Tygodniowy komentarz Rynku Walutowego
Ubiegły tydzień był niewątpliwie bardzo udany dla naszej waluty. Złotówka po raz kolejny wzmocniła się głównie na fali wzmożonego popytu na polskie papiery skarbowe, których rentowność jest obecnie jedną z najwyższych w Europie. Jak widać chciwość przeważa nad strachem wśród zagranicznych inwestorów i stąd taki zapał w kupowaniu polskiej waluty. Czy jest to zachowanie racjonalne nie mnie osądzać. Najwyraźniej szybko zapomina się o kryzysach walutowych (Tajlandia, Rosja, obecnie Turcja). Zanim spróbuję opisać mechanizm samonapędzającego się wzmacniania złotówki proponuję spojrzeć na wykres przedstawiający kurs koszyka walutowego wyznaczanego jako średnia z kursu USD i EUR. Wykres w ujęciu tygodniowym (obserwacje z piątków) ma dość ciekawy kształt potrójnego szczytu na poziomie 4,3623. Czy jest to tylko czysty przypadek? A może największe banki operujące na naszym Foreksie również obserwują kurs tak wyznaczonego koszyka walutowego i widząc klasyczna formację potrójnego szczytu postanowiły nie kusić losu i wcześniej rozpoczęły wyprzedaż walut obcych? Taki dynamiczny zwrot kierunku spowodował przerwanie linii pierwszego trendu rosnącego zapoczątkowanego w połowie marca. Przerwanie tego trendu nastąpiło na poziomie 4,23 złotego za koszyk. Obecnie najbliższym wsparciem jest kurs 4,10 (lokalny dołek z 18 sierpnia 2000) a jeżeli to nie powstrzyma umacniania się złotówki, to następne wsparcie jest na poziomie 4,05, czyli na linii dłuższego trendu rosnącego zapoczątkowanego lipcu 1999 roku.
Spójrzmy teraz na wykresy obydwu walut wchodzących w skład tego koszyka. Patrząc na wykres euro w ujęciu tygodniowym możemy dostrzec opadające kliny oraz opór na poziomie 3,9740 złotego. W krótszym okresie czasu można też dostrzec właśnie przerwany trend rosnący. Szczególnie jest to widoczne na wykresie dziennym Tak więc wszystko wskazuje na to, że złotówka względem euro może dalej się umacniać w nadchodzących tygodniach. A jeszcze niedawno ja sam wskazywałem na groźbę kryzysu walutowego w Polsce... No cóż kryzys został odłożony w czasie, lecz cały czas będzie nad nami wisiał jak miecz Damoklesa. No chyba, żeby nagle miała się poprawić sytuacja makroekonomiczna w Polsce. Jak na razie nic na to nie wskazuje, a podobne zdanie na ten temat prezentuje Piotr Kuczyński w subiektywnej Takie umacnianie się złotego może być tzw. syndromem kwitnącego kaktusa znanego w ekonomii zjawiska polegającego na tym, iż tuż przed ostatecznym upadkiem firmy, pojawiają się oznaki dziwnej poprawy jej kondycji finansowej (chodzi tu głównie o wykres kosztów jednostkowych, które u firm mających kłopoty zaczynają rosnąc coraz to szybciej wraz ze wzrostem produkcji, a potem tempo wzrostu kosztów jednostkowych ulega zwolnieniu i koszty te rosną coraz wolniej jest to już stan bezpośrednio poprzedzający upadek firmy). Nie pora jednak wdawać się w dyskusję na temat mikroekonomicznych aspektów gospodarowania. Chciałbym jedynie zwrócić uwagę na analogię. Być może właśnie tworzą się takie podwaliny pod kryzys walutowy. Obym nie miał racji.
Zobaczmy jeszcze jak wygląda wykres kursu dolara Tutaj także widzimy klasyczną formację, która wskazuje możliwość dalszego spadku kursu dolara nawet do poziomu 4,30 złotego. O formacji RGR widocznej na wykresie wspominał również wielokrotnie Piotr Kuczyński wielokrotnie i jak widać formacja ta realizuje się książkowo. Siła tej formacji była nawet w stanie przełamać trend rosnący kursu dolara. Przełamanie to nastąpiło na poziomie 4,22 złotego. Obecnie możliwy jest więc powrót do przebitej linii trendu, co być może nastąpi w ciągu najbliższych dni.
