Rok temu, 12 kwietnia 2013 roku, doszło do załamania notowań kontraktów terminowych na złoto na nowojorskiej giełdzie towarowej (COMEX) - powszechnie utożsamianych z "ceną złota".

Źródło: Thinkstock
12 i 15 kwietnia 2013 roku kurs złota na Comeksie spadł łącznie o ponad 13%. Dziwnych "zbiegów okoliczności" w postaci nadzwyczajnej narady bankierów z prezydentem Obamą, niecodziennej rekomendacji "sprzedaj" od Goldman Sachs i "przypadkowej" awarii na giełdzie w Londynie (gdzie handluje się fizycznym złotem) do dziś nie wyjaśniono.
Rok po krachu jesteśmy za to bogatsi w wiedzę o tym, co wydarzyło się później. Po tym, jak w kwietniu kurs złota spadł z ok. 1.600 do 1.320 dolarów za uncję, następne dwa tygodnie przyniosło odreagowanie i powrót w okolice 1.500 USD/oz.
Jednak maj i czerwiec przyniosły drugą, wręcz paniczną wyprzedaż złotych kontraktów, sprowadzając ich kurs do 1.180 USD/oz na koniec drugiego kwartału. Był to najsilniejszy kwartalny spadek cen złota od 32 lat. Przy cenie 1.180 USD/oz. żółty metal był najtańszy od trzech lat i o 39% tańszy niż na szczycie z września 2011 roku.
Papier się sypie, a metalu brakuje
Po kwietniu i czerwcu bessa na rynku złota stała się bezdyskusyjnym faktem. Globalne banki inwestycyjne na wyścigi obniżały rekomendacje dla złota: najwięksi pesymiści widzieli ceny poniżej tysiąca dolarów za uncję. Panika ogarnęła spekulacyjnie nastawionych posiadaczy jednostek typu ETF (Exchange Traded Funds), które w całym 2013 roku upłynniły 880,8 ton złota, redukując stan posiadania z grubsza o 1/3. Nastroje, jakie pod koniec roku zapanowały na rynku "papierowego złota", były typowe dla dna bessy.
Jednakże po kwietniowym krachu stało się coś, czego nie przewidział chyba żaden z analityków z Wall Street. Ludzie "z ulicy" dosłownie rzucili się na nagle przecenione złoto. Przed dilerami ustawiały się długie kolejki chcących nabyć fizyczny metal po okazyjnej cenie. Gdzieniegdzie - zwłaszcza w Azji - pojawiły się braki w mennicach i dystrybutorach kruszcu.
Epicki transfer złota
W rezultacie popyt na fizyczny metal - zarówno na złoto inwestycyjne jak i jubilerskie - w 2013 roku osiągnął rekordowy poziom. Na całym świecie kupiono 1.654,1 ton złota inwestycyjnego, czyli o 28% więcej niż rok wcześniej. Nie byłoby takiej eksplozji popytu na fizyczne złoto, gdyby nie silny spadek jego ceny, który w całym 2013 roku wyniósł.... 28%.
Znamienny jest fakt, że złoto wyprzedawane przez amerykańskich inwestorów (za pośrednictwem notowanych głównie w Nowym Jorku funduszy ETF) kupowali przede wszystkim mieszkańcy Azji. 400-uncjowe sztaby wyprzedawane przez ETF-y były przetapiane na wielką skalę na mniejsze sztabki, które następnie znajdowały nowych właścicieli w Bombaju, Hong Kongu czy Bangkoku. Nienasycony był przede wszystkim popyt w Chinach, których mieszkańcy kupili 1.065,8 ton (o 32% więcej niż rok wcześniej).
Transfer złota z Zachodu na Wschód to wydarzenie historyczne, którego długofalowe konsekwencje w pełni poznamy dopiero za kilka lat. Za to w sensie inwestycyjnym była to informacja jednoznaczna: nastąpił przepływ złota ze słabych rąk spekulantów z Zachodu do długoterminowych inwestorów z Azji, którzy nie chcą na złocie zarobić, tylko po prostu je posiadać.
Co będzie za rok?
Rok po krachu złoto wciąż jest o przeszło 18% tańsze niż przed tym wydarzeniem. Choć od początku stycznia żółty metal podrożał o blisko 10%, to sytuacja pozostaje niejednoznaczna. O ile długoterminowe fundamenty złota są w mojej ocenie mocniejsze niż kiedykolwiek w ostatniej dekadzie, to w średnim i krótkim terminie dalsze spadki nie są wykluczone.
Po pierwsze dlatego, że nadal nie widać inflacji na poziomie CPI będącej efektem bezprecedensowej ekspansji monetarnej. Po drugie, banki centralne (poza Japonią) sugerują ruch w stronę normalizacji polityki pieniężnej (tj. ograniczenia QE i podwyżki stóp). Nawet jeśli jest to tylko zasłona dymna dla bezterminowej kontynuacji dodruku pustego pieniądza i zerowych stóp procentowych, to rynki uwierzyły w deklaracje Fed-u, EBC czy Banku Anglii.
Po trzecie, kryzys nadmiernego zadłużenia - podobnie jak w 2010 roku - wszedł w swą uśpioną fazę. To znaczy: długi cały czas szybko rosną, ale wszyscy udają, że tego nie widzą lub że nie stanowi to problemu. Powrót na rynek długu Grecji czy rekordowo niskie rentowności obligacji Włoch wcale nie muszą oznaczać końca zadłużeniowego kryzysu.
Po czwarte, w świecie finansów trwa wiara w iluzję ożywienia gospodarczego, która wraz z falą nowo kreowanego pieniądza pcha giełdowe indeksy ku historycznym rekordom. Po co komu złoto, skoro na akcjach zarabia się po 20% rocznie?
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl

























































