REKLAMA

Siła pragnień

2010-10-08 12:14
publikacja
2010-10-08 12:14

Nie zdajemy sobie sprawy z pokładów woli i determinacji, które mamy w sobie. Wiele osób rezygnuje i nie odkrywa ich nigdy – rozmowa z Rafałem Sonikiem, przedsiębiorcą, sześciokrotnym mistrzem Polski w Enduro i Motocrossie quadów

Justyna Kopińska: Człowiek jest tak skonstruowany, że wszystko zniesie. Jakie są nasze ograniczenia?

Rafał Sonik: Brak determinacji i konsekwencji. Znam osoby, które mnóstwo planują, jednak niewiele z tych planów wcielają w życie. Spotykałem też ludzi, którzy porywają się z motyką na słońce i poprzez wyjątkową determinację dopinają niewiarygodnie ambitnych celów. Znam przedsiębiorcę, który w ciągu dwóch lat 10-krotnie powiększył swoją firmę. Wierzył w nią tak bardzo, że ze wszystkich stron pozyskiwał partnerów do współpracy: banki, fundusze, finansowanie itd. Każdy był przez niego, w pewnym sensie, oczarowywany. Nie kwiecistością słów, które wypowiadał, lecz wiarą w możliwości firmy. Nie zdajemy sobie sprawy z pokładów siły woli i determinacji, które mamy w sobie, dlatego wiele osób rezygnuje i nie odkrywa ich nigdy.

Justyna Kopińska: Jakie są powody rezygnacji?

Rafał Sonik: Przyczyn jest zapewne dużo. Myślę, że szczególnie brak wiary w siebie i narzucanie zbyt dużego tempa. W połowie życiowego dystansu jesteśmy tak wyczerpani, że nie ma w nas woli ani sił, żeby biec dalej. Mając niewiele ponad trzydzieści lat zacząłem obserwować takie oznaki u siebie. Praca i osiągnięcia zawodowe przestały sprawiać mi przyjemność. Zrozumiałem, że potrzebuję czegoś z zupełnie innej dziedziny. Wróciłem do sportu wyczynowego i odnalazłem dawne emocje.



J.K.: Słowo biznes ma dla Pana pejoratywne znaczenie?

R.S.: Utarło się przekonanie, że biznes jest synonimem spekulacji, kupowania i sprzedawania dla samego faktu zysku na transakcji. Oczywiście nie umniejszam znaczenia tego działania, ale większą wartość ma dla mnie przedsiębiorczość. Rozumiem ją jako tworzenie i utrzymywanie miejsc pracy, budowanie wartości, pozyskiwanie nowoczesnych technologii, funduszy inwestycyjnych itp. Przedsiębiorczość to dla mnie pomysł, determinacja w jego realizowaniu, odpowiedzialność za przebieg, zatrudnianie i utrzymywanie stanowisk. Z czasem w przedsiębiorczość wpisana jest także odpowiedzialność społeczna. Świadomi społecznie przedsiębiorcy wychodzą poza obowiązki, które są im narzucane prawnie, część zarobionych przez firmę pieniędzy przeznaczana jest na cele społeczne.

J.K.: Kiedy pojawiły się u Pana pomysły na firmę?

