REKLAMA

MotoSyberia

2008-09-02 10:55
publikacja
2008-09-02 10:55
Od dziesięciu lat jeżdżę motocyklem i mam kompletną obsesję na punkcie tej maszyny. Kocham ją za to jak wygląda, jak pachnie i jak brzmi. Z dźwięków najbardziej działa na mnie głośne, basowe warczenie. Do tego dodajmy dwa terenowe koła, sportowe zawieszenie, duży bak i dostajemy najwspanialszy na świecie pojazd do podróżowania – motocykl enduro. Dzięki niemu udało mi się zwiedzić kilka krajów afrykańskich, Mongolię i Gruzję. Jestem uzależniony, od momentu kiedy w głowie pojawia się pomysł, od przygotowań, przez wyjazd, aż do mety, czuję się jak wąsaty bohater gry Super Mario Bros.

Plan przejazdu na koniec Rosji do Magadanu chodził za mną wielu lat. Przez Syberię na gapę Romualda Koperskiego czytałem z wypiekami na twarzy. Później zobaczyłem film o kilku Angolach, którzy okrążyli świat na starych endurakach – Mondo Enduro. Po „odcinku syberyjskim” długo nie mogłem zasnąć. Minął już rok od dłuższego wyjazdu, więc byłem na dużym głodzie. Sprawa była jasna – trzeba jechać. Kierunek Magadan! Żeby urozmaicić trasę, do Bajkału chciałem dojechać przez Kaukaz, Azję Środkową i Mongolię. Ciągle mało... Może jeszcze dalej - na Czukotkę!



Szał przygotowań trwał sześć miesięcy. Postanowiliśmy ujednolicić nasze motocykle do koloru pomarańczowego. Wysłaliśmy pocztą dwieście kilogramów sprzętu (opony, oleje) w kilka miejsc na naszej trasie.

Start

Z Gdańska ruszamy w trójkę: Safran, Wojtek i ja. Mirek z Chorzowa ma dołączyć do nas na granicy ukraińskiej. Jakieś wredne fatum przyczepiło się do nas już w Warszawie – Wojtas złapał jedną, dwie,...pięć gum! Przejazd przez stolicę zajął nam pięć godzin, a na wjeździe do Zamościa tylna opona jego motoru po prostu wypadła z felgi. Na szczęście mieszkający tam kuzyn Wojtka - motocyklista naprawia w nocy koło i obdarza nas zapasem dętek.

Szybki tranzyt przez Ukrainę i po czterech dniach jesteśmy w Ilichewsku koło Odessy przy kasie z biletami na prom do Gruzji. Proszę panią w okienku o cztery bilety na prom – słyszę głośne niet i okienko się zatrzaskuje. Na tej trasie pływa raz w tygodniu wielki statek przewożący składy kolejowe i tiry. Musi się przecież znaleźć miejsce dla czterech motocyklistów z ich małymi motorkami! Próbuję różnych chwytów: miny a la smutna małpa, optymistyczna małpa. Cała akcja trwa parę godzin. Po wielu wzlotach i upadkach nagle okazuje się, że jednak jest miejsce! Euforia w ekipie, całujemy bilety, siebie nawzajem i płyniemy przez Morze Czarne do Poti w Gruzji.

Kaukaz

Po kilku dniach spędzonych na morzu wsiadamy na motory. Zmieniamy opony na bardziej enduro i kierujemy się na północ w kierunku Swanetii. Ściemnia się, skręcamy w boczną drogę i pytamy się pierwszej napotkanej osoby gdzie tu można rozłożyć namiot. Ta osoba to policjant Misza i zaprasza nas do siebie do domu. Dostajemy pokój, a po chwili czeka na nas wspaniała uczta. Gruzini są największymi specjalistami od długich i wylewnych toastów. Po piętnastu minutach znajomości atmosfera robi się wzruszająco - rodzinna. Walczymy na toasty. Łzy same cisną się do oczu.
Misza opowiada nam historię o swoim bracie bliźniaku. Dziewięć lat temu zginął w wojsku. Pijany żołnierz rzucił w niego przez przypadek granatem. Cała rodzina do dzisiaj bardzo to przeżywa. Zmarły brat ma ciągle swój pokój. Stoi w nim lalka w białej sukni, z którą po śmierci wziął ślub – symbol żony, której nigdy nie miał. Następnego rana żegnamy się czule i z lekkim bólem głowy ruszamy w Kaukaz. Po drodze kontrola żołnierzy ONZ i po chwili jedziemy wśród przepięknych szczytów. Dojeżdżamy do Uszguli – jednej z najwyżej położonych miejscowości w Gruzji. Po godzinie babrania się w błocie, w poszukiwaniu miejsca na biwak, rozbijamy się. Mamy cudowny widok na kamienne wieże Uszguli i najwyższą górę kraju – Szchary (5068 m n.p.m.).