ReklamaZobacz także
Wróćmy jeszcze na chwilę do wykresu koszyka walutowego i kursu euro. Jeżeli po zrealizowaniu docelowego umocnienia się złotego nastąpi jego osłabienie, to powinniśmy mieć się na baczności. Miejmy nadzieję, że ani opadający klin na euro ani potrójny szczyt na koszyku nie będą przyczynkiem do gwałtownego wzrostu walut obcych. Nie zazdrościłbym w takiej sytuacji osobom i firmom zadłużonym w dewizach....
Na początku komentarz obiecałem wyjaśnić mechanizm samo nakręcającej się spirali umacniania złotego. Spójrzmy wobec tego jak to mniej więcej wygląda.
Parę miesięcy temu pierwsi odważni inwestorzy zagraniczni oraz polskie banki postanowiły rozpocząć odkupywanie polskiej waluty (wcześniej sprzedanej w popłochu), celem zwiększenia zakupów coraz bardziej rentownych bonów skarbowych. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy za sprzedane euro i dolary otrzymali oni średnio około 4,35 złotego. Zakupili następnie bony skarbowe, których rentowność do wykupu wyniosła 18% w skali roku. Na skutek zwiększonego popytu na te papiery ich rentowność przestała wzrastać i ustabilizowała się na poziomie owych 18%. Oznacza to, że od tego momentu cena rynkowa bonów zaczęła wreszcie rosnąć (w przypadku papierów o stałej stopie procentowej przy spadku rentowności rośnie ich cena bieżąca i na odwrót przy wzroście rentowności ich cena spada). Skoro tak, to pojawiają się kolejni odważni chcący kupić tak szybko drożejące papiery. W końcu trend is your friend. Napływa coraz więcej kapitału z zagranicy i wymienia się na złote na Foreksie. To powoduje dalsze umacnianie się złotego. Mijają 4 tygodnie. Kurs złotego rośnie i obecnie za koszyk trzeba płacić już tylko 4,20 złotego, co oznacza wzrost wartości o 3,57% w ciągu 4 tygodni (ponad 50% w skali roku!!). Widzimy na razie zysk z różnic kursowych. Teraz zobaczmy jeszcze co się w tym czasie działo z bonami skarbowymi. Po tych 4 tygodniach rentowność bonów spadła tylko nieznacznie z 18,06% do 18,00%, czyli o 6 pkt. bazowych. Ale najważniejsza jest ich cena na rynku. O ile 4 tygodnie wcześniej przy rentowności 18,06% kosztowały one 8470 złotych (wartość nominalna bonu to 10 tysiące złotych wypłacana posiadaczowi w dniu wykupu na przykład po 52 tygodniach; czyli płacąc 8470 złotych i po roku otrzymując z tego 10 tysięcy, uzyskujemy właśnie rentowność 18,06%), to po 4 tygodniach ich cena wzrosła do 8584 złotych (przy cenie zakupu 8584 złotych i otrzymaniu wartości nominalnej 10 000 po 11 miesiącach pozostałych do wykupu, rentowność właśnie wynosi 18% w skali roku). Oznacza to wzrost ceny o 1,34% w ciągu miesiąca. Przyjmijmy teraz, że co bardziej niecierpliwi inwestorzy postanowili zrealizować teraz zyski z inwestycji w polskie bony skarbowe. Zobaczmy jak wyglądał ich kapitał przed inwestycja i po 4 tygodniach tej inwestycji.
Jeżeli 4 tygodnie wcześniej wymienione zostało 1 milion dolarów (lub euro) po cenie 4,35 złotego, to oczywiste jest, iż otrzymano 4 miliomy 350 tysięcy złotych. Za 4.350 tys można było kupić 513,577 bonów skarbowych po cenie 8470 złotego za sztukę (oczywiście nie można kupić ułamkowej części bonu, lecz nie jest to dla nas ważne, gdyż można przecież wymienić nie 1 milion, ale 100 milionów dolarów). Te 513,577 bonów po miesiącu można było sprzedać po cenie 8584 złotego inkasując w ten sposób 4 miliony 408 tysięcy 425 złote. Wymieniamy teraz złote na dolary (lub euro) po kursie 4,20 i otrzymujemy 1 milion 49 tysięcy 625 dolarów (lub euro). W porównaniu do kwoty startowej oznacza to wzrost wartości portfela o 4,96% (ponad 78% w skali roku!!) wyrażonego w walucie obcej!
