nikt ich nie przybija. Powtarzam sobie w głowie, że nie mogę spanikować, bo to najprostsza droga do zimnego biwaku pomiędzy paprociami. Przecież tutaj przyszedłem, więc i wyjść stąd jakoś się da. Zastanawiam się jeszcze czasem nie przeoczyłem szlaku już w trakcie którejś ze ścieżek, lecz wydaje mi się to mało prawdopodobne. Obchodzę polankę dookoła. Pomiędzy gęstymi trawami dostrzegam jeszcze jedną ścieżkę. Nie pamiętam żebym tędy przyszedł, ale bez zastanowienia idę nią i już po około stu metrach dostrzegam pierwszą jasną blaszkę. Odetchnąłem z ulgą. Spoglądam na zegarek i z trudem powstrzymuję się przed biegiem. Wiem jednak, że to mogłoby się niemiło skończyć, a na dalsze niespodzianki na pewno już nie będę miał czasu. Wokół robi się szaro i wiem, że gdzieś ponad lasem, za górami słońce zaczęło obniżać swoja wędrówkę. Idę najszybciej jak się da, nie patrząc już na egzotyczną roślinność. Czuję się zmęczony zwłaszcza tempem, a jeszcze przede mną, co najmniej półtorej godziny marszu. Wiem, że gdy dotrę do skrzyżowania szlaków w pobliżu jeziora już nie zabłądzę nawet w ciemnościach. A jeślibym nawet zupełnie stracił drogę, to moje wołanie z pewności stamtąd usłyszy Bartek. Pomimo szybkiego marszu robi mi się chłodno. Wędrowanie w deszczowym lesie wiąże się z nieustannym przemakaniem ubrań, które pomimo membran zupełnie nie działają w takim terenie. Goretexowe spodnie są już tak nasiąknięte wodą, że co chwilę muszę je poprawiać, żeby nie zsunęły mi się z tyłka. Dobrej jakości buty, które kupiłem rok temu po prostu zaczynają się rozklejać. Patrzę na zegarek. W Polsce świt, ludzie budzą się do pracy, szkoły a ja tutaj gdzieś wewnątrz deszczowego lasu pędzę, żeby zdążyć przed nocą.
Zastanawiam się, co powiedzieliby moi bliscy gdyby mnie mogli teraz zobaczyć w szklanej kuli. Zawsze pociąga mnie to w irracjonalne poczucie własnego bytu podczas wędrówek. Dwa dni wcześniej przed komputerem, teraz busz i las nad jeziorem i nikt na świcie, no może oprócz Bartka nie wie, że tutaj jestem. A przecież świat pędzi gdzieś tam dalej, bez względu czy jestem czy mnie nie ma. Dalsza część drogi mija bez większych przygód, i gdy docieram do skrzyżowania szare niebo ciemnieje jeszcze bardziej. Ostatnie dziesięć minut idę w zapadających ciemnościach, lecz słyszę wyraźnie gwar głosów dobiegających od strony chatki. Przed nią spotykam Bartka, który zanim się wejdę do środka zabiera mnie na tyły, aby pokazać ile pstrągów złowiła ekipa, która przypłynęła. Na widok kilkunastu wielkich pstrągów tęczowych robią mi się wielkie oczy.
Po dwudniowym pobycie na farmie, na której mogliśmy się zatrzymać dzięki gościnności Jacka Stevensona, pojechaliśmy drogą nr.2 w stronę Napier. Miasta oddalonego od Auckland około 350 kilometrów i położonego na wschodnim wybrzeżu Północnej Wyspy. Za nim wzdłuż wybrzeża na północny wschód skręcić w drogę nr.38., w stronę Urewera National Park. Szybko skończył się asfalt i po padających w ostatnich dniach obfitych deszczach trzeba było bardzo uważać, aby nie zsunąć się samochodem w busz po śliskiej, błotnistej nawierzchni. Krętymi serpentynami pośród wszechobecnych oparów unoszących się dookoła powoli jechaliśmy w do zaplanowanego miejsca postoju. Na terenach parku żyją sami Maorysi, a mieszkające w tej części parku plemię nazywa się Tuhoe, czyli „Dzieci Mgły”. Nietrudno było się domyślić, dlaczego, gdyż przez cała drogę spośród gęstych Pang, parowały szare w zapadającym zmierzchu mgły. Jest to jedno z plemion, które nie podpisały traktatu w Waitangi, do końca walcząc o swoją niezależność. Czynili to tak skutecznie, że w końcu zaniechano wyrębu lasu i w 1954 roku stworzono park narodowy. Przejeżdżając obok jednej z nielicznych chat w ogrodzie zobaczyłem stadko jeleni czerwonych, a pośród nich byka z najbardziej rozłożystymi rogami, jakie udało mi się dotychczas widzieć.
Zatrzymaliśmy się na chwilę nad jeziorem Waikaremoana, największym w tym parku narodowym, po czym pojechaliśmy kilka kilometrów dalej do miejscowości Aniwaniwa, gdzie znajduje się centrum turystyczne i ma początek większość szlaków po Urewera National Park. Jest to największy nieprzerwany kompleks leśny w całej Nowej Zelandii. Byłem trochę zaskoczony tym faktem, bo dotychczas myślałem, że tylko na Południowej Wyspie mogę znaleźć podobne dzikie miejsca. Nic bardziej mylnego. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie sam fakt, że Bartek chciał mnie tutaj zabrać, gdyż jest to miejsce bardzo popularne wśród mieszkańców Nowej Zelandii, zupełnie jednak pomijane we wszelkich folderach turystycznych. Prawdopodobnie, dlatego, ze dojazd nie jest tutaj łatwy i trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów szutrowej drogi w buszu. Pomimo tego, nie mogę zrozumieć, że w żadnym z dostępnych przewodników nie znalazłem opisu tego miejsca, w którym przecież zobaczyłem najpiękniejszy las na całej północnej wyspie, malownicze jeziora, nad którymi wciąż można spotkać nocami żyjące na wolności ptaki Kiwi. Tereny parku Narodowego Urewera to dziki busz, beach forrest gdzie oglądany dotychczas busz pełen pang, drzew kapuścianych, przechodzi w znacznie potężniejsze drzewa porośnięte grubą warstwą mchów, z których zwisają przeróżne pnącza i trawy, nazywane „widow maker”, bo gdy któraś z nich spadnie człowiekowi na głowę to kaplica.
Do Aniwaniwa dotarliśmy w kompletnych ciemnościach, nie pozostało nam, więc nic innego jak zatrzymać się na parkingu za Centrum Turystycznym. Zjedliśmy jeszcze złowionego rano pstrąga, i do spania, abyśmy mogli jak najwcześniej rano wyruszyć w drogę. Mając już wcześniej zaplanowaną chcieliśmy jak najwcześniej wyjść. Pani w centrum udzieliła nam wszelkich informacji na temat interesującego nas miejsca, wyposażyła w kamizelki ratunkowe i życzyła powodzenia. Noc w chacie nad jeziorem Waikareiti kosztuje 20 $NZ od osoby, wynajęcie łódki 40$NZ i dodatkowo jeszcze 40 $NZ kaucji za klucz od kłódki na przystani. Było to zdecydowanie najdroższe miejsce, w którym byłem podczas swoich wędrówek po Nowej Zelandii, jeżeli chodzi oczywiście o „tanią” wersję podróżowania, którą mnie interesowała. Można zrezygnować z łódki, lecz wtoczy czeka nas trzygodzinny spacer wokół jeziora Waikareiti no i pozbawiamy się przyjemności pływania po tym pięknym miejscu. Oprócz plaży przy chacie nie ma praktycznie możliwości zejścia nad wodę, tak gęsty busz porasta brzegi jeziora. Ceny świadczą przede wszystkim o popularności tego miejsca i znowu zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak mało popularnego wśród przyjezdnych turystów. Zanim wyruszyliśmy na szlak zszedłem jeszcze dziesięć minut z drogi żeby obejrzeć dwa piękne wodospady, po czym ruszyliśmy pod górę nad jezioro Waikareiti. Droga do przystani zajęła na około godziny wliczając w to moje częste postoje na fotografowanie otaczającej nas przyrody, co wyjątkowo cierpliwie znosił Bartek. Na przystani wybraliśmy jedną z łódek, z szopy stojące nad wodą zabraliśmy jedną parę wioseł, chociaż jak się później okazało, warto zabrać dwie. Płynąc przez jezioro dookoła roztaczały się przepiękne widoki na porośnięte buszem brzegi a także na kilka wysp. Jedynie na jedną z nich dało się wejść i chociaż miałem ochotę zobaczyć także inne to szybko przekonałem się, że zejście na ląd nie jest możliwe, z powodu wyjątkowo gęstego buszu oraz stromych brzegów wysepek. Na największej z nich Rahui Island jednak warto się zatrzymać. Płynąc do chaty nad Sandy Bay wyspa znajduje się po prawej stronie, a drewniane schody za wystającą z wody jasną skałą. Na szczycie owej wyspy jest miniaturowe jeziorko a całe miejsce wygląda jakby zatrzymało się w czasie wiele tysięcy lata temu. Przy jeziorku udało nam się znaleźć Nowozelandzkiego pasikonika Weta i był to chyba „najgroźniejszy” insekt, głównie ze względu na swoje rozmiary.
Nowa Zelandia jest pozbawiona wszelkich groźnych insektów, gadów, pająków i drapieżników, z czego niewielu ludzi w naszym kraju zdaje sobie sprawę, porównując ją do pełnej niebezpiecznych stworzeń Australii. Tutaj można spokojnie spać na łące, w buszu bez obaw, a jedynym, co nam może w tym przeszkodzić jest wilgoć. Schodząc z wysepki popłynęliśmy prostu do zatoki Sandy Bay. Przepłynięcie jeziora zajęło nam około półtorej godziny. Chata nad jeziorem Waikareiti jest komfortowo wyposażona, i pomimo tego, że jest w miejscu znacznie oddalonym od ludzkich siedzib. Nie będę wspominał o tak oczywistej rzeczy jak czystość, na każdym łóżku były nowe materace, dwie kuchnie no i nowość po pobycie w innych chatach, piecyk gazowy, przy którym można suszyć notorycznie przemoczone ubrania. Przypływając tutaj pomyślałem, że właściwie w ciągu trzech tygodni wędrówek nie udało mi się jeszcze porządnie wysuszyć. Bez względu na to czy pada deszcz, śnieg, wilgoć w powietrzu jest tak duża, że nie działają żadne ubrania z membranami, a po ich zdjęciu natychmiast przemakamy przedzierając się przez gęstą roślinność. Obserwując gości jeżdżących od lat do chaty, którzy dołączyli do nas następnego wieczoru, dodam, że gazu nie trzeba oszczędzać. Pierwszy dzień spędziliśmy na pływaniu po jeziorze i próbach łowienia pstrągów tęczowych, którymi to jezioro jest zarybiane. Brak doświadczenia i niechęć do trolingu (dziś zupełnie dla mnie niezrozumiała) nie pozwoliły na zobaczyć nawet ogona ryby. No może, jeśli nie liczyć leżącej przy brzegu ponad półmetrowej samicy tęczaka, której coś większego wyszarpało dziurę w brzuchu. Dopiero goście następnego dnia szybko przeszkolili nas w zwyczajach lokalnych ryb, poradzili gdzie płynąć (na to akurat sami wpadliśmy) i nawet podzielili się niezawodnymi blachami, gdyż podobnych nie mieliśmy w swojej kolekcji. Nie będę wgłębiał się tu w mało interesujące szczegóły, lecz od razu powiem, że kilkadziesiąt metrów od brzegu coś walnęło mi w kij z taką siłą, że wyrwało mi korbkę kołowrotka i nad wodę wyskoczył piękny tęczak. Od tamtej chwili polubiłem troling.
Wracając do wędrówek po parku ja wybrałem szlak do Kaipo Lagoon. Jego przejście zajmuje dwie godziny, lecz można go przedłużyć do Manuohoa Hut o kolejne sześć godzin. Mając kilka dni czasu, można przejść przez las i dotrzeć z powrotem do centrum turystycznego w Aniwaniwa, bez konieczności powrotu nad jezioro Waikareiti. Szlak rozpoczyna się dziesięć minut od chaty i rozwidla od szlaku obchodzącego jezioro do przystani. Wędrówkę szlakiem do laguny opisałem powyżej i dodam tylko, że jest to wycieczka w Nowej Zelandii, przez najbardziej egzotyczny las, jaki udało mi się zobaczyć. Jeżeli chodzi o ubranie, podpatrzyłem u miejscowych, że najczęściej chodzą w długich obcisłych getrach, i krótkich spodenkach założonych na nie. Jest to najwygodniejsze ze względu na to, że ubranie przemaka i suszy się w trakcie marszu, a do nieustannej wilgoci należy się po prostu przyzwyczaić. Oczywiście obuwie najlepsze z membraną, która jednak w tej temperaturze nie zawsze działa zwłaszcza, gdy idziemy dłuższy czas w wysokich gęstych trawach, lub paprociach. Często też zdarza się, iż szlak wiedzie dnem rzeki, więc woda przelewa się nam górą. W takich przypadkach szczególnie przydają się krótkie ochraniacze z neoprenu, a także ciekawym patentem okazały się skarpety z membraną goretexową lub podobną. Kosztują około 25 $NZ, lecz na długich wędrówkach spisują się świetnie. Zakładamy je pomiędzy zwykłe skarpety z buta i maszerując z suchymi stopami, jednocześnie skutecznie suszymy buty. Wadą ich jest jednak to, że nie są zbyt trwałe. Bartek zużywa rocznie około trzech par. Wracając do wędrówki nad lagunę. Szlakiem najlepiej poruszać się kontrolując czas. Ja wędrowałem dość szybkim tempem, więc wiedziałem, że coś urwę z napisanego na drewnianej tablicy czasu przejścia. W Nowej Zelandii czasy przejść poszczególnych szlaków podawane są w odniesieniu do spokojnego równego tempa marszu. Nie spotkałem się tutaj z czymś podobnym jak w europejskich Alpach, gdzie czasy są bardzo wyśrubowane i przeciętnemu piechurowi trudno się w nich zmieścić.

Czasami uwzględniając złe warunki atmosferyczne podane są dwa czasy przejścia szlaku. Po drodze minąłem w lesie jedno bardzo ładnie położone jeziorko, kolejne mniejsze, a sama laguna okazała się największym z nich. Ślady ludzi były tylko do pierwszego, a potem ścieżka znika pod wysokimi paprociami, lub wiła się półmroku pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami. Najczęściej busz sam weryfikował kierunek marszu, lecz kilkakrotnie udało mi się pomylić ścieżkę. W razie zgubienia, lub jakiegokolwiek wypadku jesteśmy skazani tylko na siebie. Po powrocie do chaty i kolejnej nocy, podczas której nie usłyszałem już ptaka Kiwi, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Przez cały czas pobytu w Sandy Bay zastanawiałem się, dlaczego pani z centrum turystycznego powiedziała, że w razie, czego możemy zostawić łódkę na plaży przy chacie i wrócić piechotą szlakiem wokół jeziora. To „w razie czego” okazało się silnym wiatrem, które potrafi wiać bardzo silnie nad jeziorem co wydłużyło czas przepłynięcia prawie dwukrotnie. Natychmiast zrobiły się fale i z jedną parą wioseł mieliśmy wrażenie, że stoimy w miejscu, nie licząc chwil, w których fale robiły z nami, co chciały obracając łódkę dookoła. Do przystani dotarliśmy jednak bez większych przygód, nie licząc tego, że przy cumowaniu udało mi się wykąpać w dopiero co wysuszonym ubraniu.