Wyjeżdżamy z Kaukazu i kierujemy się na południe. Zahaczamy o gorące źródła w Borjomi i jedziemy do moich znajomych z poprzedniego wyjazdu: Saszy i IKFa. IKF to bardzo sympatyczny, ale porywczy człowiek. Z pewnych powodów ukrywa się teraz przed policją, więc nie możemy się z nim spotkać. Sasza czeka na nas z typowo gruzińską imprezką. Są smażone kartoszki, wino i czacza – wódka z winogron, o wielkiej mocy. Przy stole sami mężczyźni. Kobiety podają nam jedzenie. Standardowo impreza kręci się wokół wzruszających toastów.
Następnego dnia regenerujemy się w gorących źródłach i jedziemy do kamiennego miasta Wardzia. Noc spędzamy w klimatycznym opuszczonym hotelu, który jeszcze niedawno gościł miejscowych prominentów. Jedziemy do Armenii. Chcemy dojechać do stolicy, ale gościnność Ormian okazuje się nie mniejsza niż Gruzinów. Zaraz po przejechaniu granicy drogę zajeżdża nam audi 100. Jesteśmy zaproszeni na imprezę. Po chwili wszystkie samce i ekipa MotoSyberia tańczą przy wspaniałej ormiańskiej muzyce. Kobiety siedzą z boku i nieśmiało na nas patrzą. Klimaty bardzo podobne do gruzińskich. Tu faceci też świetnie się bawią, ale kobiety mają trochę „przekichane”. W Azerbejdżanie i w innych krajach Azji Środkowej muzułmanki są dużo bardziej wyzwolone od swoich chrześcijańskich koleżanek.

Safran dostaje pseudonim Safran–Monastyr. Robimy rundkę po cerkwiach. Wjeżdżamy na 3200 m n.p.m. Jedziemy dookoła jeziora Sevan w poszukiwaniu wędzonych rybek. Jednak od pewnego czasu znajdujemy na „terytorium baraniny”. Przez najbliższe dwa miesiące, aż do wyjazdu z Mongolii to mięso będzie nas prześladowało. Nie możemy wjechać z Armenii do Azerbejdżanu. Te dwa kraje nie utrzymują ze sobą żadnych relacji z powodu sporu o Górny Karabach. Wjeżdżamy więc na chwilę do Gruzji. Wojtas nas opuszcza, a my jedziemy dalej w kierunku Morza Kaspijskiego. W naftowym mieście Baku mamy przymusowy postój. Nasze motocykle mają już za sobą pięć tysięcy kilometrów. Wymieniamy olej, filtry itp. Wsiadamy na prom i płyniemy do Turkmenistanu.