Czyż nie jest to piękne? A na deser ostatnia wiadomość. Ci, którzy są bardziej cierpliwi i poczekają aż rentowność bonów spadnie do 17%, to ich zyski liczone w skali roku mogą przekroczyć grubo ponad 100% liczone w dolarach (lub w euro). Teraz już wiemy skąd ta chciwość. A wszystko rzeczywiście wskazuje na to, iż rynkowe stopy procentowe w Polsce mogą spaść po nowym roku (WIBOR i bony skarbowe). Na razie tylko rynkowe, gdyż RPP stanowczo zaprzecza jakoby miał obniżyć stopy oficjalne wcześniej niż po półroczu 2001. Spadku rynkowych stóp procentowych po nowym roku oczekują uczestnicy rynku międzybankowego (głównie banki) o czym świadczy kształt krzywej dochodowości oraz prognozy rynkowe wykonane metodą forward. Ale to już inna historia. Już wkrótce o zawiłościach rynku pieniężnego będę pisać w nowym dziale rynek pieniężny na stronach Euromoney (myślę, że już za tydzień).
Na zakończenie zobaczmy co działo się w ubiegły tygodniu na największym rynku walutowym jakim jest rynek EUR/USD oraz na dwóch nieco mniejszych rynkach USD/JPY i EUR/JPY.
Na wykresie tygodniowym eur/usd widzimy, że kurs euro do dolara zaczyna zmieniać trend ze spadkowego na rosnący. Przełamane zostały dwa najszybsze trendy spadkowe oraz naruszony (na razie tylko cieniem świeczki) silny opór na poziomie 0,8845. Sądzę jednak, że ruch w kierunku 0,9200 jest nie zagrożony i być może już w tym lub przyszłym tygodniu zobaczymy w serwisach informacyjnych taki właśnie poziom dolara za euro. Tutaj za wzmacnianiem się euro stoją fundamenty. Wszystko bowiem wskazuje na to, że wieloletni cykl silnego wzrostu gospodarczego w USA właśnie ulega zakończeniu. Inaczej jest w strefie euro, gdzie powoli dostrzegamy oznaki coraz szybszego wzrostu gospodarczego. To oczywiście spowoduje spadek stóp procentowych w USA (być może już 19 grudnia?) oraz wzrost stóp w europie. Jak wiemy pieniądz zawsze płynie tam (szczególnie ten portfelowy), gdzie najwięcej można osiągnąć zysku, choćby z lokat bankowych i papierów skarbowych (vide: Polska). Obecnie chyba właśnie ci pierwsi najodważniejsi zamieniają dolary na euro, a że warto być odważnym niech świadczy opisana wcześniej sytuacja na naszym rynku. Na rynku euro-usd sytuacja jest nawet mniej niebezpieczna niż na naszym foreksie, gdyż tam ryzyko kryzysu walutowego w strefie euro jest naprawdę znikome, choć nie niemożliwe (vide: kryzys funta brytyjskiego kilkanaście lat temu).
I jeszcze jeden ciekawy wykres pokazujący kurs euro do dolara w bardzo długim okresie czasu (eur/usd) wartość euro została wyliczona wstecz na podstawie stałego parytetu wymiany kursu marki niemieckiej. Czy to już obecnie koniec słabnięcia euro? Czy może czeka nas jeszcze jedna fala deprecjacji do poziomu 0,75 dolara za euro? Jedno nie ulega wątpliwości na wykresie tym można by narysować odwrócony spodeczek, który realizuje się klasycznie...
I na zakończenie kilka słów na temat rynków usd/jpy i eur/jpy
Rynki te są naprawdę dla mnie nie zrozumiałe. Nic nie tłumaczy długotrwałego trendu umacniania się waluty japońskiej względem dolara i euro. Za obie te waluty płaci się w Japonii coraz mniej. Gospodarka cały czas słaba, a mimo to waluta tego kraju dużo silniejsza niż rok wcześniej. Zapewne większość uważała, że po tak długim okresie recesji musi nadejść okres prosperity i już teraz wchodzi na ten rynek. Być może takie ryzyko się opłaci. Może ostatnie kilka tygodni jest wreszcie długo oczekiwaną zmianą trendu? Może nareszcie jen zacznie tracić tak jak wymaga tego teoria parytetu stóp procentowych? Z zaciekawieniem będę obserwować obydwa te rynki w najbliższych tygodniach.
Jacek Maliszewski

























































