Powoli wyjaśnia się sytuacja wokół czwartkowego załamania na rynku japońskiego jena. Jest dość prawdopodobne, że za wszystkim stała kombinacja niskiej płynności oraz działania inwestorów detalicznych z Kraju Kwitnącej Wiśni.


Od kilku miesięcy Japończycy mają nowy sposób na zarabianie pieniędzy. Zajmują długie, lewarowane pozycje na lirze tureckiej, kupując ją za japońskiego jena. Zarobek wynika nie z różnic kursowych, lecz z różnicy w oprocentowaniu obu walut. Stopa procentowa Banku Japonii od trzech lat jest ujemna i wynosi -0,1%. Tymczasem we wrześniu 2018 roku turecki bank centralny podniósł oprocentowanie liry do 24%.
Różnica jest więc ogromna i bardzo kusząca. Przy wykorzystaniu wysokiej dźwigni finansowej w dostępnej w ramach kontraktów terminowych (lub CFD) można więc dużo zarobić. Oczywiście pod warunkiem, że kurs JPY/TRY nie pójdzie ostro w górę – czyli nie dojdzie do zbyt mocnego osłabienia liry względem jena.
A właśnie taka sytuacja przytrafiła się w nocy z 2 na 3 stycznia. Doszło wtedy do nagłego, lecz przejściowego załamania notowań na parach z jenem japońskim. Najgwałtowniejsze ruchu zaobserwowano na parze jen-dolar australijski oraz jen-lira turecka. Już wtedy mówiono, że bezpośrednią przyczyną tego nagłego krachu były duże zlecenia sprzedaży tureckiej liry generowane przez japońskich inwestorów detalicznych. Przypuszczano, że były to zlecenia obronne (stop-loss) uruchomione automatycznie w razie przekroczenia przez kurs jena określonego poziomu.
Hipotezę tę potwierdzają najnowsze dane giełdy w Tokio, według której w zeszły czwartek indywidualni inwestorzy zmniejszyli długą pozycję netto w kontraktach na lirę turecką aż o 42 473 kontrakty i był to najsilniejszy spadek od sierpnia – podaje Bloomberg. Co ciekawe, istotnej zmiany nie odnotowano w przypadku kontraktów na dolara australijskiego,choć to na parze AUD/JPY mówiło się wtedy najwięcej.
Sytuację pogorszyła niska płynność – w Japonii był to czwarty z rzędu dzień wolny od pracy, więc na rynku nie było japońskich inwestorów instytucjonalnych, którzy w normalnych warunkach zapewne byliby drugą stroną transakcji zainicjowanych przez inwestorów detalicznych.
„Kwestie płynnościowe zapewne odegrały rolę, ale zasadniczym paliwem tego ruchu były kwestie fundamentalne. Uważamy, że nagły krach na jenie i jego późniejsze konsekwencje wskazują, że rynek jest w trakcie wyboistego dostosowania do nowej dynamiki popytu” – tak sytuację skomentowali w raporcie dla klientów analitycy Goldman Sachs.
KK


























