Szybko zeszliśmy do Aniwaniwa skąd pięćdziesięciokilometrową szutrówką wijącą się niczym wąż pośród buszu pojechaliśmy w stronę miasteczka Murupara. Po drodze zatrzymałem się kilkakrotnie w miejscach widokowych, (w które zawsze warto skręcić) przy jeziorze Waikaremoana. Wokół całego jeziora znajduje się jeszcze kilka bardzo atrakcyjnych szlaków, a samo w sobie może być świetną metą dla wędkarzy, chcących połowić rekordowe pstrągi w niecodziennym miejscu. Różnicą jest to, iż ze względu na rozległość jeziora można tutaj także pływać motorówkami, co jest zabronione na wyższym jeziorze. Pomiędzy jeziorem a naszym miastem docelowym znajdują się tereny zamieszkane wyłącznie przez Maorysów. W głębi buszu żyją oni najczęściej w rozsypujących się chatach z blachy, a jedynym atrakcyjnym budynkiem jest Dom Spotkań - Marae. Przejeżdżając obok położonej najwyżej wioski minęliśmy jeden z takich domów, lecz niestety nie zatrzymawszy się przy nim od razu, poniżej już nie było na to miejsca. Przed chatą siedziało dwóch Maori, różniących się od swoich przodków, co najwyżej ubraniem, bo na pewno nie bujnymi brodami i szopą włosów, spod których świeciły tylko oczy. Pomachali nam przyjaźnie, a ja do dziś żałuję, że zawróciliśmy wmawiając, że poniżej na pewno spotkamy podobne domy. Owszem były, lecz już nie tak egzotyczne i bez autochtonów. Jazda drogą przez busz wymagała dużej czujności, nie tylko ze względu na przepaście po jej jednej stronie. Od czasu do czasu z przeciwka wypadał rozpędzony samochód i trzeba było ostro hamować, aby jakoś zmieścić się na wąskiej drodze. Raz zza zakrętu wyskoczyła ciężarówka wioząca wyładowana szutrem do naprawy zmytej deszczem nawierzchni, i gdybyśmy jechali trochę szybciej nie byłoby szans usunąć jej się z drogi, bo jak wiadomo większy ma bezwzględne pierwszeństwo. Poza tym wypadając z ciasnych zakrętów można nadziać się na stada koni, lub krów wałęsających się ospale po buszu, lub leżących ze stoickim spokojem pośrodku drogi. Zwierzęta należą do Maorysów, a że są na ich terenie mogą chodzić gdzie im się podoba. Nigdy też nie uciekają na widok samochodu i nie należy przyśpieszać z nadzieją, że zejdą z drogi.
Po pięćdziesięciu kilometrach wjechaliśmy w końcu na drogę asfaltową i z żalem musiałem się rozstać z Urewera National Park, wiedząc, że w tak pięknym lesie już podczas tego wyjazdu nie będę. Pojechaliśmy w stronę miasta Rotorua, nieoficjalnie uważanego za stolicę Maorysów. Miasto to jednak opisze w późniejszym rozdziale, gdyż jego zwiedzanie rozciągnęło mi się z powodu pogody na dwa wyjazdy. Wracając do Auckland zobaczyłem jeszcze stojącego u wylotu buszu, odzianego w skóry Maoryskiego myśliwego otoczonego sforą. I to był drugi obraz i ostatni, którego do dziś żałuję, iż nie sfotografowałem. Jego pozę, dumę w oczach i pewną wyniosłość, gdy odmachiwał w odpowiedzi na nasze pozdrowienie, będę już pamiętał zawsze. Przypomniał mi wspaniałe książki Alfreda Szklarskiego, które czytałem w dzieciństwie i opisywanych tam indiańskich myśliwych i wojowników. Dokładnie tak wyglądał ów mężczyzna i nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek spotkam podobnego. Pomimo cywilizowanych ubrań i asfaltowej drogi, przy której stał, był dziki jak busz piętrzący się za jego plecami. Jakby wyszedł na chwilę przyjrzeć się światu, bez ciekawości, jedynie by spojrzeć z politowaniem, na świat, którego częścią on nigdy się nie stanie.
6. Northland
Zbieramy się szybko, bez czasu na słowa, które miałem jeszcze wysłać mejlem do kraju. Pierwszy raz nie na południe, lecz na północ, która nieodmiennie kojarzy mi się z zimniejszymi krainami. Tutaj jest jednak na odwrót, czym dalej na północ tym bliżej tropików, tym cieplej, łagodniejszy klimat, przynajmniej w zimie, która tutaj teraz panuje. Jedziemy. Harbour Bridge, a potem jakże odmienne krajobrazy od oglądanych na południu Nowej Zelandii. Prawie natychmiast po przejechaniu mostu wszystko wygląda inaczej. Inne drzewa, zatoki, cały krajobraz przynajmniej w moim mniemaniu nabiera jakiejś harmonii, spokoju i pomimo zbliżania się do tropikalnej części, wydaje mi się bardziej zbliżony do tego, którego przyzwyczaiłem się w Europie. Coś pomiędzy równinami Austrii przechodzącymi w Tyrol. Łagodne wzgórza, lasy, bliżej Pacyfiku klify, na którego powierzchni w oddali widać wyspy. Kawa, kilka słów na stacji z nieznajomym, niewielkie miasteczka i skręcamy jeszcze bliżej w stronę niedalekiego wybrzeża Pacyfiku. Oglądałem wcześniej zdjęciach Northland i Bay of Island, piękną krainę pełną zalesionych wysp. Jednak moje miejsce docelowe jest w Whangarei District, pięć kilometrów za małą, spokojną mieściną Matapouri, na klifie nad zatoką Woolle’s Bay. Klucz dostałem od Barrego, abym mógł po miesiącu nieprzerwanych wędrówek po Północnej Wyspie, zatrzymać się na kilka dni i odpocząć. Sam, z dala od miast, ludzi, przez cały tydzień. Przyznaje, że trochę już tęskniłem za odpoczynkiem, zebraniem myśli, chwilą refleksji, w której mógłbym objąć to, co już widziałem, zastanowić się jak wykorzystać czas, który mi pozostał.Jedna zatoka, rzeka, miasteczko Matapouri, za którym zaczynamy wspinać się na szczyt kolejnego klifu. Parę ostrych zakrętów i zjeżdżamy do następnej zatoki. Kilka domów po lewej stronie drogi, jedna farma, za którą piętrzą się wysokie zielone wzgórza. Po prawej pusta plaża, na krańcu, której wystają z wody skały. Prosto przed nami ciemne wzgórze klifu, na którym będę mieszkał. Wjeżdżamy na nie z drugiej strony. Na końcu szutrowej drogi widzę drewniany domek z jednej strony przyklejony do skarpy, a z drugiej podparty na palach. Wchodzę do środka, odsuwam drzwi na taras, za którym rozpościera się widok na całą zatokę, przeciwległy oddalony o kilka kilometrów skalisty brzeg i drogę, którą z rzadka przejeżdża jakiś samochód, a jeżeli już to najczęściej z deską na dachu. Następna zatoka za klifem to Sandy Bay, mekka surfingowców. Sprawdzam telefon, nie ma zasięgu. To dobrze, teraz będę naprawdę tutaj sam odcięty od wszystkich i wszystkiego. Cieszę się jak dziecko w chwilach, gdy spełnia swoje marzenie. Mówimy sobie cześć i już bordowa Toyota powoli znika na wzgórzem. Chodzę po całym domku. Patrzę na drzewo Pohutukawa, które rośnie pod tarasem, a gałęzie na drugim końcu rozłożystej korony stukają o okno sypialni.
Siadam na kanapie przed szerokim na całą ścianę oknem i wyjściem na taras. Patrzę na fale i pozostaje w takim bezruchu do wieczora. Nawet nie wiem, o czym myśleć, od tak dawna nie miałem tyle czasu dla siebie, z dala od problemów codzienności. Nie ma tutaj nic do zrobienia oprócz przygotowywania posiłków i pamiętania, aby oszczędzać wodę, gdyż cała pochodzi ze zbiornika na deszczówkę. Nie ma, z kim porozmawiać. Nie ma, czym się przejmować. Patrzę na fale jak ciemnieją z każdą minutą wraz z uciekającym dniem. Jak powoli ponad wzgórza wspina się po różowo granatowym niebie księżyc. Trwam w bezruchu do chwili, gdy zapadają całkowite ciemności i muszę wstać, aby przymknąć drzwi. Pozostawiam szparę, dopóki nie zasnę chcę słyszeć jak szumią fale. Owijam się kocem, zapalam świeczkę, nalewam sobie wina, i gdy zaczyna szumieć w głowie, próbuję nieśmiało rozmawiać z oceanem spokoju za oknem. Nie wiem czy mnie słyszy, ale chyba tak, bo szepcze bez przerwy spokojne opowieści.
Ranek, słońce, konary stukają w szybę i budzą. Przechodząc na kanapę odsuwam drzwi i czuję jak poranny chłód i wilgoć wdzierają się do domu. Podnoszę aparat ze stołu i patrzę przez jego obiektyw jak zmienia się dzień. Jedno miejsce, bezruch, a tyle różnych fotografii. Idę na plażę, pusto. Oglądam muszle, szkielety rozgwiazd, pianki koralowców. Przyglądam się mewom urządzającym sobie ucztę w trakcie odpływu. Kąpię się chwilę w oceanie, suszę na piasku, patrzę na wzgórze, na którym mieszkam, pokryte gęsto drzewami Pohutukawa, i domkami. Tylko w trzech zauważyłem inne osoby, które podobnie jak ja przyjechały tutaj odpocząć od cywilizacji i jedynymi chwilami, w których je spotykałem były wyjścia na plażę, słowa pozdrowienia, po których każdy odchodził w swoją stronę. Na dziś wystarczy, wracam do domu i znowu kanapa przy tarasie. Po raz pierwszy od dawna zaczynam coś pisać. Pisze do późnej nocy. O teraz, tym, co będzie, a także miejscach i ludziach, którzy żyją gdzieś daleko, w nierzeczywistym świecie, po drugiej stronie planety. Kończy się wino przywiezione ze sobą, dogasa świeczka, zaczął się przypływ i ocean spokoju bije teraz z hukiem o przybrzeżne skały, aż drży powietrze. Zasypiam.
Wycieczka na klify do Matapouri, kończy się w sklepie gdzie, Indyjczyk wita się ze mną, kupuję u niego wino i ruszam w powrotną drogę. Każda z tych kilku osób, które mijam, pozdrawia, zamienia kilka słów, jakby mnie znali, jakbym tu mieszkał od dawna, a potem ruszają w swoja stronę. Przechodzę przez park w miasteczku. Mijam ogrodnika i dziwię się tylko, że na tym końcu świata komuś chcę się dbać o tak piękny i rozległy, aż po klify park. Na klifach pusto, ścieżka wije się ich szczytami. Z góry widzę całe miasteczko i kilka pomniejszych zatok niewidocznych z drogi. Schodzę na dół. Ławeczka, znów fantazyjnie powyginane drzewa i pusto. Ruszam w lewo mając nadzieję, że przy trwającym odpływie uda mi się przejść na moją plażę po skałach bez konieczności powrotu na drogę. Mijam jedną miniaturową zatoczkę ogrodzona od kolejnej skalną ostrogą. Przechodzę pod drzewem, na którym kormorany założyły swoja kolonię i teraz przyglądają mi się z niepokojem. Gdy jestem zaledwie sto metrów od mojej plaży, drogę zagradzają mi trzy skały, których przejść się nie da. Musiałbym wskoczyć do wąskiego kanału i przepłynąć kilka metrów za skałę, lecz nie chcę ryzykować zwłaszcza z butelka wina w ręce. Nawet się cieszę, bo mogę znowu się przespacerować prawie dwa kilometry do początku klifu, patrząc jak zachodzące słońce złoci się na piaszczystych plażach, czerwieni na spokojnych wodach zatoki i przesuwa cienie po wysokich brzegach porośniętych bajkowymi drzewami. Muszę tylko uważać, aby zdążyć dojść do plaży, z której ścieżka wychodzi na klif przed przypływem, gdyż w innym przypadku czeka mnie sześciogodzinne posiedzenie uczepionym trawek na którymś z wyższych brzegów. Do domu docieram wraz z ostatnimi promieniami słońca.
Kolejne dni, wszystkie takie same. Przebudzenie i spokój. Oglądanie jak we wschodzącym słońcu kąpią się kilkadziesiąt metrów przy brzegu skalne „potwory”. Wszystkie trzy nieodmiennie, każdego ranka witają mnie rozbijającymi się o nie falami. Z drugiej strony zielone wzgórza farmy, po których, zanim schowa się za nimi spłoszony dniem księżyc, biegają konie. Pędzą na zielone szczyty i nie zatrzymawszy się znikają za nimi, a wracają dopiero, gdy zaczyna zmierzchać. Każdego poranka takie same kolorowe wschody. Każdego dnia ten sam ocean, zmieniający tylko kolory w zależności od pory dnia. Jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że nie przetrwałbym w bezruchu tylu dni, lecz teraz, gdy nie mam wyboru, wszystko we mnie wycisza się i uspokaja. Czas płynie powoli, jakby w nagrodę za podróż pozwalał mi się nasycić otaczającym mnie światem. Wręcz niewiarygodne wydaje mi się jak ten na pozór „taki sam” każdego dnia świat, potrafi być różnorodny. Jeszcze tutaj jestem, jeszcze wiele chwil zanim stąd wyjadę, a już tęsknię do domku ponad plażą, pośród szumiących drzew Pohutukawa. Doskonale zdaję sobie sprawę, że są to jedne z tych chwil w życiu, które wyrywają się w sercu niczym płaskorzeźby i do których wraca się w wielu wspomnieniach, gdy świat wydaje się nieprzyjazny i zły. Miejsce namalowane we mnie obrazem, podobnym tym, które choć namalowano przed wiekami, trwają pośród nas, nieustannie wzbudzając zachwyt. Gdy potrzebuję wracają do mojej pamięci i przypominają jak wygląda naprawdę świat, tylko ja muszę zatrzymać się na kilka chwil, aby móc go dojrzeć.
