W ostatnich miesiącach Bank Anglii narzucał tempo w kwestii obniżek stóp procentowych, sprowadzając je w styczniu do najniższego poziomu w swojej 315-letniej historii. Coraz więcej analityków mówi, że brytyjski bank centralny pójdzie w ślady amerykańskiego Fed-u i zetnie stopy praktycznie do zera. Wówczas dolar, który nadal ma pozycję podstawowej waluty rezerwowej świata, byłby dla inwestorów lepszą inwestycją niż funt.
W efekcie o godzinie 9:40 kurs GBP/USD spadał o 1%, do poziomu 1,3712 dolara, a więc najniższego od czerwca 2001. Wówczas rozpoczęła się trwająca do listopada 2007 roku hossa na funcie.
Wczoraj cios szterlingowi zadał znany inwestor Jim Rogers, który w wywiadzie dla Bloomberg Television powiedział: „Namawiam was do sprzedania każdego funta, jakiego możecie mieć. To jest skończone. Ciężko mi to mówić, ale nie pożyczyłbym Wielkiej Brytanii złamanego grosza.”
Jeszcze gorzej wygląda sytuacja brytyjskiej waluty względem jena. Dzisiaj za szterlinga płacono już tylko 123,25 jenów, czyli najmniej w historii i o 1,1% mniej niż we wtorek. Zdaniem analityków siła japońskiej waluty wynika ze zmiany nastawienia globalnych inwestorów, którzy w obliczu globalnej recesji porzucają transakcje typu carry trade, co wywołuje zwiększony popyt na japońską walutę. Z kolei przedstawiciele analizy technicznej są zdania, że jen jest już wykupiony i czeka go korekta.
Niemniej jednak waluta Japonii z jej bezpiecznym systemem bankowym i relatywnie mocnymi fundamentami gospodarczymi przez wielu inwestorów jest postrzegana jako „bezpieczna przystań” na coraz bardziej wzbudzonym morzu światowych finansów. Analitycy z banku Goldman Sachs zalecają swoim klientom zajmowanie długich pozycji na walutach państw, dysponujących nadwyżkami handlowymi. Ich zdaniem kraje te są lepiej przygotowane na kryzys finansowy, co powinno premiować japońskiego jena, franka szwajcarskiego czy koronę norweską.
K.K.

























