R.S.: Mam to szczęście, że żyłem w czasach, które same podsuwały szanse. Moja mama zawsze żartowała, że nie mogę być biznesmenem, bo kiedy będąc jeszcze dzieckiem dostałem mały samochodzik, od razu wymieniłem go na notes.
Długo nie wiedziałem, jak wyjaśnić mamie, że to wcale nie była zła transakcja. Później zrozumiałem, że samochód mógł służyć tylko przyjemności, jego wartość nie mogła w żaden sposób rosnąć. Notesik to jest coś bardzo praktycznego, z czego można zrobić użytek. W wieku kilkunastu lat byłem aktywnym narciarzem, zacząłem uprawiać tenis i windsurfing. Deska z prawdziwego zdarzenia kosztowała na początku lat 80. kilkanaście pensji. Trzeba było mieć sporo pieniędzy, żeby uprawiać sporty, wprawdzie nie majątek, ale i tak dużo więcej, niż rodzice byli w stanie mi zapewnić. Pomyślałem, że fajnie będzie zarobić samemu i w ten sposób zacząłem prowadzić pierwsze interesy. Kupowałem sprzęt narciarski, tenisowy, sportowy i handlowałem. Właściwie od drugiej klasy liceum utrzymywałem się sam. Kupiłem samochód, uzyskałem niezależność, mogłem też obracać większymi ilościami towaru, bo wcześniej woziłem narty w pociągu lub tramwaju. Dostałem się na studia na handel zagraniczny i wyjechałem do Niemiec. Prowadziłem swoje przedsiębiorstwo. Pierwszego pracownika zatrudniłem w 1986 roku, na drugim roku studiów, a na trzecim założyłem już firmę, która działa do dzisiaj. Trzy lata później miałem ok. 30 pracowników. W 1990 roku założyłem następną firmę i w ciągu kilku miesięcy zatrudniłem ok. 350 osób.

J.K.: Mówi Pan, że Dakar to kontynuacja pracy, którą wykonuje Pan każdego dnia. W jaki sposób praca w firmie, często za biurkiem, łączy się z emocjami podczas rajdu?

R.S.: Dakar to jest przedsięwzięcie pod każdym względem. Należy znać języki obce, ponieważ nikt w organizacji nie posługuje się językiem polskim. Obowiązują języki angielski i francuski. To także przedsięwzięcie prawne, musimy znać przepisy, reguły. Jeżeli się ich nie zna, to dostaje się w kość z każdej strony. Ja w tym roku zapomniałem o pozornie mało istotnej regułce i dostałem 8 minut kary, która zrzuciła mnie o 40 pozycji w klasyfikacji do startu następnego dnia. To także przedsięwzięcie organizacyjne, należy przygotować sprzęt: pojazd, serwis, części zamienne, mnóstwo rzeczy. Wyjazd jest bardzo kosztowny, wymaga działań o charakterze finansowym.
Żeby móc startować w Dakarze, trzeba być przygotowanym na prawie wszystkie tego rodzaju wyzwania, przed jakimi normalnie staje przedsiębiorca.

J.K.: Powiedział Pan, że nie zgadza się z zachowaniami niektórych zawodników na ostatnim rajdzie, dlaczego?

R.S.: Jedna z fundamentalnych zasad Dakaru mówi, że do absolutnego minimum ograniczona jest obca pomoc na odcinkach specjalnych. Na ostatnim Dakarze nie było to egzekwowane i lokalni zawodnicy taką pomoc otrzymywali. Serwis nie może odbywać się poza głównym biwakiem, a był w taki sposób przeprowadzany. Nieoznakowane samochody, nieuczestniczące w rajdzie, dostarczały części zapasowych i kół zawodnikom. W naszej klasie Dakar był – niestety – nieuczciwy.

J.K.: A czy Panu również zdarza się łamać reguły w sporcie lub biznesie?

R.S.: Świadomie nie. Nie wyobrażam sobie oszukiwania i późniejszej konfrontacji z samym sobą. Spaliłbym się ze wstydu. Jestem reprezentantem Polski i nie chcę brać udziału w czymś, za co musiałbym się wstydzić przed Polakami, kibicami, przyjaciółmi.

J.K.: Jak wyglądają zwykłe dni i noce podczas rajdu?