Northland, było pierwszym miejscem Nowej Zelandii, w które dotarli pierwsi Maorysi. Biali kolonizatorzy przybyli tutaj dopiero wraz z wyprawą Jamesa Cooka, w roku 1769r.. Po początkowych konfliktach pomiędzy białymi a Maorysami, w mieście Waitangi, w 1840 r. podpisano obowiązujący do dziś traktat pomiędzy białymi kolonizatorami, a wodzami Maoryskimi. Dokument zagwarantował ludom Maoryskim wyłączne prawo do ziemi, łowisk rybnych, lasów w zamian za przekazanie suwerennej władzy nad terytoriami plemiennymi brytyjskiej królowej Wiktorii. Kraina zupełnie odmienna od centralnej i południowej części Północnej Wyspy. Bardziej tropikalna roślinność, znacznie wyższe temperatury, których jednak nie odczułem z powodu zimy. Tutejsza zima mogłaby konkurować z polskim latem. Był to miły przerywnik w moich podróżach w centralnej części, gdzie niejednokrotnie przemoczył mnie deszcz. Przez cały mój pobyt tutaj deszcz padał tylko jednej nocy, a w dzień ciemne chmury napływające z zachodu zatrzymywały się przed wybrzeżem Pacyfiku. W pierwszym tygodniu mieszkałem pojechałem do największego miasta w tej części Notrhlandu,Whangarei, oddalonego od Auckland 160 km. Za nim jeszcze trzydzieści kilometrów w stronę wybrzeża, i zatrzymałem się nad zatoką Woolle’s Bay, za mieściną Matapouri. Spędziłem tam tydzień, który opisałem powyżej, po czym pojechaliśmy dalej wzdłuż wybrzeża w stronę Bay of Island by po drodze do Cape Regina odwiedzić miasteczko Kawakawa. Droga wzdłuż wybrzeża jest ciekawym wariantem dla podróżujących na północny kraniec wyspy, przede wszystkim ze względu na przepiękne widoki na Ocean Spokojny, klifowe wybrzeże, a w ramach wolnego czasu można podjechać do Bay of Island, krainę wysp. Cały region obfituje w wiele atrakcji przygotowanych dla turystów, począwszy od rejsów jachtami, statkami, kajakami, w okresie letnim wypraw wędkarskich na marliny, doskonałych warunków do uprawiania surfingu, także nurkowania, a dalej na północy nawet zjazdów na desce tyle, że nie po śniegu, lecz piaszczystych wydmach. Osobiście nie byłem zainteresowany tego typu rozrywkami, być może, gdy tutaj wrócę i będę miał więcej czasu spróbuję. Aby do nich trafić wystarczy wejść do jakiegokolwiek sklepu w każdej wiosce, gdzie na pewno znajdziemy foldery opisujące miejscowe atrakcje. Nowa Zelandia jest pod tym względem wzorowo zaopatrzona we wszelkie gratisowe mapy, foldery, przewodniki dla turystów. Jest to kraj gdzie każdy turysta jest mile widziany i nawet w najbardziej dzikich miejscach znajdziemy kogoś, kto nam pomoże, doradzi w znalezieniu lub wyborze atrakcyjne oferty. Zatrzymując się w hotelu dla backpakerów dostałem do razu plan miasteczka. Pan w recepcji szybko i bez pytania, wyjaśnił mi gdzie są najbliższe puby, gdzie zaczynają się szlaki, i którędy wracać, aby zobaczyć jak najwięcej atrakcji. Od siebie dodam, że szczególnie dobrym miejscem dla fanów surfingu jest zatoka Sandy Bay, oddalona około pięciu kilometrów za Matapouri, drogą wzdłuż wybrzeża. Za każdym razem, gdy tamtędy przechodziłem, na pięknie łamiących falach kołysało się przynajmniej kilkanaście osób. Wracając jednak do podróży po Norlthlandzie, dojechaliśmy do miasteczka Kawakawa.
Jednym z powodów było odnalezienie drzewa, które 80 lat temu posadził ojciec Barrego, gdy się urodził. Pstryknąłem kilka zdjęć na pamiątkę, aby Barry mógł sobie je powiesić przy lustrze, obok innych fotografii drzewa wykonanych przez przyjaciół we wcześniejszych latach. Ponad osiemdziesięcioletnie drzewo kauri nie prezentowało się zbyt okazale, lecz te drzewa stanowiące kiedyś wielkie bogactwo naturalne wyspy, są bardzo długowieczne. Najstarsze rosnące Kauri jaki mnie udało się zobaczyć miało 1200 lat. Nie było ono jednak największe i najstarsze w Nowej Zelandii, a właśnie w Northlandzie można zwiedzić Waipoua Kauri Forest, gdzie rosną najpotężniejsze drzewa tego gatunku. Ja zadowoliłem się odwiedzeniem Ancien Kauri Kingom, muzeum tego drzewa, gdzie można zobaczyć przepięknie wykonane meble z drewna Kauri wydobywanego dla tych potrzeb koparkami z dna bagien. Pomimo tysięcy lat przeleżanych pod ziemią wydobywane pnie są doskonałym stanie i gdyby ktoś nie wiedział mógłby pomyśleć, że drzewo zostało ścięte niedawno. Na drugie piętro muzeum wychodzi się schodami wydrążonymi wewnątrz potężnego pnia kauri. W Kawakawa jedną z atrakcji turystycznych są publiczne toalety. W pierwszej chwili myślałem, że chcą mnie nabrać, lecz, gdy już do nich trafiłem, nie mogłem powstrzymać się i nie wyciągnąć aparatu, aby pstryknąć kilka fotek. Szczególnie podobały mi się luksfery wykonane z różnokolorowych butelek. Okna u tego artysty na świat były symbolem wolności, i chyba nie da się znaleźć dwóch takich samych w projektowanych przez niego budowlach. Owe toalety stanowiące chyba jedyne tego rodzaju dzieło sztuki na świecie, wybudował postmodernistyczny austriacki artysta, Hundertwasser, który przeprowadził z Europy się do Kawakawa, gdzie zmarł w 2000 roku. Po wyjściu na główną ulice miasteczka nie sposób nie dostrzec, że nie tylko toalety zostały ozdobione przez kontrowersyjnego twórcę. Od razu rzuca się w oczy niewielkie sklepik po drugiej stronie ulicy z okazałym ogrodem na dachu. Po opuszczeniu Kawakawa skierowaliśmy się już w kierunku Cape Reinga. Można tam dojechać w dwojaki sposób. Pierwszą opcją jest droga numer 1 (State Highway ONE) w Nowej Zelandii, ciągnąca się od Cape Reinga, aż do krańca południowej wyspy i kończy się w mieście Bluff.
Ciekawostką jest fakt, że z południowego końca drogi jest bliżej do Europy tyle, że przez Antarktydę. Najpierw szeroka asfaltowa droga, zwęża się stopniowo wraz z pasem ziemi by ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przejechać szutrowym traktem pomiędzy coraz niższym buszem. Drugą możliwością jest Ninety Mile Beach Track, droga plażą rozpoczynająca się w Ahipara, a kończąca się w przed samą Cape Regina. Jest to niewątpliwie duża atrakcja turystyczna, lecz aby pokonać tą niecodzienną drogę trzeba posiadać dobry samochód z napędem na cztery koła. Jeśli takowego nie posiadamy, możemy przesiąść się do specjalnych autobusów, które jeżdżą po tej trasie. Należy także pamiętać, aby na plażę wjechać, gdy jest odpływ, najlepiej jakiś czas po jego rozpoczęciu, aby mieć dostatecznie dużą ilość czasu na pokonanie owych dziewięćdziesięciu mil. Podczas odpływu plaża ma szerokość od kilkudziesięciu metrów do ponad stu metrów, a gdy jest przypływ woda dochodzi pod same wydmy i nie ma, dokąd uciec. Na północnym krańcu Nowej Zelandii jest wiele szlaków przeznaczonych dla pieszych turystów tak, że z całą pewnością każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Baza dla Backpackerów znajduje się przy głównej drodze mniej więcej w miejscu gdzie asfalt przechodzi w nawierzchnię szutrową, w okolicach wiosek Te Paki i Waitiki Landing. Jest dobrze oznakowana i nie sposób jej przeoczyć podróżując w stronę Cape Reingi. Półwysep zwęża się, aż w końcu docieramy do magicznego miejsca, do którego planowałem przyjechać jeszcze zanim dotarłem do Nowej Zelandii. Na samym końcu półwyspu znajduje się przylądek Cape Reinga, na którego końcu stoi niewielka latarnia morska. Patrząc na odległości na drogowskazie stojącym przy latarni, a zwłaszcza tą do Londynu, od którego w linii prostej dzieli nas 19 271 km, dopiero poczułem, jak daleko jestem od domu. Często miejsce to spowija gęsta mgła unosząca się z nad wody, lecz ja najwidoczniej miałem szczęście i widok, który się stamtąd rozpościera zapiera dech w piersiach. Za latarnią morską kilfy ostro opadają do powierzchni wody. Z zachodu napływa ciągle wzburzone Morze Tasmana, a ze wschodu majestatyczny Ocean Spokojny. Dlaczego napływają? Bo Cape Reinga jest miejscem, za którym się ze sobą spotykają. Nigdy dotąd nie słyszałem, ani nie widziałem takiego zjawiska. Wyraźnie widać jak długie fale Pacyfiku płynące z jednaj strony zderzają się z krótkimi, lecz wysokimi, spienionymi falami Morza Tasmana, tworząc kipiel, potężne wiry i miejsce, przypominające raczej wirująca wodę niż jednolitą powierzchnie oceanu. Zatrzymałem się tam na dłuższą chwilę, a później na wzgórzu ponad Cape Regina nie mogąc napatrzyć się na to niecodzienne zjawisko.
Patrząc w lewo widać wyraźnie najbardziej na zachód wysunięty skrawek lądu Nowej Zelandii, Cape Maria Van Dieman. Kilka kilometrów na wschód widać Surville Cliffs, za którym skrywa się North Cape, najbardziej wysunięty na północ ląd Nowej Zelandii. Stojąc pod latarnią na Cape Regina, po prawej stronie poniżej nas widać ostro wżynający się w ocean klif z przyczepionym mniej więcej w połowie skalnej ściany, samotnym drzewem Pohutukawa. Jest to miejsce, w które według legend maoryskich, trafiają dusze zmarłych, schodzą nad wodę przy samotnym drzewie, zatrzymują się na chwilę na płaskiej skalistej platformie na samym końcu przylądka, poczym powoli zanurzają się w wodach Spirits Bay (Zatoki Dusz), którą wdziera się tutaj Ocean Spokojny. Na koniec przylądku dotarłem wąską ścieżką stromo opadająca spod latarni morskiej. Myślę, że to dopiero tam na samym końcu skalistego klifu, patrząc na samotne drzewo, białe fale wlewające się na skalną platformę, poczułem prawdziwą magię tego miejsca.
Nie licząc ponad czterystu kilometrów drogi powrotnej do Auckland, tak właśnie zakończyła się moja wycieczka na północne ziemie Nowej Zelandii. Jak już wspominałem wcześniej podróżuje się tutaj szybko, więc wieczorem siedziałem już podziwiałem już panoramę nocnego Auckland, przejeżdżając przez Harbour Bridge.
Na samym końcu świata gdzie nie ma już nic, tylko wbita w ocean skała z wyrastającym na jej urwisku samotnym drzewem Pohutukawa. To pod nim schodzą dusze Maorysów na skalną platformę, aby w zadumie spojrzeć po raz ostatni na obraz świata, a potem zanurzają się w przykrytym falami oceanie spokoju. Zanurzają się w zatoce dusz, by stanąć przed bramą u początku dalszej drogi.
Słońce na chwilę rozdarło gęsty kożuch chmur i jasnym kołem, niczym reflektor wskazujący drogę, tańczy teraz na falach by po chwili zniknąć zamknąwszy przejście za kolejną duszą. Wieje wiatr, odkąd przecisnąłem się pomiędzy splatanymi konarami drzewa na zboczu urwiska nic już nie chroni mnie od jego uderzeń. Od chwili, gdy zacząłem wąską drogą schodzić na przylądek nie spuszczałem z oczu cienkiego skalnego zęba wbitego w spienione wody oceanu. Wiedziałem, że muszę tam dojść, tak jak wiedziałem, że miałem tutaj trafić. Odkąd przekroczyłem próg domu zdążałem prosto w to miejsce i cały świat, całe życie sprzyjało mi w tym. A teraz tu jestem. Zatrzymuje się pół metra od krawędzi urwiska i powoli wychylam się w dół, pode mną tylko wodna kipiel, pieni się i wściekle wali raz za razem w podstawę klifu. Przykucam. Powoli wyjmuję z plecaka niewielki kamień, który przywędrował wraz ze mną, aż ze szczytu lodowca na drugim końcu świata. Sam nie wiem, dlaczego go tutaj przywiozłem, lecz wiedziałem, to już w domu, iż cisnę go w fale oceanu na przylądku Cape Reinga. Którejś nocy dowiedziałem się o tym śniąc sen wyraźny jak życie. Nie próbuję sobie tłumaczyć czy przenoszenie z miejsca na miejsce kamieni po całym świecie ma jakiś sens. W tej chwili to nie ma znaczenia. Ważę go w dłoni jakby żal było mi się z nim rozstać, jakby zaklęte w nim wspomnienia były dla mnie czymś wyjątkowym. Ściskam chcąc wyrzeźbić jego kształt na swej dłoni. Gdyby mógł mówić zapytałbym go czy myślał, iż kiedyś przywędruje tak daleko. Milczy jednak jak zaklęty, jak kamień niepotrzebujący wszak mówić by trwać dłużej od nas. Podobny kamieniom, w których rzeźbiarze zaklinali siebie samych, aby przetrwać wieki stojąc i patrząc kamiennymi oczami na zmieniający się świat. Patrzę jeszcze raz na zbliżające się białe grzywacze, biorę zamach i ciskam w powietrze wraz z myślą. Wylatuje prosto przede mnie, lecz nie spada, podmuch wichru podrzuca go do góry, a następny przepycha w bok, tak, że jego lot przypomina lot bumerangu. Znika mi z oczu. I co, koniec? Spełniłem to, co postanowiłem sobie dawno i daleko, namalowałem na niebie symbol zamknięcia pewnych czasów, myśli, trudnych dni i teraz już nic. Co dalej, gdy osiągnie się to, o czym człowiek myślał, przez tyle czasu, co sobie wyobrażał? Jakby ów kamień miał mieć jakieś magiczne znaczenie. Nie wiem, co dalej. Wiem tylko, że czas ruszać w drogę. Pochylam się i przyglądam jasnej prędze na pękniętym szczycie klifu. Podnoszę wykruszony kamień i ruszam dalej, zanieść go na inny koniec świata, własnych myśli, marzeń, które dziś wydają się szczytem góry, a na której po latach stanę i spojrzę przed siebie, na dalszą część drogi.
