Przeszło 3,5-procentową stratę zanotował we wtorek indeks Shanghai Composite. Najbardziej znany chiński wskaźnik giełdowy z trudem obronił psychologiczny poziom 3.000 punktów. Wydaje się, że władze nie mają już środków, aby wygrać z rynkiem.


Shanghai Composite (SHC) spadł o 3,52%, kończąc wtorkową sesję z wynikiem 3.005 punktów, w końcówce handlu kilkukrotnie przechodząc przez poziom 3.000 pkt. Niektórzy komentatorzy są zdania, że to właśnie tego poziomu bronią chińskie władze, aby nie dopuścić do powrotu paniki z czerwca i sierpnia. Od czerwcowego szczytu SHC spadł łącznie o 42%.
Inwestorzy już wiedzą, że akcje są skrajnie przewartościowane i że trudno będzie znaleźć kupców na taniejące i wciąż zbyt drogie papiery. Dlatego zlecenia ze strony państwowych „funduszy ratunkowych” wykorzystywane są jako ostatnia szansa na ewakuację z rynku. Państwo jak zwykle występuje w roli „ostatniego frajera”, skupując akcje wyceniane na 45-krotność zaraportowanych zysków spółek (to mediana C/Z na chińskich giełdach).
Do milionów inwestorów indywidualnych dołączyły chińskie fundusze inwestycyjne. Na koniec sierpnia aktywa 569 otwartych funduszy akcji działających w Chinach stopniały do 724,8 mld juanów wobec 1,3 biliona CNY na koniec lipca. To spadek aż o 44%, podczas gdy Shangai Composite stracił w sierpniu „tylko” 12%. Taka sytuacja najprawdopodobniej oznacza, że klienci chińskich funduszy zaczęli masowo umarzać jednostki uczestnictwa, zmuszając zarządzających do sprzedaży akcji.
ReklamaZobacz także
Do pozbywania się akcji zachęcają nie tylko słabe dane makro z Chin. We wtorek inwestorów z Azji rozczarował Bank Japonii, który nie zdecydował się na zwiększenie i tak już epickiego programu skupu aktywów, potocznie zwanym „drukowaniem pieniędzy”. BoJ nadal będzie „drukował” 80 bilionów jenów rocznie, skupując obligacje skarbowe, korporacyjne oraz jednostki ETF.
































































