Główny indeks giełdy w Szanghaju piąty dzień z rzędu zakończył sesję na plusie. Inwestorzy ze stoickim spokojem obserwują rozwój epidemii koronawirusa.
Przed tygodniem, gdy handel na parkietach w Szanghaju i Shenzhen został wznowiony po świątecznej przerwie, inwestorzy "nadrabiali straty" w stosunku do innych światowych giełd przez kilka dni dyskontujących niepewność związaną z rozprzestrzenianiem się koronawirusa za Murem. Główne chińskie indeksy zanurkowały w ubiegły poniedziałek po ok. 8 proc.
Od tamtej pory stopniowo pną się w górę. Shanghai Composite w 5 sesji zyskał ponad 5 proc., a jeszcze lepiej radził sobie jego bliźniak z Shenzhen oraz technologiczny Chinext, które już zdążyły wrócić do poziomów sprzed świątecznej przerwy. Na dobrej drodze jest zrzeszający największe spółki z dwóch głównych parkietów CSI300.
Dlaczego chińskie giełdy nie spadają?
Chcąc zahamować rozprzestrzenianie się epidemii koronawirusa, władze wprowadziły drakońskie ograniczenia w przepływie ludzi i dóbr, fabryki wstrzymały pracę, a mieszkańcy większość czasu spędzają w domach. Wciąż trudno oszacować, jak długo aktywność gospodarcza pozostanie zduszona, a do tego pączkują wątpliwości dot. wiarygodności oficjalnych danych o skali zachorowań.
Utrzymująca się wysoka niepewność powinna w teorii przestraszyć inwestorów. Tak się jednak nie dzieje - na giełdach za Murem panuje stoicki spokój. Dlaczego? - Stabilizacja i odbicie na giełdzie w ciągu ostatnich kilku dni wskazuje na zwiększoną odporność chińskiego rynku finansowego, który stopniowo dojrzewa - twierdzi zastępca szefa banku centralnego.
Naturalnie nasuwająca się odpowiedź jest jednak inna - interwencja chińskich władz. Ludowy Bank Chin dba o dostarczanie płynności na rynek i obniża krótkoterminowe stopy procentowe, a regulator nieoficjalnie zabrania głównym funduszom inwestycyjnym i ubezpieczycielom redukowania pozycji. Co więcej, pieniądze z własnych kieszeni wykładają zarządzający funduszami - jak donosi chińskie zrzeszenie branżowe, pracownicy 26 z nich wydali na zakup akcji 2 mld juanów (ponad miliard złotych) w kilka dni. Z kolei brokerzy mieli otrzymać nakaz ograniczania klientom możliwości krótkiej sprzedaży, czyli gry na spadki notowań. Być może do akcji wkroczyła również "drużyna narodowa", czyli grupa inwestorów instytucjonalnych kontrolowana przez władze. Szacuje się, że w ich portfelu znajduje się ok. 5 proc. chińskich akcji, wartych ok. 3 bln juanów. W razie potrzeby mają oni do dyspozycji idące w setki miliardów juanów środki.
Jednak wcale nie jest powiedziane, że ostatnie wzrosty są w głównej mierze efektem bezpośrednich ruchów inspirowanych przez władze. Chińska giełda jest rajem dla spekulantów, oderwanym od realnej gospodarki - czynniki fundamentalne mają marginalne znaczenie, liczy się umiejętność przewidywania sentymentu inwestorów (indywidualnych, których liczba sięgała 150 mln) i działań Pekinu. Wbrew pozorom nie ma w tym nic nieracjonalnego. Taki po prostu musi być "rynek", na którym absolutnie nie można ufać raportom publicznych spółek czy nawet podstawowym informacjom o ich akcjonariacie, nie wspominając o danych makroekonomicznych czy nieprzejrzystym procesie decyzyjnym na szczytach władzy. Po głębokich spadkach sprzed tygodnia inwestorzy po prostu poczuli, że warto skorzystać z "przeceny". Taki mają klimat.
Przeczytaj także
Maciej Kalwasiński
























