Azja Środkowa

Na promie poznajemy bardzo sympatycznych Turkmenów, którzy cały czas opiewają niesamowite dokonania ich niedawno zmarłego prezydenta – Turkmenbaszy. Nazywają go królem. „Dzięki Turkmenbaszy dzisiaj każdy człowiek na świecie wie, gdzie jest Turkmenistan. Dzięki niemu nasza stolica Ashgabat jest piękniejsza od Paryża!” - mówią szczerze.
Dostajemy od nich książkę, a właściwie „biblię” napisaną przez tego półboga. Po przypłynięciu do Turkmenistanu szopki ciąg dalszy. W każdym pomieszczeniu Turkmenbasza ma ołtarzyk z portretem i egzemplarzem cudownej księgi – Rukhnamy. Wzdłuż drogi porozstawiane są banery z cytatami wodza.
My też pokochaliśmy Turkmenbaszę.
Za jednego dolara mogliśmy zatankować trzy motocykle, czyli sześćdziesiąt litrów benzyny! Za jednego dolara mogliśmy też kupić sześćdziesiąt kieliszków wódki w fajnej knajpie w stolicy. Stolica bardzo ciekawa – Turkmenbasza postanowił przy pomocy petrodolarów zrealizować swoje budownicze marzenia z dzieciństwa: zburzył ją i zbudował od nowa. Ten skromny człowiek na środku miasta postawił swój złoty pomnik – taka Turkmeńska wieża Eiffel’a.



Ze stolicy ruszamy na północ. Jedziemy do Darvazy. Tutaj na środku pustyni jest wielka płonąca dziura. Siedemdziesiąt lat temu wydobywano tu gaz. Kopalnia zawaliła się grzebiąc setkę ludzi. Ktoś wpadł na pomysł, żeby to miejsce podpalić i tak już kilkadziesiąt lat płonie dziura na turkmeńskiej pustyni. Trochę błądzimy i mamy sporo zabawy z przejazdem przez większe wydmy. Dopiero kiedy się ściemnia odnajdujemy na horyzoncie płonącą dziurę. Spędzamy tu noc. Podobno są tu gigantyczne jaszczurki, pająki i kobry. Na szczęście odwiedzają nas tylko Turkmeni z butelką wódki. To pozwala ukoić nasze nerwy i zapomnieć o piaskowych stworach.

Wiza tranzytowa nam się kończy, więc pędzimy do granicy i pięć minut przed jej zamknięciem udaje nam się wjechać do Uzbekistanu. Safran-Monastyr przeistacza się w Safrana-Mudżahedina. Zapuszcza brodę i zaliczamy chyba wszystkie meczety w kraju: w Chiwie, Bucharze i w Samarkandzie.

Ludzie przesympatyczni jak zwykle, ale z przyjemnością wjeżdżamy do górzystego Tadżykistanu. Zanurzamy się w lodowatym jeziorze Iskander-kul. Uff, co za ulga po pustynnym Turkmenistanie i Uzbekistanie, gdzie temperatura dochodziła do 50°C w cieniu.
Jedziemy do stolicy, Duszanbe. Musimy załatwić pozwolenia na wjazd do strefy GBAO [Górno-Badachszańskiego Okręgu Autonomicznego – red] i ruszamy w kierunku Pamiru. Jedziemy przepiękną trasą wzdłuż granicy z Afganistanem. Na jednym z posterunków żołnierze każą nam zawrócić - podobno droga jest nieprzejezdna. Mówimy, że naszymi motocyklami wszędzie można przejechać i jedziemy dalej. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie droga zwaliła się do potężnej, górskiej rzeki. Niektórzy kierowcy czekają tu już kilka dni. Mamy jak zwykle szczęście. Kiedy dojeżdżamy do zwaliska, robotnicy właśnie kończą robić prowizoryczny objazd i jako pierwsi testujemy drogę. Udaje mi się przejechać ale po drugiej stronie objazdu też czeka sznur samochodów. Kiedy próbuję wyminąć kolejny samochód nagle tracę grunt pod kołami i spadam w kierunku rzeki. Na szczęście udaje mi się przytrzymać motocykl, ale jeszcze długo się trzęsę.