7. Półwysep Koromandel
Półwysep Koromandel jest oddzielony od Auckland zatoką Hauraki Gulf. W linii prostej wystarczyłoby pokonać 20-30 km w zależności od miejsca, z którego byśmy wypływali, aby znaleźć się na zachodnich plażach półwyspu. Jadąc samochodem droga wydłuża się do 100 kilometrów, a dalej w zależności od miejsca, do którego chcemy się dostać. Jest to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku mieszkańców Auckland i natychmiast po dojechaniu rzucają się w oczy miasteczka typowo weekendowe, szczególnie na wschodnim wybrzeżu półwyspu. Plaże zachodnie są często kamieniste i niekoniecznie zachęcają, do chociaż są bardzo piękne, porośnięte drzewami Pohutukawa. To właśnie kilka kilometrów za miasteczkiem Thames znalazłem to endemiczne drzewo o najbardziej dziwacznym i pokręconym pniu, jaki udało mi się zobaczyć podczas całego pobytu. Plażę wschodniego wybrzeża są piaszczyste i do złudzenia, gdyby nie wyspy na horyzoncie, przypominają nasze rodzimy plaże nad Bałtykiem. Pierwszym miastem, w którym zatrzymaliśmy się na posiłek było Thames. Powstałe na skutek gorączki po znalezieniu złota w okolicznych górach. Do dziś miasto zachowało swój dawny charakter, brak w nim nowoczesności, a wzdłuż głównej ulicy możemy spotkać piękne drewniane domki z początków czasów kolonialnych. Nawet kino bardzo mi się spodobało, nie żaden wielki budynek, tylko takie stare, drewniane, przypominające podobne z filmów z sześćdziesiątych lat. Stary kościół protestancki, a przede wszystkim najmniejsza kolejka, jaką widziałem. Pozostałość z czasów poszukiwaczy złota, która wywożono urobek z kopalnianych szybów. Przyglądając się niektórym z nich miałem poważne wątpliwości czy przy moim wzroście udałoby mi się tam zmieścić. Kilka dni później oglądałem w TV program o tym miasteczku i człowieku dziś ponad osiemdziesięcioletnim, który budował kolejkę w początkach powstania miasteczka. Zajęcie to pozostało jego pasją po dzisiejszy dzień, więc wciąż opiekuje się kolejką, torami, dogląda i ramach możliwości remontuje. Ot pasja życia od początku do końca, której nie da się nie zauważyć zwłaszcza w starszym pokoleniu Nowozelandczyków. Niestety jadłodajnie, które zachwalał mi Bartek zniknęły, a na ich miejsce powstały podobne, tańsze prowadzone przez emigrantów z Azji. Nie chciałbym się tutaj źle wypowiadać o samych osobach, lecz filozofia „więcej i taniej”, trochę mnie zdenerwowała a paje, które zjadłem były najgorsze w całej NZ.Jadąc dalej wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu dojechaliśmy do miasteczka Coromandel, od którego wzięła się nazwa całego półwyspu. Miasteczko jest wręcz miniaturowe, przystań ze starymi kutrami, główna ulica przy której stoi najwyżej kilkanaście domów i dopiero rozglądając się można zobaczyć, że więcej ich jest na okolicznych wzgórzach. W Coromandel także kończy się droga asfaltowa i na sam koniec półwyspu możemy dojechać drogami szutrowymi, lub skręcić i przez górska przełęcz dojechać na wschodnie wybrzeże. W miasteczku zatrzymaliśmy się dzięki uprzejmości Jacka Stevensona, po drugiej stronie zatoki. Właśnie trwał przypływ i woda wpychana wiatrem do zatoki nabrała brunatnego koloru. Poznaczona drobnymi falami powierzchnia wpływająca pomiędzy mangrowce. Miejsce to bardzo przypomniało mi niespotykane dotąd przeze mnie klimat naszych rodzimych portów rybackich, które wciąż nie zatraciły swojego uroku. Szybko też znalazłem więcej podobieństw i to właśnie w Coromandel znaleźliśmy prawdziwą smażalnię ryb. Dokładnie taka jak w Polsce, z pysznymi świeżymi rybami, ale żeby nie było dokładnie tak samo, odmiennymi rybami łowionymi w wodach zatoki, oraz scalopami, które większość z nas zna jako znaczek popularnego Shella. Co do scalopów, to był to dla mnie rarytas porównywany z lobsterami i chętnie wróciłby do miasteczka, tylko po to aby jeszcze raz ich spróbować. Po powrocie do Auckland poszliśmy do sklepu kupić kilka scalopów, lecz te sprowadzone z Azji, hodowlane rozrastają się niestety w zupełnie inną stronę niż te, które jadłem w zatoce, co czyni je znacznie mniej smacznymi. Jedzenie zapakowano nam na wynos we właśnie przeczytaną gazetę, co mnie rozbawiło jeszcze bardziej, a zjedliśmy je nad zatoką w towarzystwie wrzeszczących, wszędobylskich mew.
Miasteczko ma swój niepowtarzalny urok. W kilka budynkach przy głównej ulicy, można znaleźć ciekawe pamiątki, wyrabiane w dużej części przez miejscowych. Kilka pubów, wypełniających się wieczorami, gdzie ludzie przychodzą porozmawiać i napić się piwa. Jeden z nich odwiedziliśmy z okazji tego, iż właśnie tego wieczoru rozpoczynało się tourne Lionsów po Nowej Zelandii i grali pierwszy mecz z pierwszoligową drużyną z Bay of Plenty. Atmosfera w pubie natychmiast mnie zaskoczyła, bo więcej było osób w wieku moich rodziców, kibicujących zażarcie przy kuflu piwa niż młodych osób. W pierwszej chwili myślałem, że wszyscy będą kibicować drużynie narodowej NZ, lecz ku mojemu zdziwieniu więcej było osób dopingujących Anglików i Irlandczyków, a każde dobre zagranie, obojętnie, której drużyny nagradzane było pochwałami. Kilka piw, chwila rozmów i z wróciliśmy na niewielki półwysep po drugiej stronie zatoki.

Spokojny świt, słońce powoli wynurzające się zza pasma górskiego, opary unoszące się nad gładką powierzchnią wody, wszystko zwiastowało, iż wstaje piękny dzień. Kilka rozmów o tym, że to dziwne jak ludzkie losy są nieodgadnione i chodząc razem do szkoły prawie piętnaście lat temu, nie mogliśmy nawet marzyć, że kiedyś będziemy oglądać świt po drugiej stronie świata, na półwyspie Coromandel.
Po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl, że powoli nasycam się podróżą i zaczynam tęsknić za ludźmi, których pozostawiłem po drugiej stronie naszej planety. Świt jest cichy, kawa ciepła, a słońce nie śpiesząc się powolutku rozjaśnia niebo jasnym paskiem ponad górskim pasmem. Myślę o tych, którzy właśnie kładą się spać po ciężkim dniu. O tym, że ja tutaj i o wszystkich chwilach, które przyniosły nas w to miejsce. Jakże odmiennymi drogami, jakże różnymi życiami, lecz w końcu siedzimy nad zatoką i cały świat nie wie, że tutaj jesteśmy. Słychać jak krople rosy skapują z rozłożystych liści bananowca i zanim zaczynamy rozmawiać przysłuchujemy się w ciszy jak budzi się nowy dzień. Chwile refleksji o ludziach, których znaliśmy, a później gdzieś przeminęli, zaplątali się w codziennych życiach, pozamykali się we własnych domach bojąc się marzyć. Dziś czuję się, że mogę dotrzeć wszędzie, to tylko kwestia wiary, wyboru i konsekwencji w dążeniu do celu. A może to tylko dobry humor zrodzony z pięknych obrazów, którymi nagradza mnie świat za to, iż nie boje się na niego spojrzeć. Siedzimy i sycimy się porankiem na zmianę ze spokojnymi rozmowami, planami i myślami, że na wszystko braknie nam życia i trzeba znowu wybierać. Niespodziewanie słońce wystrzeliwuje zza widnokręgu i od razu zalewa cały świat rozczepionym światłem. Woda cichutko chlupocze o brzeg, rosa skrzy się w ostatnich chwilach swego istnienia, zanim nie wyparuje dotknięta ciepłem. Obudzone kaczki bezszelestnie rozcinają wodę zatoki. Wstaję i pochodzę do samego brzegu zatoki. Czasami wydaje mi się jakbym swoje podróże pamiętał tylko obrazami świtów i zachodów słońca.
Następnego dnia wyruszamy w stronę górskiej przełęczy piętrzącej się ponad Coromandel. Na prawo widać Castle Rock, skałę ostro wystrzeliwującą w niebo, co na Północnej wyspie nie jest częste. Zatrzymaliśmy się na chwilę po obejrzeć niedalekie, wyspy otoczone ciemnoszafirowym morzem, poznaczonym plantacjami małż. Potem już tylko w górę, aż na samą przełęcz skąd rozciągały się niespotykane widoki, na wschodnie i zachodnie wybrzeże półwyspu. Sfotografowałem kilka koru, rozwijających się do nowego życia paproci, stanowiących jeden ze wzorów wykorzystywanych w sztuce Maoryskiej. Krętą drogą zjechaliśmy nad zatokę Merkury, a potem już wzdłuż wody na plażę Hot Water Beach. Była to jedyna plażą, na której zobaczyłem trochę stłoczonych osób. Cała jej atrakcja polega na tym, że tuż w miejscu gdzie morze styka się z brzegiem podczas odpływu spod piasku wypływa gorąca woda. Przy zejściu na plażę znajduje się wypożyczalnia plastikowych łopat, a dalej każdy już maszerował wykopać swój dołek w piasku, najlepiej jak najbliżej bijącego źródła. Ciepła woda utrzymywała się w nim do pół godziny a potem należało zmienić miejsce, gdyż źródło najczęściej tryskało już kilka metrów dalej. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu tego dnia, więc nie skręciliśmy już w stronę niedalekich Catedral Rocks, tylko od razu pojechaliśmy obejrzeć rosnące w interiorze półwyspu drzewa Kauri. Po pokonaniu krętej szutrowej drogi, zobaczyłem kępę drzew Kauri, ale szybko moja uwagę odwróciło rosnące trochę dalej samotne drzewo. Wysokie na ponad 41 metrów, 1200 letnie drzewo okazało się największym na półwyspie, lecz do największego w całej Nowej Zelandii dużo mu brakowało. Pomimo to robiło niemałe wrażenie, a zwłaszcza wiek drzewa, które w sumie było młodzieniaszkiem pośród innych długoletnich Kauri. Cały busz porastający Coromandel jest bardzo ładny, a gaje pang chyba najładniejsze z wszystkich jakie udało mi się zobaczyć. Wracając do Auckland Bartek skręcił jeszcze do miasteczka Nathia, w którym pewien pasjonat ma wielkie hale, z kamieniami, minerałami, jakie można znaleźć na całej ziemi. Bardzo ciekawe miejsce, z którego kupiłem dla siebie różę pustyni i dwa kawałki skamieniałego drzewa. Aby jedna objąć bogactwo zbiorów, które tam znalazłem, należy wyobrazić sobie dwie duże hale i obie pełne kamienie, od takich trochę większych niż ziarna, do ogromnych kryształów, i wielkich kawałów skały. W specjalnie przygotowanej ciemni można także zobaczyć jak kamienie półszlachetne działa promieniowanie ultrafioletowe. Nathia było jednym z tych nieprzewidzianych do odwiedzenia miejsc, a które sprawiło mi wiele przyjemności.
8. Ostatnia wycieczka – Mount Egmont i Tongariro National Park
Wieczorem plącząc się pośród omszałych drzew na stokach Taranaki, nie widziałem dalej w siąpiącej mżawce niż kilka metrów przed siebie. Doszedłem do Dawson Falls, lecz i to miejsce wydało mi się brzydkie i nieprzyjazne. Zimno, wieczór, brak noclegu, wszystko to skumulowało się we mnie właśnie pod wodospadem. Czułem się zły, bo przez cały dzień, jadąc wzdłuż morze Tasmana, a także w samym Stratford położonym u stóp wulkanu, panowała piękna pogoda. Jedynie Mt. Taranaki oblepione było watą z chmur i tylko przez chwilę wyjeżdżając z New Plymouth zobaczyłem na moment, lśniący w słońcu pomiędzy chmurami zaśnieżony stok samotnego wulkanu.A teraz znów nic, Wyszedłem za hotelu dla backpackerów i nic, nie widać wulkanu. Może patrzę w złą stronę, albo jest jeszcze za wcześnie i za ciemno, pomyślałem. Próbuję zedrzeć z szyb samochodu warstwę lodu, lecz bez skrobaka idzie mi to bardzo powoli. Wyjeżdżając z Auckland nie nastawiłem się na tak gwałtowny przeskok temperatur i zanim szyby nadają się do jazdy, nie czuję już dłoni i dłuższą chwilę muszę je rozgrzewać zanim wyruszę w drogę. Spoglądam ponad siebie i widzę gwiazdy, więc jednak jest pogoda. W takim razie, dlaczego nie widać wulkanu. Jest na zachodzie wiec spowija go wciąż ciemność, tłumaczę sobie nie chcąc się zniechęcać do podróży od samego rana. Przejeżdżam śpiące Stratford i na ostatnim skrzyżowaniu skręcam w lewo. Zapamiętaną z wczorajszego wieczoru drogą pośród niewysokich wzgórz szybko kieruję się na plato, z którego wyruszają szlaki po National EgmontPark. Mijam samotną chatę stojącą przy skrzyżowaniu, w oknie, której pomimo wczesnej pory pali się światło. Mijam kilka drzew, za którymi długą prostą drogą dojeżdża się do parku. I wtedy na jej końcu dostrzegam po raz pierwszy Mt. Taranaki w całej okazałości. Na tle zaróżowionego świtem nieba, na którym wciąż jeszcze jasno lśnią gwiazdy, piętrzy się po samo niebo ośnieżona piramida. Zatrzymuję samochód i wychodzę by nasycić się tą pierwszą chwilą zachwytu. Chwilą, którą się pamięta i uczucia z nią związanego szuka się w każdej następnej wędrówce. Chwilą, w której jeszcze nie mogę fotografować, gdyż jest za ciemno i w całości pozostanie tylko w mojej głowie. Stoję na poboczu i patrzę oddychając mroźnym powietrzem. Jakże bardzo bym chciał, aby chociaż ten jeden raz ktoś przy mnie był, abym nie tylko sam musiał podziwiać to wszystko, abym mógł się podzielić tym, co czuję i myślę zachwycony nagle życiem. Zwłaszcza w życiu, w którym najczęstszą przyczyną zachwytów są efekty specjalne coraz to lepsze w kolejnych produkcjach. Tutaj jednak tylko ja, droga przede mną i góra, która jakby nagradzając za cierpliwość w dążeniu do jej podnóża, zdawała się mówić – Masz, napatrz się, nasyć i zapamiętaj, że takich miejsc na całym świecie jest tysiące. Zapamiętaj, co czujesz i wędruj, dopóki starczy ci sił w poszukiwaniu tego uczucia i podobnych chwil.
Odwracam się za siebie i widzę jak zza równej linii horyzontu wynurza się złoty rąbek słońca. Rozczepia na szklanej tafli zmrożonego nieba i powoli, cierpliwymi ruchami malarza wypełnia świat kolorami. Świat na środku, którego stoję ja. Nie wiem czy mam się śmiać, płakać, czy cieszyć. Intuicyjnie stoję, więc tylko i patrzę, bo skoro nie mogę jeszcze fotografować, to będę musiał o tym opowiedzieć, a nie wiem czy w marnej formie wyrazu, jaką dysponuję, potrafił będę oddać, chociaż część z tego, co mnie teraz otacza, i co dzieje się we mnie. W chwili, gdy cały świat budzi się do życia.
Gdy pozostał mi do końca pobytu jeszcze tydzień postanowiłem zobaczyć wynająć samochód miejsca, które miałem w planie odwiedzić a dotychczas nie miałem na to czasu, lub nie sprzyjała ku temu pogoda. Wyciągnąłem mapę i szybko ułożyłem trasę wycieczki. Kilka wskazówek Bartka pomogło mi w decyzji, którędy jechać tak, aby objechać wielkim kołem kilka ciekawych miejsc, które sam odwiedził. Pierwszym, moim celem stał się Egmont National Park, czyli wulkan Taranaki, miejsca, w którym ze względu na urodę krajobrazu nakręcono film „Ostatni Samuraj”. Najpierw jednak, co musiałem zrobić to wynająć samochód. Prawie w każdym folderze można znaleźć reklamy biur zajmujących się wynajmem samochodów, kuszących wyjątkowo atrakcyjnymi cenami. Ceny te oczywiście wahają się w zależności od rodzaju samochodu, ale jak się później okazało od terminu wynajmu samochodu oraz ilości dni. Dodatkowym kosztem może być wykup ubezpieczenia (naszego AC), które jednak nie jest wymagane. Osobiście zdecydowałem się wykupić ubezpieczenie i tak z widniejących na reklamie 19 $NZ za dobę zrobiło się 45 $NZ. Wynajem samochodu wyszedł mnie ostatecznie 145 $NZ za pięć dni plus 75 $NZ ubezpieczenia. Oczywiście był to samochód w klasie economy. Kolejne opcje w tym kombi są droższe około 10 $NZ za dobę, wtedy jednak odchodzi problem noclegów, gdyż w takim samochodzie po złożeniu siedzeń można się wygodnie wyspać. Aby wynająć samochód trzeba mieć tylko prawo jazdy, nie wymagano ode mnie międzynarodowego, tylko pani w recepcji zapytała czy mam więcej niż 21 lat, gdyż wtedy tamtejsze prawo jazdy wydawane jest na czas określony. Teraz czekała mnie najtrudniejsza część, czyli przestawienie się na lewostronny ruch. Okazało się to jednak nie tak trudne jak początkowo przypuszczałem i jedyną rzeczą, której nie mogłem się oduczyć było po ruszeniu samochodu walnie prawą ręką w celu sięgnięcia do drążka zmiany biegów. Drogi w Nowej Zelandii są świetnie oznakowane i pomimo przyzwyczajeń trudno jest wjechać na prawy pas drogi, chociaż niektóre nacje zwiedzające ten kraj czynią to namiętnie. Od New Plymouth dzieliło mnie około 360 km. Najpierw drogą do Hamilton za którą Bartek polecił mi jedno z ciekawszych miejsc do zwiedzenia Waitomo Caves. Jest to dolina pełna najprzeróżniejszych atrakcji turystycznych, połączonych tym, że znajdują się w jaskiniach. I tak można tutaj uprawiać sporty ekstremalne, canyoning w jaskiniach, zjazdy na linie w kilkudziesięciometrowe studnie, rafting podziemną rzeką, a także tylko zwiedzać. Ja będą tutaj tylko przejazdem odwiedziłem chyba najpopularniejszą z jaskiń Waitomo Glowworm Caves. Oprócz pięknych, zręcznie podświetlonych stalaktytów, stalagmitów, w pierwszej części jaskini, jej główną atrakcją okazały się ślimaki. A cóż to za atrakcja pomyślałem, gdy Bartek zaproponował mi odwiedzenie tego miejsca. Okazało się jednak, iż to właśnie one sprowadzają w to miejsce tysiące turystów z całego świata. W najniższej części jaskini wsadza się turystów do metalowych łódek i w zupełnych ciemnościach płynie kilkudziesięciometrową sztolnią do wyjścia. Kolonie ślimaków przyczepione do stropu jaskini świecą w ciemnościach jasnobłękitnym światłem i przypominają plejady gwiazd na ciemnym niebie. Wrażenie jest niesamowite, zwłaszcza od czasu, gdy zakazano używać w jaskini aparatów z fleszami. Przez te kilkadziesiąt metrów można zapomnieć, że znajdujemy się głęboko pod ziemią i dopiero jasne światełko na końcu sztolni przywołuje nas do rzeczywistości. Wstęp do jaskini kosztował, 25 $NZ, czyli podobnie jak większość wstępów, które przyszło mi płacić podczas zwiedzania. Głównie, dlatego odpuściłem sobie dalsze zwiedzanie i pojechałem dalej w stronę New Plymouth. W mieście miałem ochotę zatrzymać się w muzeum, w którym znajdują się podobno najlepsze zbiory kultury antypodów. Nie sprawdziłem tego, a żałuję, bo następnego dnia dowiedziałem się, iż od miesiąca jest tam otwarta wystawa im. Edmunda Hilarego, wraz z wystawą pamiątek z wyprawy na Mount Everest. Do szybkiego opuszczenia miasta skłoniła mnie ogromna ilość turystów, a raczej kibiców drużyny rugby złożonej z Anglików i Irlandczyków, Lions jeżdżących za nimi po całej Nowej Zelandii. Za dwa dni miał się odbyć mecz z miejscową drużyną Taranaki i w mieście panował nastrój festynu. Szybko, więc pojechałem w Stronę oddalonego o około 30 km Stratford. W tym maleńkim mieście stanowiącym bazę wypadową na Mt. Taranaki osiedlili się pierwsi Polacy po wysadzeniu, dzieci Sybiraków przywiezione tutaj prawie sto lat temu. Po drodze do miasteczka zobaczyłem jeszcze na krótką chwilę zaśnieżony wulkan, a potem już na trwale spowił się chmurami.
Stratford okazało się naprawdę małym miastem i w niczym nie przypominało naszych miast leżących pod górami. Udało mi się jeszcze przed wieczorem dotrzeć pod Dawson Falls, sprawdzić ceny w hotelu stojącego na początku szlaków na górę i po parku, które natychmiast spędziły mnie z powrotem na dół. Nocleg kosztował ponad, 200 $NZ, czyli tyle co wynajęcie samochodu na pięć dni. Pogoda nie nastrajała optymistycznie, chociaż patrząc w stronę morza i New Plymouth widziałem jasne niebo, to tutaj nieustannie siąpił deszcz. Hotel dla backpackerów znajdował trochę za centrum kierując się na południe. Przejeżdżając po raz pierwszy przeoczyłem małą tabliczkę na słupie i dopiero po nawrocie trafiłem do dużego budynku w jednej z bocznych ulic. W hoteliku było prawie pusto. Obsługujący recepcję mężczyzna, od razu oprowadził mnie po całym budynku pokazując gdzie i czego mogę korzystać, łącznie z osobnym pomieszczeniem przeznaczonym do suszenia ubrań. Wyjaśnił, że o tej porze roku i obecnie panujących warunkach wejście na szczyt wulkanu możliwe jest tylko w rakach i ze sprzętem alpinistycznym. Wytłumaczył jak trafić do najbliższych pubów, dał foldery z miejscowymi atrakcjami. Od razu też objaśnił kilka opcji wyjazdu z miasta polecając Forgotten Highway jako szczególnie atrakcyjną drogę w stronę Tongariro National Park. Na dodatek cena za pokój okazał się wyjątkowo atrakcyjna, zaledwie 20 $NZ. Szczerze mówiąc z takim przyjęciem nie spotkałem się nigdzie indziej.
Wieczorem wyszedłem jeszcze zwiedzić miasto, ale poza sezonem letnim wygląda na wymarłe i już o ósmej zastałem otwarte zaledwie dwa puby. Wczesnym ranem czekała mnie niemiła niespodzianka, czyli kompletnie zamarznięty samochód. Zupełnie nieprzygotowany na takie ewentualności trochę się natrudziłem zanim za pomocą znalezionych za budynkiem listewek udało mi się oczyścić szyby. Rozejrzałem się za hotelem, ale było jeszcze za wcześnie, aby zobaczyć czy wulkan dziś pokaże mi swoje oblicze. Dojechałem do ronda znajdującego się przy wjeździe do Stratford i dalej zapamiętaną z poprzedniego dnia drogę tym razem w stronę położonego wysoko na stokach wulkanu plato. Postanowiłem przejść stamtąd szlakiem biegnącym zboczem góry, pod granica śniegu, aż do widzianego ubiegłego wieczora Dawson Falls. Szczególnie interesował mnie w tym regionie Goblin Forest piętro lasu, w jakim dotąd nie byłem. Las ów charakteryzował się niższym poszyciem i wysokimi pokręconymi drzewami obrośniętymi najróżniejszego rodzaju mchami i porostami. Skręcając na drogę dojazdową do parku i centrum turystycznego zobaczyłem Mt. Taranaki w całej okazałości, oświetlone świtem i był to jeden z widoków, które na zawsze zapadają we wnętrze człowieka. Natychmiast poprawił mi się nastrój i pomimo przenikliwego zimna długo stałem na oszronionej łące i patrzyłem tak długo dopóki świt nie zamienił się w dzień. Wąską drogą ograniczoną wyjątkowo gęstym niskim buszem dojechałem do Stratford Mountain House. Widząc, iż miejsce to wygląda na jeszcze bardziej ekskluzywne od wczorajszego hotelu pod Dawson Falls, nie zatrzymywałem się tylko od razu po drodze pokrytej miejscami szklistym lodem pojechałem na plato. Pogoda była cudowna i z plato mogłem dokładnie podziwiać cały masyw wraz z położonymi na jego stokach dwoma prywatnymi budynkami, krótką (jak na europejskie warunki) trasą narciarską, która choć rozpoczął się sezon świeciła pustkami. Przede wszystkim jednak podziwiałem piękny masyw piętrzący się ponad zielnym lasem, i mogłem dokładnie obejrzeć sobie wszystkie trasy prowadzące na szczyt. Góra była tak zasypana śniegiem, że nawet nie próbowałem tracić czasu i zbliżyć się, aby sprawdzić czy aby nie dało się trochę podejść niezbyt stromymi stokami.
Piękna pogoda, egzotyczny las, cisza, fantastyczne krajobrazy, tak w skrócie można scharakteryzować dwugodzinny szlak prowadzący pod wodospad Dawson, który w tak słoneczny dzień prezentował się szczególnie pięknie. A las, który przyjechałem tutaj obejrzeć? Prawie przy każdym drzewie można było się zatrzymać, aby zrobić niepowtarzalną fotkę, aż gdzieś w połowie szlaku zacząłem się zastanawiać czy wystarczy mi karty pamięci, jeśli tak dalej będę pstrykał. Wracając spod wodospadu nie śpieszyłem się wiedząc, że jest to jedna z ostatnich wycieczek w Nowej Zelandii przed powrotem do Polski, i starałem się jak najbardziej nasycić niepowtarzalną atmosferą panującą pod samotnym wulkanem Mt. Taranaki. W drodze powrotnej jeszcze bardzo długo widać było na błękitnym niebie jego ośnieżoną sylwetkę.
Kolejnym celem mojej podróży było przejechanie przez Forgotten Highway. Sto pięćdziesiąt kilometrów, najpierw pomiędzy zielonymi stromymi wzgórzami, a potem szutrową wąską drogą przez busz, aż do miasta Taumarunui. Droga sama w sobie stanowi niecodzienną atrakcję turystyczną. Zanim jednak w nią wjechałem skusiłem się około dwudziestu kilometrów za Stratford na miejsce znalezione w folderze otrzymanym w hotelu o nazwie prosto z „Władcy Pierścieni” Rivendel Gardens. Dojazd do ogrodów już wzbudził moje wątpliwości, później jakiś czas musiałem czekać, aż drogą przepędzą dwa czarne byki, które były tylko trochę większe od mojego samochodu i nie chciałbym się z nimi zderzyć. Dwadzieścia kilometrów wyjątkowo kamienistymi dróżkami, pomiędzy pastwiskami wzgórzami dotarłem do pięknego otwartego dla wszystkich ogrodu porośniętego rododendronami. Pięknego, niestety tylko w lecie. Wracając kamienistą drożyną zastanawiałem się, co bym powiedział w biurze wynajmu gdyby delikatna Toyota rozsypała się na wybojach, przypominając sobie, iż pani coś wspominała po tego typu drogach. Jest to jedna z rzeczy, o która warto zapytać przy wynajmie samochodu czy ubezpieczenie obejmuje przejazdy drogami górskimi, ewentualnie wyjazdy na narty. Forgotten Higway okazała się naprawdę zapomnianą drogą i jedynymi osobami, którymi tam spotkałem byli jadący wozami campingowymi w przeciwnym kierunku angielscy kibice Lionsów. Pełna zakrętów, częściowo prowadząca tuż przy rzece płynącej dnem porośniętej buszem i sterczącymi ponad nim paprociami ponga, doliny. Ponownie minąłem kilka wałęsających się koni. Droga ma tylko 150 kilometrów długości, czyli niezbyt dużo a jednak nieskończona ilość zakrętów wydłuża ją w czasie i po południu miałem wrażenie jakbym jechał nią przez cały dzień. Po dojechaniu do miasta Taumarunui, musiałem się trochę cofnąć na południe drogą nr. 4 , aby po około czterdziestu kilometrach skręcić na rozległy płaskowyż na którym znajduje się Tongariro National Park. Przy skręcie w ta drogę zauważyłem po lewej stronie bazę dla wspinaczy. Przez chwilę wahałem się czy nie zatrzymać się tam na nocleg, ale wieczór trochę zaćmił umysł i pojechałem dalej w miejsce, które sobie zaplanowałem. Okazało się to niestety błędem, gdyż w Whakapapa Village dojechałem po ciemku i miałem problemy ze znalezieniem miejsca do spania. W wiosce stoi kilka domków, w których prawdopodobnie można się zatrzymać, a także duży i znany w Nowej Zelandii ekskluzywny hotel Chateau. Jest on znany między innymi dzięki fotografii z 1999 roku, na której ponad nim wybuchł wulkan Ruapehu. Na szczycie wulkanu jest krater zalany wodą i jego powierzchnia w ostatnich latach podniosła się o kilka metrów, w związku, z czym spodziewana jest kolejna erupcja. Jak to jednak z wulkanami nikt nie potrafi przewidzieć co zrobią więc naukowcy trwają w pełnej gotowości od ubiegłego roku. Gdy dojechałem wieczorem pod stoki Mt. Ruapehu mijało mnie kilka samochodów z narciarzami i trochę im pozazdrościłem, gdyż u nas zima dobiegła końca i następne wyjazdy dopiero kolejnej zimy.
Po raz pierwszy zobaczyłem Tongariro National Park i Mt. Ngaurohoe jadąc do Ruahini Range. Prosta droga przecinała pustynny krajobraz na pół a po jednej jej stronie piętrzyły się przyprószone pierwszym śniegiem wulkany. Nie patrzyłem wtedy na ogromny masyw Ruapehu, lecz na samotnie piętrzący się stożek filmowej góry przeznaczenia. Jedno z tych miejsc, które chciałem odwiedzić, zobaczyć. Być może, dlatego, że wyjazd wnosił w moje życie wiele zmian i na górze przeznaczenia miałem nadzieję znaleźć w sobie odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Dziś już nie wiem, czy taki był powód, lecz było to miejsce, w które postanowiłem wrócić, jeśli tylko pozwoli mi na to czas.
Miesiąc później, noc. Długa prosta droga pomiędzy trawami porastającymi płaskowyż kończy się na zaróżowionych zachodem słońca stokach Mt Ruapehu. Wyciągam mapę. Miejsce, do którego chciałem dzisiaj dotrzeć jest dwadzieścia kilometrów dalej. Szybko zawracam w zapadającym zmroku i jadę na poszukiwania. Czuję się sam. Może to miejsce, a może jak zwykle wieczór wsącza w moje myśli nutę pesymizmu, tęsknoty za domem i kimkolwiek, kto, z kim mógłbym podzielić się teraz wątpliwościami, co do dalszej drogi. Objeżdżam górę przeznaczenia dookoła i widzę wyraźnie, że w ciągu miesiąca spadło dużo śniegu szklącego się teraz pomiędzy gwiazdami, a ciemnym płaskowyżem. Na wciśniętym pomiędzy busz opustoszałym i ponurym kampingu sprawdzam jeszcze raz mapę. Czuję, że jutro tędy nie przejdę, zbyt dużo śniegu, a może to miejsce działa na mnie tak pesymistycznie i zaczynam już tęsknić do towarzystwa ludzi. Układam w głowie plan na jutrzejszy dzień i postanawiam po raz kolejny zawrócić. Patrząc na światełko chaty migające niczym gwiazda wysoko na stokach góry wysyłam smsa. Jedna kreska na telefonie wystarczy, aby przepchnąć swe myśli po niebie na druga stronę globu. Ilekroć to robię dziwię się temu wynalazkowi naszego wieku. Będąc pod wulkanem na drugim końcu świata, czekam na kilka słów od bliskich. Niby nic, a jakże zawsze raźniej się robi, zupełnie jakby wracała świadomość, że nie jestem przecież sam. Przez dłuższy czas nie mogę znaleźć miejsca na nocleg, aż zmęczony podróżą, zasypiam na parkingu nie mając już siły na dalsze poszukiwania. Noc budzi mnie bębnieniem deszczu o dach samochodu. W takim razie wyżej pada śnieg, myślę i coraz bardziej wątpię w jutrzejszą wycieczkę. Ranek jednak budzi mnie promieniami słońca. Niebo nie jest czyste, lecz w porównaniu z wczorajszymi pogodami jest fantastycznie. Szybkie śniadanie, jeszcze raz przyglądam się mapie i w drogę. Chcę przejść cały płaskowyż, aż do chaty. A co dalej, nie wiem, zobaczy się. Nie chcę niczego zakładać nie wiedząc, co przede mną. Za drugim razem zawsze jest łatwiej, człowiek wie gdzie ma dotrzeć, gdzie się zatrzymać, spać, dojść, lecz pierwsze wędrówki to jak myśli poruszające nieznane obszary nas samych. Wschodzące słońce bawi się światłem pomiędzy unoszącymi się mgiełkami. Cały płaskowyż porośnięty jest wysokimi trawami, które zroszone o świcie szklą się niczym paciorki w długim, aż po horyzont, naszyjniku z mgły, wody i promieni. Idę najszybciej jak mogę, plecak mam lekki, gdyż na tak krótką wycieczkę niepotrzeba mi wielu rzeczy. Przede mną trzy godziny drogi do chaty, lub pięć w złych warunkach, czytam na mijanym drogowskazie. Po pierwszym kilometrze już wiem, że nawet tutaj na płaskowyżu porośniętym jakże odmienną roślinnością od buszu przemoknę. Wysokie trawy zrzucają swe krople prostu na ubranie i pomimo wysiłków nie sposób ich ominąć. Nieistotne, nieważne, wraz z każdym krokiem, z każda chwila ciepła wraca optymizm. Szybko robi się dzień i widzę, że po sam horyzont falują łagodne pagórki płaskowyżu, ponad którymi piętrzy się Góra Przeznaczenia. Czego tam szukam, nie wiem? Po prostu idę przed siebie nie myśląc, po co, dlaczego, czy jest w tym jakiś sens. Idę i cieszę się, że mam czas, mogę podziwiać, fotografować, myśleć. Mogę układać marzenia i wierzyć, że się spełnią, bo przecież fakt, iż tutaj jestem, wewnątrz własnego marzenia, które właśnie się spełnia, świadczy, że mogę dojść, dokąd sobie zamarzę. Pewnie życia nie starczy mi na wszystko, ale to i tak ogromnie dużo. A przecież spełnione marzenia są niczym innym, niż początkiem następnych, dalszą drogę. Początkiem nowych myśli, które w przytłaczającej codzienności pozwalają nosić w sobie cel wydający się być poza zasięgiem możliwości, a jednak z każdą podobną chwilą udowadniam sam sobie, iż jak najbardziej realny. Taki cel to ogromna motywacja by żyć z całych sił. Przypominam sobie słowa piosenki, „żyj z całych sił, życie tli się płomieniem, co wątły i łatwo zagasić go...”, Zaczynam nucić i już nie czuję, że przemakam. Góra przeznaczenia z każdym krokiem staje się coraz bliższą. Wyraźnie widzę śnieżną skorupę pokrywającą jej zbocza, aż po sam krater. Nic nie szkodzi, myślę, dojdę, dokąd się da i zawrócę. Chata, pusta jak zwykle. Siadam na chwilę, bo znowu podoba mi się miejsce, w którym jest ustawiona. Pomiędzy stokiem, z którego spływają sodowe źródła, a wulkanicznym piargiem wznoszącym się po zaśnieżony krater. Przede mną otwiera się także widok na pozostałą część zaśnieżonego masywu, którym prowadzi szlak Tongariro Crossing. Gdyby nie wulkan piętrzący się ponad wszystkim widok byłby podobny tym, które widziałem już tak wiele razy, w naszych Tatrach, czy Alpach.
Zaoszczędziłem sporo czasu, postanawiam wiec podejść trochę wyżej. Szlak jest łatwy, więc idzie się szybko i nawet mi się to podoba, że nie muszę uważać, tylko mogę oddać się w całości podziwianiu widoków. Dochodzę do pierwszego śniegu. Twardy i zmrożony nie pozostawia złudzeń, co do tego, że w letnich trekach raczej wiele tutaj nie zdziałam. Pomimo to idę dalej. Dopóki puszcza, dlaczego nie. Z każda chwilą z letniego wręcz poranka wkraczam w całkowicie zimowy krajobraz. Zaczyna wiać zimny wiatr. Śnieg chrupie pod stopami i czym wyżej tym robi się twardszy, nie chcąc się nawet łamać w stopnie. To nic, przecież niejednokrotnie chodziłem w o wiele gorszych warunkach, maszeruję, więc dalej. Postanawiam dojść przynajmniej do podnóża stożka. Podchodząc kamiennymi, pokrytymi lodem stopniami, patrzę jak obok mnie na zaśnieżonych wulkanicznych głazach idzie wraz ze mną mój nieodłączny towarzysz, zwiastun dobrej pogody, cień. I już przełęcz, miało być kolejne trzy godziny, ale tym razem czas skróciłem o połowę. Wszystko zasypane śniegiem. Wielkie wulkaniczne głazy wyrzucone kiedyś przez wybuch, pokryte teraz układanym przez wiatr i mróz śniegiem, wyglądają jak fantazyjne rzeźby zalegające przełęcz. Skręcam w lewo. Wiem, że jest ślisko, ale szybko oceniam, że nie ma tutaj większych zagrożeń, więc dopóki buty trzymają się śniegu idę dalej. Z każdym krokiem zbliżam się do Góry Przeznaczenia. Stożek zaczyna się spłaszczać z mojej perspektywy. Buty przestają trzymać się powierzchni i coraz częściej ześlizgiwać. Waham się czy iść dalej. W końcu jestem tak blisko krateru, a z drugiej strony nieprzygotowany na śnieg miałem dojść tylko do podnóża góry. Co dalej?- Zastanawiam się. Rozglądam się jakbym szukał od kogoś podpowiedzi. Podchodzę kolejne kilka kroków. Sam nie wiem, krater piętrzy się najwyżej dwieście metrów ponad mną. Przyjechałem tu z tak daleka i miałoby mi teraz zabraknąć dwieście metrów do celu? Dziwnie, a może tak ma być. Przypominam sobie wszystkie odwroty z gór, których przecież do dzisiaj nie żałuję, bo to być może, dlatego mogę podróżować dalej. Stoję i patrzę. Próbuję przypomnieć sobie, po co chciałem tam dojść. W poszukiwaniu przeznaczenia? A może już najwyższy czas przestać zwalać wszystko na los i trochę spraw wziąć w swoje ręce. Nie wyręczać się przeznaczeniem, które i tak już mnie obdarowało. Przypominam sobie twarze wszystkich, którzy teraz myślą o mnie, czekają aż wrócę, potrzebują mnie choćby tylko na krótki moment w swoich życiach. W jednej chwili to czy wejdę wyżej staje się bez znaczenia. W końcu, jeśli nie dziś, a będzie mi zależało to będzie świetny powód, aby tutaj wrócić, tym razem z kimś jeszcze. No tak, przez ostatnie dni brakuje mi nieustannie osób, z którymi mógłbym dzielić się tym wszystkim, więc dlaczego tutaj nie wrócić jeszcze raz, choćby tylko po to, aby pokazać miejsca, które wzbudziły we mnie zachwyt. Bez żalu odwracam się i zaczynam powoli schodzić. Wracając płaskowyżem fotografuję swój cień, na śniegu, trawach, powierzchni wodnych oczek, chmurach, ziemi. Z każdego z tych miejsc macha do mnie ręką. Fajnie, bo już nie czuję się taki sam.
Tongariro National Park jest najstarszym parkiem narodowym Nowej Zelandii i drugim na świecie po słynnym amerykańskim Yellowstone. Położonym w środkowej części Północnej Wyspy. Wyjeżdżając na jakąkolwiek wycieczkę na południe, o ile tylko pogoda sprzyjała nie dało się nie zauważyć rozległego masywu Mt. Ruapehu najwyższego szczytu Północnej Wyspy ( 2797 m.n.p.m.) i stojącego trochę na uboczu Mt. Ngaurohoe. Sam płaskowyż jest również niepowtarzalnym miejscem. Można nazwać go pustynią, lecz nie taką jak sobie wyobrażamy, piaskową i bez roślinności, tylko powstałą na skutek wybuchów wulkanów równiną porośnięta niską roślinnością i pociętym licznymi wąwozami wyżłobionymi przez spływającą z krateru wodę. Na terenie parku przebiegają dwa główne szlaki, najbardziej chwalony to Tongariro Crossing, siedemnastokilometrowy szlak przecinający wulkaniczne masywy. Drugim jest The Northern Circut, znacznie jednak dłuższy, bo, aż pięćdziesięciokilometrowy i zajmujący nam od trzech-do czterech dni wędrówki. Ja planowałem rozpocząć go z parkingu położonego w lesie, na który zjeżdża się z drogi nr. 46. Oceniając jednak warunki, które panowały w masywie, czyli dużą ilość śniegu postanowiłem wrócić do Whakapapa Village. Tam z pod hotelu Chateau ruszyłem szlakiem w stronę Mangatepopo Hut. Trzy godzinny, (w złych warunkach należy dołożyć 1,5 godziny), szlak przez płaskowyż skróciłem prawie o godzinę. Wędrując po lewej ręce mam cały masyw Ngauruhoe, a na równinie słonce wraz z deszczem tworzą fantastyczne scenerie, że o tęczach nie wspomnę. Szlak jest łatwy a jedyna uciążliwością są trawy, których nie sposób ominąć, a rano są one mokre i pomimo ładnej pogody w ciągu godziny przemokłem całkowicie do pasa. Chciałem jednak przejść cały płaskowyż, ze względu na przepiękne widoki towarzyszące całą drogę. Ominąłem jedynie Taranaki Falls, lecz dysponując zapasem czasu warto zobaczyć ten piękny wodospad. W pobliże chaty można dojechać Mangatepopo Rd która odchodzi z drogi nr. 47. Z parkingu na jej końcu dzieli nas od Mangatepopo Hut dwudziestominutowy spacer. Z tego miejsca poszedłem w stronę przełęczy na której znajduje się Red Krater. Widząc jednak, iż z każdym krokiem na szlaku pojawiało się coraz więcej śniegu długo zastanawiałem się czy nie zawrócić. W końcu jednak mogłem zrobić to w każdej chwili, więc postanowiłem pójść, dokąd się da. Szlak w dalszej części również nie jest trudny a jedynym problemem było poranne oblodzenie. Czym wyżej tym więcej śniegu, tak że na przełęcz dotarłem już w zimowej scenerii przypominającej europejskie Alpy. W odległości godziny drogi od chaty warto skręcić do Soda Springs, czyli sodowych źródeł. Oprócz wyglądu przypominają o tym, że nie należy „korzystać” z wody na terenach sejsmicznych, myć się w niej, moczyć nóg, no i oczywiście pić pomimo kuszącej czystości. Przy południowym kraterze skręciłem w stronę szczytu Ngauruhoe, lecz ze względu na twardy zmrożony śnieg nie udało mi się dojść do głównego krateru. Z przełęczy oba szlaki rozchodzą się, jeden w stronę Ketetahi Hut, drugi w stronę Oturere Hut. Nie interesowały mnie noclegi w w/w chatach, więc nie znam cen, które trzeba zapłacić za noclegi. Jeżeli w zimie jest tutaj pusto i nie ma problemów z miejscami, to w lecie jest to jeden z najpopularniejszych regionów turystycznych. Jeżeli ktoś nie chce spać w chatach, przy każdej z nich znajdują się miejsca przystosowane do rozbicia namiotu. Całość trasy na przełęcz i z powrotem zajęła mi osiem godzin dość szybkiego marszu. Po powrocie na parking przy hotelu i szybkim przepakowaniu się ruszyłem w dalszą drogę tym razem do miasta Turangi, skąd wzdłuż największego w Nowej Zelandii jeziora Taupo, do wyjątkowo ładnego miasta o tej samej nazwie. Po drodze przejeżdżałem przez jedną z najbardziej znanych nie tylko w Nowej Zelandii, lecz także na świecie z połowów wyjątkowych pstrągów, rzekę Tongariro River. Hotel dla backpackerów znajduje się zaraz przy wjeździe do Taupo od południa. Nie zatrzymywałem się tam jednak tylko pojechałem dalej do sprawdzonego wcześniej hoteliku w Rotorua mieście, które opiszę w osobnym rozdziale.
9. Rotorua
Rotorua, nieoficjalna stolica Maorysów, miasto oddalone od Auckland o 230 km na południe. Położone nad jeziorem o tej samej nazwie, figuruje niemal we wszystkich przewodnikach, folderach, ofertach turystycznych jako pozycja obowiązkowa. Nie da się być na Północnej Wyspie Nowej Zelandii i nie odwiedzić Rotorua.Pierwszy raz trafiłem do miasta wracając z National Park Urewera. Jadąc drogą od strony jeziora Taupo wjechaliśmy w strefę gęstej mgły. Bartek szybko mi wyjaśnił, że to zaczęły się dolinki termalne i tutaj jest tak cały czas. Samo miasto, zostało zniszczone w 1886 r przez wybuch wulkanu Tarawera. Z czasem jednak miasto odbudowało się i teraz stanowi jedno z najbardziej atrakcyjnych miejsc na północnej wyspie, prawie całkowicie podporządkowane turystyce.
Zwiedzanie Rotorua rozpoczęliśmy od Te Puia, miejsca gdzie znajduje się Whakarewarewa Geotermal Valey, New Zealand Maori Arts And Crafts Institute, oraz Tamaki Vilage. Otwarte codziennie od 9 do 4 ( w lecie do 5) znajduje się tuż przy wjeździe do miasta. Pierwszym, co zwróciło natychmiast moją uwagę były bardzo głośne odgłosy buchającej pary. To Pohutu Geyser zaczynał rozgrzewać się do wybuchu. Erupcję tego największego w dolince gejzeru zdarzają się kilka razy na dzień i potrafi on wyrzucać słupy pary i wody prawie na trzydzieści metrów. Towarzyszy temu najczęściej tłumek turystów, gdyż widowisko jest szczególnie efektowne, a miejsce łatwo dostępne. Spacerując po całej dolince możemy zobaczyć gorące błota, oczka wodne z bulgoczącą wodą, tarasy krzemowe wyglądające jakby odlane były z lodu, a prawie spod każdego krzaka wydobywają się opary. W dolinie położona jest też w pełni odrestaurowana, Maoryska wioska, gdzie natychmiast zwraca uwagę dom spotkań Marae, w którym odbywają się pokazy Maoryskich tańców, oraz można zjeść tradycyjnie przygotowaną potrawę w tak zwanym piekarniku ziemnym(Hungi). Na mnie szczególne wrażenie zrobił taniec wojowników Haka, który możemy zobaczyć także przed każdym meczem narodowej drużyny w rugby. Na ścianach Marae zobaczyłem reprodukcje z twarzami dawnych plemiennych wodzów i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, iż są oni zdumiewająco podobni do Indian Ameryki Południowej, a niewiele mają podobieństw do mieszkańców wysp Pacyfiku. Miejscem, które chciałem odwiedzić była też New Zealand Maori Arts And Crafts Institute, szkoła gdzie podtrzymuje się tradycję sztuki maoryskiej. Między innymi rzeźbiarstwa w drewnie, a także w kamieniu i kościach zwierząt, rzadziej waleni lub delfinów. Mogłem na żywo przyjrzeć się pracy młodych adeptów przy wykonywanie płaskorzeźb, którymi zdobione są tutejsze chaty. Drewno obok tradycyjnych wzorów, jest często łączone z kolorowymi muszlami, a także w mniejszych formach, np. amuletach widziałem połączone je bardzo pięknie z kością. Tuż obok w mniejszym pomieszczeniu potężny Maorys rzeźbił amulety z najbardziej cenionego przez nich kamienia półszlachetnego o nazwie Jade, lub Greenstone, a po Maorysku Pounamu. Był wyjątkowo chętny do rozmowy i zagadnięty potrafił wiele opowiedzieć o swojej pracy tym, co wykonuje, na co zwracać uwagę przy wyborze amuletów, figurek, lub ozdób. Przybywając do Nowej Zelandii nie da się nie zauważyć licznych amuletów zrobionych z zielonego kamienia, w muzeum spotykamy stare figurki, których tradycyjne wzory nie zmieniły się od setek lat. W Nowej Zelandii wydobywa się go tylko na Południowej Wyspie i ten rodzaj Jadea nazywa się Nefryt. Jade wydobywany w Chinach nazywa się Jadeit, a różnią się składem chemicznym. Istnieją cztery tradycyjne wzory w kulturze maoryskiej i każdy z nich ma określone znaczenie, a właściwie kilka znaczeń. Fish Hook- Hei Matau, Spirala Koru, Manaia, oraz Crossover. Zainteresowanych sztuką Maoryskich amuletów, także innymi wzorami odsyłam do stron internetowych: http://www.aotearoa.co.nz/, http://www.boneart.co.nz/, http://jadefactory.com/.
Na nocleg wybraliśmy oczywiście Backpackers hotel, położony w centrum tuż przy ratuszu przypominającym architekturą klasyczne niemieckie ratusze z muru pruskiego. W hotelu nocleg kosztował 35 SNZ za dwie osoby w osobnym pokoju. Przed zaśnięciem udało nam się jeszcze odwiedzić jeden z licznych tutaj pubów, którego właściciel okazał się Belgiem, a wyemigrował do Nowej Zelandii z miasteczka w Antwerpii w którym mieszkało wielu Polaków. Ponownie pomyślałem, że świat jest coraz mniejszy a losy ludzkie absolutnie nieprzewidywalne.
Następnego dnia rozpadało się na dobre. Mieliśmy w planie odwiedzić jedną, może dwie z licznych dolinek termalnych położonych pod Rotorua. Jednak pogoda jak to często bywa zweryfikowała nasze plany. Postanowiłem do dolinek wrócić w innym terminie, a tymczasem odwiedziliśmy sklepy z pamiątkami. W centrum informacji turystycznej znajdującym się w opisanym powyżej ratuszu znalazłem tyle folderów z atrakcjami turystycznymi, że prawdopodobnie brakłoby tygodnia, abym zaliczył tylko te, które mnie interesowały. Przejażdżki konne, po okolicznych górach, rafting, zjazdy z góry na czterokołowcach, skoki na spadochronach, czyli wszystko to z czego słynie Nowa Zelandia i jeszcze znacznie więcej atrakcji można znaleźć w Rotoru. Wyjeżdżając z miasta postanowiliśmy odwiedzić jedną z nich Rainbow Springs. Piękny unikatowy park w którym można zobaczyć wiele egzotycznych dla nas roślin a rosnących na wyspie. Można tutaj także zobaczyć zwierzęta żyjące w Nowej Zelandii a w szczególności chyba najbardziej egzotycznego dla nas ptaka, ikonę tego kraju , czyli Kiwi. W nielicznych już miejscach gdzie żyją na wolności żerują tylko w nocy wiec spotkać jest go bardzo ciężko. Są one już bardzo rzadkie i chociaż w warunkach hodowlanych udaje utrzymywać się ten gatunek, to na wolności po prostu zaczęły im zagrażać np. opisywane w innych rozdziałach przeze mnie Possumy, a także łasice. Nie robię krzywdy samym ptakom, lecz po prostu pożerają ich jaja. W początkach kolonizacji wysp prze ludzi, znajdowały się tutaj tylko ptaki z największym ptakiem Moa. Tym gatunkiem akurat „zaopiekowali” się ludzie, lecz cała reszta zaczęła ptactwa zaczęła mieć kłopoty gdy zaczęto sprowadzać zwierzęta z innych kontynentów. Do dziś nie ma tutaj drapieżników mogących zagrażać ludziom, lecz już najzwyklejszy kot jest śmiertelnym zagrożeniem dla ptactwa żyjącego w mieście, które nie do końca potrafi sobie z nim radzić. Już podczas pierwszej wizyty u naszego wspólnego znajomego Andrzeja, zastanowiło mnie, dlaczego z palmy przed jego mieszkaniem rozlegają się głosy setek ptaków, podczas gdy na kilku okolicznych drzewach panowała cisza. Okazała się, że właśnie w ten sposób próbują sobie radzić z drapieżnikami, gdyż po gładkim pniu palmy nic nie może się do nich dostać. Wracając do Rainbow Springs tym, co mnie tam najbardziej interesowało były pstrągi. Dawniej namiętnie wędkując w Polsce ten gatunek ryb, bardzo mnie interesowało jak wygląda to tutaj w tym wręcz legendarnym raju dla wędkarzy. Po uregulowaniu większości rzek w naszym kraju, wyrównaniu z ziemią, co piękniejszych zakątków, kanionów, zakoli, przetrzebieniu przez kłusowników wszystkich pstrągów większych od palca, kultura połowu, pogłowie tej ryby zaczyna się dopiero odradzać. Szybko się przekonałem, że opowieści o tym wędkarskim raju nie są przesadzone, a już pierwszy pstrąg złowiony na farmie u Jacka, okazała się moim rekordem życiowym, każdy następny także. Oprócz jednego wszystkie nieodmiennie lądowały w wodzie. Zdziwiło mnie jeszcze, gdy Bartek opowiadał mi, iż gdy meldowaliśmy się przy bramie pan powiedział, iż niestety mają tutaj tylko pstrągi potokowe. Też później pokazując fotki moich ryb nie mogłem się dziwić, iż na nikim nie robiły wrażenia, po prostu tutaj większość jeździ na prawdziwe ryby na ocean.

No i po raz kolejny odbiegłem od Rainbow Springs. Do parku wpadają okoliczne rzeczki, a na jego środku znajduje się kamienna sadzawka. Do sadzawki wpływają pstrągi z okolicznych cieków. Gdy je zobaczyłem to trochę szczęka mi opadła. Największe z potokowców miały zawinięte haki dolnej szczęki prawie na czoło, a tęczaki były jeszcze większe i podejrzewam, że mogłyby się żywić tymi rekordowymi, które łowiłem tydzień wcześniej. Od razu też zrozumiałem, dlaczego na jeziorze do połowu największych ryb, łowi się tutaj wyłącznie metodą trolingową, używa się stalowych linek. Sadzawka ma jedną ścianę zrobioną z pancernego szkła, więc można było zejść na dół i dokładnie pooglądać ryby. W następnej sadzawce siedział węgorz, z którym nie chciałbym się spotkać sam na sam, miał z pięćdziesiąt lat i nie mieścił się w pieńku mającym służyć mu za schronienie. Oprócz ryb możemy zobaczyć tutaj ptaki Tui, papugi Kaka, zielone Parakeety, jaszczurki, gekkony.
Do Rotorua wróciłem kilka tygodni później, tym razem już sam. Jadąc wieczorem przez płaskowyż, patrząc jak zachodzące słońce mieni się na wilgotnych porostach, różowi na śniegach zalegających zbocza Ruapehu, zatrzymałem się na chwilę na pustej, prostej po horyzont drodze, aby zastanowić się gdzie pojechać na ostatni dzień mojej samotnej wycieczki dookoła Północnej Wyspy. Pierwszą myślą było jezioro Trupo, wynajęcie kajaka i popłynięcie do skał na jeziorze, na których można zobaczyć stare Maoryskie płaskorzeźby. Szybko dojechałem nad jezioro, a potem do miasta Taupo. Chwilę zajęło mi odnalezienie backpackers hotel, do którego trzeba skręcić w druga ulicę po wjechaniu do miasta od południa. W budynku jednak zastałem pogaszone wszystkie światła i ani żywego ducha. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pomyliłem miejsc, a potem postanowiłem, że jednak tutaj nie zostanę tylko podjadę kilkadziesiąt kilometrów do Rotorua. Do miasta dotarłem na tyle szybko, że zdążyłem jeszcze pójść do pubu obejrzeć mecz rugby pomiędzy Lions i All Blacks. Siedząc przy barze zastanawiałem się jak to możliwe, że kibice tej na pozór brutalne gry, nie mają w sobie żadnej agresji. Wszyscy siedzą razem, kibicują głośno, a tym co mnie zdumiało najbardziej, było to, że na stadionach można pić piwo, co w Europie byłoby niewyobrażalne. Na mecze chodzą całe rodziny, kibice w pubach maja od kilkunastu do kilkudziesięciu lat i każdy czuje się bezpiecznie, zupełnie inny świat.
Następnego ranka postanowiłem odwiedzić jedną z dolinek termicznych. Jest ich w okolicy nie mało, lecz zdecydowanie wolałem zobaczyć jedną dokładnie, spędzić w niej trochę czasu nie śpiesząc się, niż zaliczyć np. trzy kolejne. Mój wybór padł na opisywaną mi przez Bartka Wai-O-Tapu. Już podczas wcześniejszej wizyty w mieście chcieliśmy do niej pojechać, głównie ze względu no to, iż chcieliśmy zobaczyć Lady Knox Geyser, wybuchający codziennie, punktualnie o 10:15 na prawie dwadzieścia metrów. Wyjechałem, więc wcześnie rano drogą w stronę Taupo. Wzdłuż całej drogi mijałem ustawione drogowskazy do innych dolin, a także tradycyjnej Maoryskiej wioski i innych atrakcji regionu. Po około 16 kilometrach jadąc w gęstych oparach wydobywających się gorących źródeł przemieszanych z poranną mgłą spływającą z pobliskich wzgórz dotarłem do dolinki. Trochę się pośpieszyłem, pomiedzy zboczami wzgórz było jeszcze zimno, a promienie słońca widoczne były bardzo wysoko, w miejscu gdzie unoszące się mgły stykały się z błękitnym niebem. Dolinka otwarta jest dla zwiedzających codziennie od 8:30 do 17:00, przy czym ostatnie osoby wpuszcza się do 15:45. Pijąc kawę w przytulnym visitor center wypytałem dokładnie gdzie znajdę gejzer, który ma wybuchnąć punktualnie o 10:15. Dziewczyna stojąca za ladą poprosiła mnie abym kupił bilet, a potem wyszedł z budynku i pojechał z powrotem. Wydawało mi się w pierwszej chwili, że przy moim miernym angielskim, źle ją zrozumiałem. Wyraźnie powtórzyła jednak to samo, pokazując na mapie parking gdzie zostawiłem samochód a potem drogę, którą tutaj trafiłem. Wychodząc z budynku zapytałem jeszcze spotkanego na parkingu mężczyznę, lecz i on powtórzył mi dokładnie to samo i dorzucił, że po około kilometrze mam skręcić w lewo w leśna drogę. Za pierwszą próbą, błądząc w coraz gęstszych porannych oparach trafiłem na basen z bulgoczącymi błotami i trzech japończyków najwyraźniej szukających tego samego gejzeru. Za drugim razem trafiłem już bezbłędnie na duży parking w lesie, gdzie pan z plakietką oznaczającą, iż jest pracownikiem parku szybko wyjaśnił mi iż tutaj mam zostawić samochód, zapytał czy kupiłem bilet do parku i wskazał ścieżkę do gejzeru. Po kilkudziesięciu metrach znalazłem się niewielkim amfiteatrze gdzie za ogrodzeniem pykał sobie spokojnie niewielki gejzer i nic nie wskazywało na to, że za pół godziny wyrzuci z siebie strumienie gorącej wody. Czym bliżej było erupcji tym więcej osób zjawiało się w amfiteatrze, a ja mając w pamięci szalejący Pohutu Geyser wmawiałem sobie, że i Lady Knox trochę się ożywia. Wmawiałem, gdyż o 10:15 mały krater pykał dalej spokojnie jakby palił fajkę nie przejmując się zupełnie stojącymi za barierkami ludźmi. Wtedy jednak gdzieś z boku wyszedł pan, którego spotkałem na parkingu, opowiedział krótką historie tego miejsca, a potem wyjaśnił tajemnicę punktualności codziennych erupcji. Wyciągną zza pazuchy papierowy worek mówiąc, że gejzer trzeba trochę wspomóc trzystu gramami mydła, po czym wsypał wszystko do środka. Najpierw na krawędzi krateru pojawiła się piana, by po chwili wystrzeliły niego strumienie wody na obiecaną wysokość dwudziestu metrów. Erupcja trwała na tyle długo, że zanim woda opadła w amfiteatrze pozostało już tylko kilka osób.
Nadszedł czas na rzeczywistą część termalnego świata Wai-O-Tapu. Nie będę tutaj dokładnie opisywał całej doliny, chcąc pozostawić trochę miejsca dla wyobraźni osób, chcących odwiedzić to miejsce. Najdłuższa ścieżka ma 3 km i aby ją spokojnie przejść potrzeba około 75 minut. Tym, co mnie najbardziej urzekło w tym miejscu były kolory, jezioro wyglądające niczym paleta impresjonisty, jaskrawożółte groty, oczka wody we wszystkich kolorach, a całość otoczona różnorodnym lasem, gdzie promienie słońca nieustannie mieszały się z mglistymi oparami, nadając miejscu niepowtarzalna atmosferę. Nie wiedziałem czy mam fotografować używając na obiektywie funkcji makro, aby uchwycić miniaturowe niepowtarzalne formy ziemi, których nie widziałem nawet w własnej wyobraźni, czy próbować objąć całość, by zachować jak najwięcej z niepowtarzalnej panoramy. Cała wycieczka zajęła mi więcej czasu niż opisywane w przewodniku 75 minut, gdyż jeszcze długo nie chciałem opuszczać dolinki, w której nieustannie zmieniały się obrazy, chociaż ja nie ruszyłem się z miejsca. Po drugie czułem coraz mocniej, że gdy wrócę do Auckland, pozostaną mi ostatnie cztery dni pobytu na wyspie.
Każdy odwiedzający Nową Zelandię powinien trafić do Rotorua, miasta gdzie szybko zapoznamy się kulturą pierwszych mieszkańców tych ziem, a także miejsca, które zaoferuje nam niecodzienne widoki, niespotykane nigdzie indziej. Oczywiście to, co tutaj opisałem jest tylko niewielka częścią bogatej oferty atrakcji całego regionu i myślę, że planując odwiedzenie Rotorua, trzeba na to zarezerwować, co najmniej kilka dni. Więcej informacji możemy znaleźć na http://www.rotoruanz.com/home.asp.
10. Kilka słów o przesiadce w Hong Kongu -, centrum, lotnisku, cenach, kilku innych atrakcjach w zasięgu (np. Budda) lub wyspa Kowloon
Lecąc do Nowej Zelandii przesiadkę miałem w Hong Kongu. Ta do niedawna kolonia brytyjska, dziś już część Chin jest z pewnością warta polecenia wszystkim, którzy odnajdują przyjemność w zwiedzaniu wielkich metropolii. Niestety nie miałem zbyt wiele czasu na zwiedzanie, jedynie lecąc w tamta stronę trzynaście godzin w oczekiwaniu na przesiadkę, a w powrotnej drodze osiem godzin. Myślę, że warto podróżując tak daleko dać sobie dwa trzy dni na przesiadkę i zobaczyć miasto. Starałem się wykorzystać czas najlepiej jak się dało, czyli zobaczyć jak najwięcej, a jednocześnie poczuć, chociaż trochę klimat tego egzotycznego miasta. Już samo lądowanie, gdy samolot schodził pomiędzy brunatnymi chmurami, ponad zatokami pełnymi statków i kutrów rybackich, na sztuczną wyspę gdzie znajduje się lotnisko dostarczał emocji. Gdy wysiadłem i przeszedłem z terminalu do sali przylotów, spodobało mi się to rozległe lotnisko. Wielki bilboard nad drzwiami informował, iż właśnie znalazłem się w najlepszym na świecie porcie lotniczym. Pomimo rozległości lotniska wszystko, to znaczy wszelkie odprawy, przechodzenie pomiędzy strefami odbywało się wyjątkowo sprawnie i spokojnie. Po przejściu musiałem wypełnić standartowy druczek, z pytaniami typu, skąd, dokąd, jak długo a potem przejść kontrolę dokumentów gdzie bez zbędnych pytań wbito mi wizę turystyczną ważną trzy miesiące. Wychodząc zabrałem odruchowo dwa foldery, w których znalazłem wszystkie potrzebne mi informacje, a także kilka gotowych planów wycieczek po Hong Kongu i okolicznych terytoriach. Samo miasto Hong Kong jest tylko częścią dawnej koloni, osobna wyspą otoczoną, sąsiadującą z Kawloon oraz Nowymi Terytoriami.W pierwszej chwili poczułem się zagubiony, lecz zaraz kierowany świetnym oznakowaniem do wszelkich przydatnych podróżującym miejsc, trafiłem do informacji gdzie dokładnie powiedziano mi jak mam dojechać do Hong Kongu. Oglądając stare filmy z Brucem Lee byłem przekonany, że lotnisko znajduje się bliżej miasta, a okazało się, iż jest aż trzy wyspy dalej. Poczułem się zaskoczony i nawet pomyślałem, że być może nie zdążę zaznajomić się z miejscowymi sposobami podróżowania, aby dojechać do centrum i wrócić na dwie godziny przed odlotem. Wszystko okazało się jednak znacznie prostsze. Z lotniska do centrum, kursuje, co kilkanaście minut Airport Express, i choć to nie najtańszy środek lokomocji to jednak bardzo wygodny. Bilet w obie strony (o ile wracamy tego samego dnia) kosztuje 100 $ HK, przeliczając tak mniej więcej około 50 zł. Autobusy są z pewnością znacznie tańsze, a już najtańszą formą podróżowania są promy, tyle, że należy najpierw dotrzeć do przystani. Z tego, co się orientowałem, najbliższa z lotniska jest przystań na sąsiedniej wyspie Lantau. Podróż promem na wyspę Hong Kong to wydatek ok. 10 $ HK, w zależności od pokładu, na którym podróżujemy i trwa pół godziny. Wracając to pociągu, jechało się nim szybko i zatrzymywał się tylko w dwóch miejscach, na wyspie Tsin Yi, w Kawloon, a potem już w Hong Kongu. Cała trasa jest wyświetlana diodami w każdym przedziale nad drzwiami, tak, że nie sposób przegapić miejsca, w którym powinniśmy wysiąść. Dużo osób wysiadło w Kowloon i wertując folder zabrany z lotniska, szybko zorientowałem się, iż jest to miejsce szczególnie atrakcyjne dla turystów. Za oknem pomiędzy zatokami, stalowymi żurawiami zobaczyłem chyba największe, blokowiska, jakie będzie mi dane w życiu oglądać. Wysokie, szare, beton przy betonie sprawiały wyjątkowo przygnębiające wrażenie, a jednocześnie uświadamiały, iż w tej sześciomilionowej metropolii buduje się raczej w górę niż na boki. Po dojechaniu do centrum i pierwszym wyjściu do miasta poczułem się strasznie mały. Ogromne drapacze chmur przesłaniały dosłownie wszystko i musiałem zadzierać wysoko głowę, aby zobaczyć niebo. Byłem już w kilku niemałych miastach głównie w Europie, ale to, co tutaj zobaczyłem przerosło moje najśmielsze oczekiwania, zwłaszcza samo centrum w pierwszej chwili wydało się wręcz przytłaczające. Zwracała także uwagę niewielka liczba osób na ulicy. Szybko się zorientowałem, że na terenie ścisłego centrum większość osób porusza się zawieszonymi ponad ulicą kładkami. Przechodzi się nimi pomiędzy centrami handlowymi, biurami i wszystkimi większymi budynkami w centrum Hong Kongu. Niektóre schody nie prowadziły do dalszych budynków tylko kończyły się drzwiami do wind wywożących pracowników do biur, kilka razy trafiłem do banku, i trochę czasu zajęło mi zanim zacząłem się orientować w labiryncie korytarzy i kładek. Po około dwóch godzinach chodzenia po ścisłym centrum postanowiłem ruszyć w kierunku wzgórz piętrzących się ponad miastem. Po wyjściu z budynków, natychmiast poczułem zaduch podobny do sauny, jaki panował na ulicach. Od tamtej chwili starałem się przemieszczać, dopóki to było możliwe kładkami lub wnętrzami budynków.
Schodząc na ulicę w dalszej części Hong Kongu, czułem się trochę dziwnie, bo byłem o tej porze chyba jedynym białym spacerującym spokojnie z aparatem. Prawie każda mijająca mnie osoba przyglądała mi się z zaciekawieniem. Wąskie ulice wyglądały jak wartko płynąca rzeka ludzi, która nawet na moment nie pozostawała w bezruchu. Kilka mijających mnie osób miało założone na twarzy maski, przypominające o niedawnej epidemii SARS. Mijając kilku kloszardów siedzących w wąskich uliczka na tyłach budynków zastanawiałem się jak wytrzymują upał i udaje im się oddychać przez założone na twarz maski zrobione z reklamówek. Za głównymi wieżowcami ulice znacznie się zwężały i przez cały czas słychać było szum pracujących pełną parą klimatyzatorów. Moje zapędy eksploratorskie odwiedzenia niektórych zakamarków szybko powstrzymały zapachy wydobywające się z najwęższych uliczek. Podchodząc pod wzgórze trafiłem na wkomponowany w nowoczesny świat katolicki kościół. Było już popołudnie, więc z tamtego miejsca postanowiłem zawrócić i ponownie schować się przed zaduchem w przyjemnych klimatyzowanych budynkach. Zaczęło też dawać mi się we znaki przesunięcie czasowe, czyli plus sześć godzin w stosunku do naszego kraju. Wracając na lotnisko zasnąłem w pociągu kilka razy i po dotarciu na miejsce postanowiłem uciąć sobie drzemkę w jednym z wygodnych foteli w holu, gdyż przestawałem prawidłowo funkcjonować.
Drugi raz zawitałem do Hong Kongu w drodze powrotnej, tym razem z zamiarem odwiedzenia konkretnych miejsc, które znalazłem w folderach. Najbliższym egzotycznym miejscem była wyspa Lantau, leżąca w pobliżu lotniska. Znajduje się na niej największy na świecie, dwudziestosześciometrowy posąg Buddy, oraz Po Lin Monastery, tradycyjna świątynia buddyjska. Wokół rozciągają się piękne widoki na okoliczne zalesione góry najwyższym szczytem Lantau Paek wznoszącym się na 934 m.n.p.m.. Na wyspie możemy także dotrzeć do tradycyjnej rybackiej wioski, lecz jej już nie brałem pod uwagę, ze względu na ograniczony czas. Wędrówkę z lotniska należy zacząć dochodząc do Tung Chung Town Centre, skąd odchodzą autobusy do Po Lin Monastery. Jazda trwa około trzydziestu minut, a bilet kosztuje ok. 20 $ HK. Po lin Monastery otwarte jest do godziny 18, a posąg Buddy możemy odwiedzać do 17:30. Jedną rzeczą, na którą należy uważać przy planowaniu wycieczek jest brak skali na „lotniskowych” mapach i miejsce na pozór bliskie może okazać się dwugodzinnym marszem. Niestety moja pierwsza dokładnie zaplanowana wycieczka skończyła się już na lotnisku w Auckland, gdyż samolot spóźnił się dwie godziny. Pozostało mi jedynie jeszcze raz szybko dostać się do centrum, a pocieszeniem było to, iż dotrę tam późnym wieczorem i zobaczę Hong Kong nocą.
Dotarłem ponownie do centrum i postanowiłem najpierw skorzystać z terminali internetowych, które można znaleźć w większości kawiarni. Internet było oczywiście za darmo, no może nie całkiem, czyli, aby usiąść przy komputerze należy cokolwiek kupić. Ja zadowalałem się najczęściej kawa, lub sokiem, które kosztowały tak samo, czyli 20 $HK. O tym, że w Hong Kongu zmiany następują całkiem szybko świadczy fakt, że za pierwszym razem mogłem siedzieć bez ograniczeń czasowych, a w drodze powrotnej niemiła niespodzianka, bo zaledwie pół godziny, które szybko mija, gdy na klawiaturze większość liter jest starta (wyraźne były jedynie chińskie). Tym razem postanowiłem ruszyć w prawą stronę od stacji kolejki i spróbować podejść jak najwyżej w stronę wzgórz, aby po zapadnięciu zmroku móc obejrzeć panoramę miasta i zatoki nocą. Szybko, chyba za druga poprzeczną kładką ponad ulicą znalazłem ruchome schody, którymi postanowiłem trochę podjechać. Z dołu było widać cztery odcinki, pomyślałem, więc, że z tamtego miejsca pójdę pieszo do góry, aż zacznie robić się ciemno. Po przejechaniu tych czterech odcinków, zobaczyłem kolejne cztery, a za nimi następne i kolejne, aż ostatecznie po prawie półgodzinie wyjechałem na wzgórze. Po drodze zaliczyłem całkiem nowy sposób zwiedzania. Pomiędzy odcinkami ruchomych schodów, trzeba przejść kawałek zanim wejdzie się na następne, a cała droga powrotna prowadzi już zwykłymi schodami, które kluczą pomiędzy budynkami.
Cóż może być szczególnego w wyjechaniu ruchomymi schodami i cóż to w ogóle za zwiedzanie? Szklane budynki centrum zaczęły szybko znikać i moja trasa zaczęła prowadzić pomiędzy blisko położonymi ścianami budynków. Mogłem pooglądać sobie dokładnie mieszkania, od tych bardziej ekskluzywnych, przypominających małe atrium, do zbudowanych z blach baraków przyklejonych do pleców drapaczy chmur, w których o liczbie rodzin tam mieszkających świadczyła ilość anten satelitarnych. Małe klimatyczne kafejki, których tak niewiele znalazłem na dole, ludzie siedzący w nich i odpoczywający po dniu pracy. Zatrzymałem się ponad ulicami z targiem pełnym krzątających się ludzi, patrzyłem ludziom, którzy sprawiali wrażenie, iż cale to zamieszanie ich nie obchodzi i zajmowali się przyglądaniu pędzącemu tłumowi ze stoickim spokojem. Reprezentacyjne budynki ustąpiły miejsca poszarzałym, z instalacjami umieszczonymi na zewnętrznych ścianach. Zastanawiałem się, po co w tak bezpiecznym mieście, ktoś ogrodził blok mieszkalny drutem kolczastym. Gdzieś w połowie drogi minąłem przyszłych maratończyków, biegnących po sztucznych bieżniach tu przy szybach stykających się ze schodami, zdając sobie jednocześnie sprawę, że w mieście nie byłoby nawet gdzie pobiegać płaskim terenie. Schodząc wstąpiłem do świątyni, być może był to meczet, ale do końca nie jestem pewien, której ze wschodnich religii było to sanktuarium. Tym, co mnie w nim urzekło, było to, iż stanowiło oazę pomiędzy wysokimi na kilkadziesiąt pięter oazę. Jakiś staruszek wyszedł, popatrzył na mnie a potem nie zainteresowany pomaszerował dalej razem z kilkoma spasionymi kotami. Kolejnemu przyglądałem się jak stał pomiędzy wysokimi budynkami, ponad zatłoczoną samochodami ulicą, obok przechodzących obok elegancko ubranych ludzi. Stał w samych majtkach i ze stoickim spokojem zamiatał wejście do ukrytego gdzieś za klimatyzatorami wejścia do mieszkania. Wieczorem miasto wyraźnie zwolniło. Chociaż na pierwszy rzut oka ciągle spotykałem mnóstwo osób, to jednak zachowywali się oni już inaczej. Już nie pędzili tak szybko, nie przyglądali mi się, zobaczyłem też na ulicach znacznie więcej turystów podobnych do mnie, wędrujących powoli po rozświetlonych kolorowymi neonami ulicach i pstrykających zdjęcia. Wracając do stacji kolejki, podszedł do mnie stary Chińczyk. Poprosił grzecznie o małą darowiznę, odmówiłem, a widząc, że nie jest nachalny, powiedziałem, że wracam do domu i prawdopodobnie jestem teraz biedniejszy niż on. Uśmiechnął się spojrzał na mój aparat i powiedział, że pokaże całkiem niedaleko miejsca skąd można zrobić ładne zdjęcia Hong Kongu nocą. Dodał, ze najlepiej centrum widać z zatoki, ale skoro nie jestem na promie to nic nie szkodzi. Zaprowadził pomachał i poszedł w swoja stronę, a ja zdałem sobie sprawę, iż moja przygoda powoli dobiega końca. Później kilka zdjęć na przystani, Jutro już będę we Frankfurcie, a cała Europa to już jak dom, wszędzie blisko i jakiś taki zupełnie inny świat. Ani lepszy, ani gorszy.
Mariusz Zych




























































