Środowa sesja przyniosła spadki notowań metali - zarówno szlachetnych, jak i przemysłowych. Potaniała także ropa naftowa. Spokojne przez ostatnie tygodnie rynki surowcowe zaczynają nabierać wigoru.


Na dzień przed spotkaniem bankierów centralnych w Jackson Hole, rynki finansowe budzą się z wakacyjnego letargu. Po serii 30 arcynudnych sesji na Wall Street, w środę Nasdaq spadł o 0,8%, a S&P 500 o 0,5%. Rozruszał się także sektor surowcowy, który, z wyjątkiem ropy naftowej, przez ostatnie tygodnie także był pogrążony w wakacyjnej flaucie.
Zaczęło się od miedzi, która w środę potaniała o 1,6% po tym, jak we wtorek notowania czerwonego metalu spadły o 1,1%. W rezultacie miedź osiągnęła najniższe ceny od dwóch miesięcy, schodząc do 4601 USD za tonę.
Potem przyszła kolej na srebro, które po piątkowym wyłamaniu się z wakacyjnej konsolidacji, w środę, straciło kolejne 1,4%, powiększając straty do 6% w ciągu czterech ostatnich sesji.
Następnie „ktoś” wyciął standardowy – aczkolwiek od dłuższego czasu niewidziany – numer na złocie. Tuż po otwarciu sesji w Nowym Jorku rzucono na rynek zlecenie sprzedaży 10 000 kontraktów opiewających na złoto o wartości 1,5 mld USD. To standardowa zagrywka dużych manipulatorów, którzy w ten sposób zwykli inicjować korekty na zbytnio przegrzanym rynku.
Później do ruchu spadkowego dołączyła ropa naftowa, której ceny na giełdzie nowojorskiej spadły o prawie 1,8%. Tu katalizatorem spadków były cotygodniowe dane o zapasach paliw. Rezerwy surowej ropy zwiększyły się o 2,5 mln baryłek, co zaskoczyło analityków spodziewających się spadku o 0,5 mln brk. Zaskoczył także przyrost zapasów gotowej benzyny i innych destylatów, gdzie także prognozowano ubytek rezerw.
Krzysztof Kolany























