Wjeżdżamy w Pamir. Jedziemy wśród potężnych siedmiotysięczników. Widoki nie do opisania! Trochę się stresuję z powodu motocykla. Benzyna jest tu tradycyjnie mieszana ze wszystkim co można znaleźć pod ręką – głównie ze zwierzęcym moczem. Mój gaźnik ma z tego powodu lekką traumę. Do tego jedziemy na dużej wysokości, więc motocykl dławi się i krztusi.
Ledwo, ledwo udaje nam się wjechać na 4600 m n.p.m. Cudny biwak. Na kolację zaprasza nas rodzina Tadżyckich pastuchów. Spotykani ludzie są dla nas zawsze bardzo sympatyczni i życzliwi. Interesują się skąd jesteśmy, dokąd jedziemy. Często chcą nam bezinteresownie pomóc. Optymizm tych ludzi daje strasznego powera. Następnego dnia w pewnej wiosce jemy płow – pyszne danie z ryżu i resztek tygodnia. Wychodzimy z knajpy obżarci i zadowoleni – patrzę, a mój GPS przytwierdzony do motocykla „przeminął z wiatrem”. Znajduje się milion osób, które niby wiedzą kto go ukradł i gdzie jest złodziej. Po kilku godzinach łażenia za każdym kto twierdzi, że coś wie, przestaję wierzyć w odnalezienie mojego gadżetu. Do całej akcji wkradają się problemy kulturowe wioski. W połowie jest zamieszkana przez Tadżyków i ci próbują mi udowodnić, że tylko Kirgiz mógł ukraść ten „dziwny telefon”. Kirgizi udowadniają mi, że tylko Tadżyk mógł dopuścić się tak niecnego czynu. Po całym dniu różnych akcji, kiedy tracę już nadzieję, pojawia się jakiś chłopczyk z moim GPS-em i skomplikowaną historią jego odnalezienia. Hurra! Co za ulga.



Mijamy Pik Lenina [obecnie Szczyt Niepodległości – red] i jedziemy do górzystej Kirgizji. Zaraz za granicą wjeżdżamy pomiędzy kilkanaście ślubnie przystrojonych audi 100. Jeden z pijanych kierowców wpada na pomysł, żeby rozjechać któregoś z nas. Donkiszot Mirek podejmuje wyzwanie i jestem świadkiem surrealistycznej sceny walki motocykla z samochodem. Po kilku bocznych zderzeniach Mirek na szczęście odpuszcza. Trasą przez góry kierujemy się na jezioro Issyk-kul. Widoki są czasami tak bajkowe, jakby ktoś je właśnie stworzył w „fotoszopie”. Dalej jedziemy do Kazachstanu. W Ałmaty czeka na nas paczka z olejami i oponami, więc robimy SPA motocykla. My też musimy się zregenerować. Idziemy do łaźni Arasan. Panuje tu taka samczo - gęsta atmosfera. W jednej z sal tortur poznajemy sympatycznego Kazacha, który podstępnie zagadał nas na tematy polityczne, a następnie z dużą satysfakcją wychłostał. Tak mu się to spodobało, że zaprosił nas później na „romantyczną” kolację.

Z Ałmaty jedziemy do Czaryńskiego kanionu i dalej na północ w kierunku granicy z Rosją. Tnąc po długich prostych, nucimy piosenkę Borata Sagdiyeva: “In my country there is problem, and that problem is transport. It takes very very long, because Kazachstan is big.”
Wjeżdżamy na chwilę do Rosji i przez Ałtaj jedziemy w kierunku Mongolii. Ałtaj jest cudny. Mam wrażenie, że przez pięć ostatnich lat nastąpił tu duży postęp. Nie widać opuszczonych kołchozów. Przez góry prowadzi idealny asfalt – niczym w Szwajcarii. Żeby nie było wątpliwości komu to zawdzięczamy, przy drodze stoją wielkie banery z napisem: „Ta droga powstała dzięki partii Putina”.



Mongolia

Po pięćdziesięciu dniach od startu udaje nam się dojechać do Mongolii. Hurra! Wybieramy północną trasę – kierunek Ułan Bator. Mongolia to raj dla motocykli enduro. Jedziemy przez odcinki pustynne, kamieniste, góry i stepy. Nasze motocykle są bardzo podniecone. Suną na full speedzie w „dakarowym” stylu. Jazda jak w wesołym miasteczku po rollercoasterze. Tylko od czasu do czasu zerkamy na GPS, żeby skorygować kierunek. Mongołowie, tak jak my, kochają motocykle. Od zawsze to koń był ich najlepszym przyjacielem. Jednak dzisiaj wielu z nich przerzuciło się właśnie na motocykle. Króluje tutaj rosyjski iż planeta. Poza stolicą ciężko dogadać się po rosyjsku. Jednak podczas spotkań na drodze rozumiemy się bez słów. Są zafascynowani naszymi motocyklami i rozumieją naszą jazdę.

Przeganiamy wielbłądy, dzikie konie, ścigam się z lecącym kilka metrów przede mną orłem – po prostu czad! Zadowoleni i zmęczeni wjeżdżamy do stolicy Mongolii. To miasto tętniące życiem. Klasztor z wesołymi i pulchnymi mnichami, wielki posąg Buddy, mnóstwo knajp z żarciem z całego świata i totalny chaos na ulicy.



Rosja

Po dwóch miesiącach od startu dotarliśmy do „Matuszki Rasiji”. Z przyjemności odstawiamy z naszej diety baraninę i pędzimy nad Bajkał wsunąć wędzoną rybę. Musimy jeszcze zajechać na parę dni do Irkucka. Czeka tu na nas kolejna paczka z oponami i częściami. Zatrzymujemy się u bardzo sympatycznego zakonnika z Polski, który na swojej potężnej maszynie yamaha głosi Słowo Boże nad Bajkałem.
Jedziemy wzdłuż magistrali transsyberyjskiej. Robi się trochę zimnawo, deszczowo i tak jakoś syberyjsko. Coraz mniej asfaltu, coraz więcej błota. Bardzo mi się tu podoba.
W miejscowości Skorowodino odbijamy na północ w kierunku Jakucka. Po drodze towarzyszą nam potężne kamazy i mazy. Kolej do Jakucka już nie dociera, więc samochód to główny środek transportu. Kierowcom jest chyba trochę cieplej niż nam, bo większość jeździ z „gołą klatą”. Zresztą ich zdaniem -55°C to jest zimno, a -50°C to już jest normalna temperatura.

W Mongolii zgubiłem osłonę przedniej zębatki. Błoto przez ostatnie pięć tysięcy kilometrów waliło prosto na simering na wale, który zaczął właśnie puszczać. Minęliśmy ostatnią większą wioskę. Znajdujemy bazę ekipy remontującej drogi. Mają sporo części do kamaza, ale niestety nic nie pasuje. Zaczynamy kombinować. Proponują, żeby wrzucić do oleju drewniane wióry – to syberyjski sposób na zatrzymanie wycieku. W końcu jest pomysł, żeby wytoczyć nową tuleję o 0,03 mm większą. Działa! Adam Słodowy byłby z nas dumy.
Następnego dnia pękła rama pod siedzeniem motocykla Safrana (a Mirek ostrzegał, żeby dokręcić śruby!). Jesteśmy na totalnym zadu… ale zaraz, jakieś osiem kilometrów temu mijaliśmy ekipę, która remontowała most. Spawacz ze Spec-Mostu uwija się z tym prymitywnym zadaniem w pięć minut! Oprócz dozgonnej wdzięczności chcemy mu po prostu zapłacić za dobrze wykonaną robotę. On na nas patrzy z politowaniem i mówi – „A na ch...j mienia diengi w tajgie”?!



Za miejscowością Kubeme wjeżdżamy na starą Drogę Kości. Podczas budowy tej drogi zginęło sześćset tysięcy ludzi. Większość z nich była grzebana tam gdzie zginęli, czyli pod budowaną drogą. Trasa od wielu lat nie jest remontowana. Większość mostów jest zwalona, więc przekraczamy rzeki na motocyklach. Czasami kończy się to nurkowaniem, ale po małym osuszeniu maszyny zawsze dzielnie odpalają. Przejeżdżamy przez miejscowość Tomtor, gdzie stoi pomnik zimna. Zanotowano tu najniższą temperaturę na naszej półkuli (-72°C).
Dalej droga jest praktycznie nie używana. Na nie remontowanej nawierzchni powstały jamy - wielkie kałuże, które mogą mieć dwa metry głębokości. Podczas zupełnie nieudanego manewru omijania dziury, mam przyjemność zanurkowania w tej śmierdzącej mazi.