R.S.: Cały czas jest intensywnie wypełniony. Wstaję między 3.00 a 4.30 rano, muszę dokładnie sprawdzić, czy sprzęt jest przygotowany. Następnie dwie lub trzy godziny trwa tzw. dojazdówka do startu odcinka specjalnego. Na odcinek specjalny wyjeżdżam ok. 7.00, po trzech godzinach następuje 15-minutowa przerwa na tankowanie, uzupełnienie oleju, sprawdzenie sprzętu, jedzenie. To jedyna szansa, żeby zjeść coś energetycznego, na odcinkach specjalnych zwykle się nie je. Miedzy 14.00 a 18.00 kończę odcinek specjalny, po krótkiej przerwie wyruszam na dojazdówkę. Na mecie najpóźniej byłem o północy, ale z reguły jestem o 17.00 lub 18.00 wieczorem. Oddaję quada mechanikom, omawiam, co uległo uszkodzeniu i powinno być naprawione, jem kolację i robię roadbooka. Muszę też uczestniczyć w spotkaniu organizacyjnym. Kładę się spać ok. północy. I znów wstaję po trzech lub czterech godzinach snu.

J.K.: Jest Pan uważany za twardziela. Mężczyznę, który prowadzi interesy, lubi mocny sport, intensywne przeżycia. Czy wizerunek takiego męskiego, silnego faceta Panu odpowiada?

R.S.: Ten wizerunek jest przede wszystkim prawdziwy. Nie jestem osobą, która łatwo się załamuje. Nie myślę dużo o przeciwnościach w biznesie, w działalności gospodarczej, w sporcie czy w życiu prywatnym. Lubię wyzwania. Często zadaję sobie natomiast pytanie, czy to, co robię, ma sens. To dotyczy zarówno sportu, jak i pracy. Jeżeli widzę w czymś sens, to jestem zdeterminowany, żeby osiągnąć cel. Dakar jest tylko dla najtwardszych, najbardziej wytrzymałych. To powoduje, że kibice bardzo się angażują. Rajd jest kojarzony z marzeniem. Wielu kibiców chciałoby mieć mocny charakter, być twardym, a to jest wydarzenie, w którym mogą się sprawdzić, dlatego ludzie widzą w zawodnikach twardych mężczyzn.

J.K.: A jak patrzy Pan na kobiety w sporcie, kto jest dla Pana kobiecym autorytetem?

R.S.: Jutta Kleinschmidt jest autorytetem dla wszystkich. To znakomity kierowca. Dużym szacunkiem darzę dziewczynę- quadowca Camelię Liparoti. Potrafi być niesamowicie zdeterminowana. To jest jedna z osób, które nocą nawigują na pustyni. Większość tego nie robi ze względu na duże zagrożenie. A ona potrafi dojechać na biwak o drugiej, trzeciej w nocy. Wiele jest kobiet, które w sporcie bardzo szanuję, kiedyś fascynowała mnie tenisistka Steffi Graff. Mówiło się o niej, że jest ambasadorem Niemiec w świecie sportu.

J.K.: Czy Pana żona interesuje się sportem? Potrafi wspierać pasję?

R.S.: Moja żona interesuje się różnymi dyscyplinami sportu. Jeździ świetnie na nartach, pływa, zaraziłem ją windsurfingiem. Lubi sport, ale nie bardzo rozumiała, dlaczego idę w to aż tak mocno, dlaczego wracam do wyczynowego sportu. Żona ma taki tradycyjny model sportowca, uważa, że wyczynowy sport wiąże się z pewnym etapem w życiu. Od szkoły sportowej do zakończenia kariery w wieku około trzydziestu lat. Trudno było jej przyjąć, że mając trzydzieści parę lat, znowu staję się wyczynowym sportowcem, ta faza życia powinna być już za mną. W miarę upływu czasu i przede wszystkim, w wyniku mojego udziału w coraz poważniejszych zawodach, zacząłem obserwować u niej więcej szacunku niż zdziwienia. Takim ostatecznym potwierdzeniem był ubiegłoroczny Dakar. Myślę, że rozumie, iż to wyzwanie staje się elementem naszego życia i jest nam bardzo potrzebne.

Źródło:
Tematy
Wyprzedaż Rocznika 2025. Hybrydowe SUV-y Forda
Wyprzedaż Rocznika 2025. Hybrydowe SUV-y Forda

Komentarze (1)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki