„Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.” – określa art. 64 Konstytucji RP. A podpunkt trzeci tego artykułu dodaje: „Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności.”

Źródło: Thinkstock
Problem w tym, że większość polskiego ustawodawstwa dotycząca własności nieruchomości stoi w sprzeczności z istotą prawa własności rozumianego jako prawo do swobodnego dysponowania, korzystania i pobierania pożytków.
W praktyce „właściciel” ziemi w Polsce niewiele może zrobić bez zgody państwa. Zezwolenia wymaga na przykład postawienia własnego domu na własnym gruncie i za własne pieniądze. To urzędnik mówi, gdzie i co można zbudować oraz skontroluje, czy wolno ci zamieszkać w postawionym przez ciebie domu.
Wyłomem w prawie własności jest kwestia praw do złóż, które leżą w TWOJEJ ziemi. Zgodnie z polskim prawem WSZYSTKIE kopaliny znajdujące się pod powierzchnią gruntu należą do Skarbu Państwa. Żeby z nich skorzystać musisz: a) uzyskać odpowiednie zezwolenia, b) zapłacić państwu podatek (opłatę eksploatacyjną). Co więcej, taka konstrukcja prawa geologicznego zakłada, że na twoją działkę mogą wejść pracownicy firmy wydobywczej i bez twojej zgody rozpocząć wydobycie np. gazu z łupków.
Zobacz także
Wyłączone z prawa własności są nie tylko kopaliny, ale też np. drzewa i zwierzyna łowna. Sarna stojąca na twoim polu nie jest twoja, należy do państwa. Nawet na legalne wycięcie drzewa, które sam zasadziłeś, potrzebujesz zezwolenia odpowiedniego urzędnika. Jeśli na swoim gruncie znajdziesz garniec pełny złotych monet z czasów Mieszka I, to przepadną one na rzecz Skarbu Państwa. Nie mówiąc już o tym, że rząd może cię wywłaszczyć (oczywiście za „godziwym” odszkodowaniem) – czyli po prostu odebrać ci grunt, jeśli planuje budowę autostrady czy zbiornika wodnego.
























































