Było to miasto międzynarodowe, stolica szpiegów, przesiąknięta towarami z Zachodu i wonnościami ze Wschodu, azyl dla przemytników i zatrzymujących się tu na moment przyjezdnych inwestorów zagranicznych. Każdy mógł tu płacić w dowolnej walucie: frankach marokańskich, dolarach, funtach szterlingach. Mieszkańcy Tangeru mówili o tym miejscu: „Nasz jedyny przemysł, to brak podatków.” I rzeczywiście, nikt nie płacił tu podatków ani od zysków, ani od przychodów, ani od kapitału, ani od spadku, a także jakiejkolwiek transakcji.
Ten właśnie system bezpodatkowy był źródłem bogactwa mieszkańców Tangeru. Powstawało tu przeciętnie 500 anonimowych spółek w roku. Kapitał napływał z całego świata, a głównie z Hiszpanii po wybuchu wojny domowej, z Francji i Włoch, gdy podupadły frank i lir, z Szanghaju za rządów Mao. Pośrednikiem była Szwajcaria. Miliardy przepływały z Zurychu do Tangeru w pięć minut. A tam zamieniały się na nowe złocone budynki z wnętrzami pełnymi przepychu, w przedsiębiorstwa, w nowe banki i w sztaby złota.
Dekolonizacja przyniosła kres Tangeru, a kryzys koniec raju podatkowego. Tanger podupadł, wyprzeciętniał, a lata świetności stały się wspomnieniem.





























































