Mija tydzień od prezentacji programu społeczno-gospodarczego Polski Ład. W tym czasie pojawiło się wiele analiz, rządzący ujawnili nowe informacje, był czas na dłuższą refleksję. Ponieważ czekają nas jedne z największych zmian podatkowych ostatnich lat, temat zasługuje na pogłębienie.


Nowe informacje potęgują wątpliwości. Pominę już problem polegający na tym, że nie został on zaprezentowany przez rząd, tylko przez partię – nie ma go na stronach kancelarii premiera. Mamy przez to do czynienia z degradacją roli struktur państwa na rzecz struktur partii, ale tę kwestię zostawiam politologom. Poświęcę natomiast więcej uwagi zmianom podatkowym, które są praktycznie jedynym dużym i konkretnym rozwiązaniem zaprezentowanym przez PiS. Szczegóły i analizy, które poznaliśmy w minionych dniach, wskazują, że w zmianach podatkowych tkwi wiele zmarnowanych szans. Ten program zasługuje na przemyślenie od nowa.
Są dwa istotne problemy ze zmianami podatkowymi. Po pierwsze, gros korzyści z wielkiej redystrybucji płynie do gospodarstw emerytów, przez co traci się szanse na prozatrudnieniowy wpływ reform (nie znaczy to, że emerytom nie należy pomagać, ale o tym za chwilę). Po drugie, koszty dla finansów samorządów są bardzo duże, przez co odbiera się lokalnym włodarzom swobodę kształtowania polityki społecznej.
Przypomnę, że sens zmian podatkowych polega na obniżeniu podatków od dochodów dla osób zarabiających poniżej średniej krajowej i sfinansowaniu tego poprzez wzrost podatków dla osób zarabiających powyżej 7-12 tys. zł (w zależności od tego, czy mowa o działalności gospodarczej, czy umowie o pracę). Wielu ekonomistów od dawna popierało tego typu zmiany, ponieważ mogą one korzystnie wpłynąć na aktywność zawodową. Na przykład Instytut Badań Strukturalnych szacuje, że w Polsce jest ok. 2,2 mln osób biernych zawodowo, które mogą wejść na rynek pracy po obniżeniu tzw. klina podatkowego (różnica między kosztami pracodawcy a pensją netto pracownika).
Jednak dokładne szacunki efektów Polskiego Ładu, wykonane przez ośrodek badawczy CenEA na podstawie szczegółowych danych o wynagrodzeniach i podatkach (dostępnych zwykle głównie naukowcom), wskazują, że aż 40 proc. korzyści fiskalnych ze zmian podatkowych popłynie do gospodarstw domowych osób w wieku emerytalnym, czyli grupy raczej nieaktywnej zawodowo. Tym samym traci się potencjał wspierania zatrudnienia wśród osób, które mogą pracować – najczęściej kobiet o podstawowym lub średnim wykształceniu.
Nie twierdzę, że gospodarstwa emerytów nie potrzebują wsparcia. Przeciętna emerytura w Polsce obniżyła się przez ostatnie 10 lat z ok. 52 proc. w relacji do przeciętnego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach do zaledwie 45 proc. (przy szybkim wzroście płac emerytury rosną wolniej niż wynagrodzenia). Rząd wprowadził już jednak transfer w postaci tzw. 13. emerytury, która w dużej mierze wyrównuje te straty. Ponadto wspieranie dochodów uboższych gospodarstw powinno się odbywać poprzez celowane transfery, a nie zmiany podatkowe. Warto też dodać, że obniżenie wieku emerytalnego pogłębiło problem niskich emerytur.
Jeżeli już politycy decydują się podnieść opodatkowanie najlepiej zarabiających o ok. 23 mld zł, to ten potencjał warto by wykorzystać całkowicie na wsparcie aktywności zawodowej. Bardzo potrzebujemy, by więcej osób w Polsce pracowało – będzie to korzystne dla dobrobytu wszystkich obywateli.
Inny problem, który został lepiej naświetlony w minionych dniach, to duże koszty samorządów z tytułu reform podatkowych. Ministerstwo Finansów podało, że samorządy utracą ok. 11 mld zł dochodów z PIT, co stanowi ok. 7,5 proc. ich dochodów własnych (i ok. 4 proc. ogólnych dochodów). To bardzo dużo. Wprawdzie te straty mają być wyrównane przez subwencję inwestycyjną, o czym pisałem przed tygodniem, ale oznacza to ograniczenie swobody samorządów i degradację ich znaczenia.
Tydzień temu napisałem, że Polski Ład oferuje redystrybucję, ale jednocześnie niewiele proponuje w dziedzinie modernizacji. Coraz lepiej widać, że nawet redystrybucyjna odnoga kuleje.



























