W pewnym momencie spotykamy na drodze kompletnie wykończonego faceta. Mówi, że jest kierowcą kamaza. Właśnie wiózł do Tomtor zapas produktów na zimę. Niestety zameldował się ze swoją ciężarówką w jednej z jam. Już dwie doby idzie dzień i noc po pomoc. W jednej ręce ma nóż na niedźwiedzie, a w drugiej siateczkę z prowiantem. Najbardziej martwi się o kartoszki, bo w nocy jest już -8°C i cały transport może szlag trafić. Safran podwozi go do następnej wiochy. Następnego dnia spotykamy drugiego kierowcę kamaza. Właśnie udało mu się po czterech dniach wyjechać z dziury. Kartoszki uratowane! Mieszkańcy Tomtor nie będą głodni!

Po prawie trzech miesiącach stajemy pod napisem „Magadan”. Marzenie się spełniło! Plan był taki, że Safran miał wracać stąd do domu, a ja z Mirkiem mieliśmy próbować dojechać do Anadyru. Mirek jednak z pewnych powodów postanowił, że też wraca. Trochę się wkurzyłem, bo „sfiksowałem się ostro” na ten odcinek. Były pozwolenia, mapy, łódki, opony crossowe. Nie miałem ochoty na samotną jazdę. To był koniec MotoSyberii. Rozstaliśmy się, a ja pojechałem jeszcze do miejscowości Omsukczan. Po drodze spotkałem niedźwiedzia. Ręce mi się trzęsły jak na niego patrzyłem. Właśnie przypomniałem sobie radę jak unieszkodliwić niedźwiedzia za pomocą noża. Hmm... jedyne co mógł bym zrobić to pocałować tego giganta gdzieś między pępkiem, a kolanem i czekać na egzekucję. Wracam do Magadanu. Motocykl ładuję do skrzyni. Lecę do Moskwy samolotem, a stąd na kołach do domu. Dziewięćdziesiąt jeden dni w trasie. Dwadzieścia trzy tysiące kilometrów nawinięte na kołach. Tyle przeżyliśmy niesamowitych sytuacji. Poznaliśmy tylu fajnych ludzi. Jestem wielkim szczęściarzem! Cholera, wzrusza mnie ten cały wyjazd...

Więcej zdjęć i inoformacji o wyprawie: www.MotoSyberia.com
Dvd.MotoSyberia.com - film z wyprawy!
Film otrzymał nagrodę publiczności na spotkaniu podróżników „Kolosy 2007”.
Film zakwalifikowany został na „Międzynarodowy Festiwal Filmów Turystycznych 2008”.

Tekst i zdjęcia: Maciej Swinarski
Źródło:
Tematy
Weź udział w promocji i zgarnij premię
Weź udział w promocji i zgarnij premię

Komentarze (2)

dodaj komentarz
~miras
mam nadzieje że gs 1200 też da radę....
~lila_1960
jestem pod wrażeniem ,oczywiście nie tylko ja -oglądaliśmy całą ekipą,podziwiamy zapał,odwagę,ujęcia z filmu są ekstra,nie wszystko tak sobie wyobrażaliśmy,pomyśleć dzicz.... jesteście Herosami na waszych maszynach.Dziękujemy za wrażenia-pozdrawiamy-nie ukrywamy ,ze liczymy na więcej niesamowitych filmów z waszych wojaży.Gratulujemy jestem pod wrażeniem ,oczywiście nie tylko ja -oglądaliśmy całą ekipą,podziwiamy zapał,odwagę,ujęcia z filmu są ekstra,nie wszystko tak sobie wyobrażaliśmy,pomyśleć dzicz.... jesteście Herosami na waszych maszynach.Dziękujemy za wrażenia-pozdrawiamy-nie ukrywamy ,ze liczymy na więcej niesamowitych filmów z waszych wojaży.Gratulujemy -nagroda filmowa się przyda,a nawet się należy-sponsor również-prawda.Trzymajcie się-wiwat polskie chłopaki......

Powiązane: Podróże

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki