Do Polaków dociera powoli, choć coraz mocniej, że dla świata rozwiniętego problem ocieplenia klimatu jest dzisiaj absolutnym priorytetem politycznym i podejmowane działania są i będą coraz bardziej radykalne. Nie do końca tylko wiadomo, w jakim kierunku ten radykalizm pójdzie.


Czy całość systemu energetycznego przestawimy na odnawialne źródła energii, samoloty będą latać na wodór, a mięso będzie z roślin? A może potrzebujemy wykonać krok w przeszłość – przywrócić wiarę w energię jądrową, zrezygnować z fantazji o bezmięsnym świecie i całość wysiłków skupić na wzroście gospodarczym?
Żeby zmierzyć się z tym, jak może wyglądać przyszłość rewolucji energetycznej, sięgnąłem po dwie wydane niedawno książki, które rzucają ciekawe, intrygujące i czasem kontrowersyjne światło na problem.
Pierwsza książka to „Jak ocalić świat od katastrofy klimatycznej” Billa Gatesa, zaskakująco wciągająca jak na „dzieło” biznesmena (menedżerowie zbyt często piszą o swoich sukcesach, zamiast o świecie wokół). Założyciel Microsoftu argumentuje, że znajdujemy się w krytycznej sytuacji i musimy szybko wzmocnić postęp technologiczny, by móc zredukować emisję do zera, przynajmniej w krajach rozwiniętych. Ton tej książki jest alarmistyczny, choć z przebłyskami nadziei.
Dla kontrastu sięgnąłem też po publikację „Apocalypse Never” Michaela Shellenbergera, amerykańskiego dziennikarza zajmującego się zmianami klimatu. Przekonuje, że największym zagrożeniem jest alarmizm klimatyczny, który prowadzi do pospiesznej adopcji nieefektywnych technologii. Tymczasem powinniśmy sięgnąć po najprostsze i sprawdzone rozwiązania – energię jądrową i… wzrost gospodarczy. Shellenberger nie brzmi przekonująco, choć publikacja jest momentami intrygująca.
Zanim rozwinę argumenty obu stron, potrzebne są dwa ważne zastrzeżenia. Po pierwsze, dziś na Zachodzie sceptycyzm klimatyczny nie oznacza kwestionowania wpływu człowieka na klimat i konieczności ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Takie przekonania są już raczej poza zasięgiem nawet skrajnych stron debaty. Po drugie, autorzy nie reprezentują skrajnie odmiennych stron. Gatesa ustawiłbym gdzieś w centrum debaty, może nawet lekko na prawo, bo stawia większy nacisk na rozwój technologii niż narzucanie radykalnych zmian kulturowych. Shellenberger z kolei w ogóle odrzuca konieczność rewolucyjnych zmian.
Gates twierdzi, że bez radykalnej redukcji emisji czeka nas zwiększenie intensywności katastrof klimatycznych, zaburzenia w produkcji żywności i destrukcja niektórych obszarów nadmorskich. Co najważniejsze, te wstrząsy doprowadzą do dużych migracji, które z kolei mogą generować ogromne polityczne kryzysy.
Książka Gatesa stanowi bilans technologiczny świata. Pokazuje, jakie technologie mamy, a jakich nie mamy, a potrzebujemy w celu ograniczenia emisji. Dobrze rozwinięte są już na przykład technologie produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Wciąż nie ma jednak dobrych technologii magazynowania energii na dużą skalę. Gates twierdzi, że takich technologii raczej nie będziemy mieli, co sprawia, że system energetyczny będzie potrzebował wsparcia ze stabilnych źródeł – głównie jądrowych (autor przyznaje, że jest właścicielem spółek rozwijających technologie jądrowe i to może zaburzać jego spojrzenie; są autorzy mający inne spojrzenie na technologie magazynowania i kiedyś wrócę do tego tematu).
Lista technologii, które są niezbędne, a są w zalążku lub ich nie ma, jest dłuższa. Bardzo drogie będzie na przykład produkowanie bezemisyjne stali, choć jest to możliwe. Już jednak w przypadku cementu na razie trudno znaleźć rozwiązanie nie generujące emisji. Brakuje również obecnie technologii, które mogłyby w opłacalny sposób zaradzić emisjom pochodzącym z wytwarzania i wykorzystania nawozów rolnych.
Książka Shellenbergera jest zupełnie inna. Autor twierdzi, że wizja apokalipsy jest całkowicie błędna. Emisje są problemem i trzeba je ograniczać, ale głównie poprzez rozwój energetyki jądrowej. Tymczasem aktywiści klimatyczni forsujący radykalne ograniczanie emisji najczęściej blokują wzrost gospodarczy, który jest niezbędny dla rozwoju technologii, podnoszenia standardu życia i zwiększania efektywności energetycznej.
Shellenberger poświęca dużo miejsca tłumaczeniu, dlaczego diagnoza problemów wywoływanych przez ocieplenie klimatu jest często błędna. Pisze na przykład, że wprawdzie rosną szkody wywoływane katastrofami klimatycznymi, ale tylko dlatego, że rośnie wartość PKB i majątku – szkody skorygowane o PKB wcale nie rosną. Jego zdaniem pożary lasów w Amazonii są zupełnie niezależne od zmian klimatycznych i byłoby ich mniej, gdyby brazylijscy rolnicy mieli bardziej efektywne technologie uprawy bydła. Tłumaczy, że odnawialne źródła energii są bardzo mało efektywne, gdy odpowiednio policzy się koszty materiałów do produkcji urządzeń (wraz ze składowaniem po zużyciu) oraz obszar, jaki zajmują instalacje wiatraków czy paneli fotowoltaicznych.
Kłopot z książką Shellenbergera jest jednak taki, że wiele faktów i danych prezentuje wybiórczo, bez krytycyzmu i rozważania różnych argumentów. Najbardziej jaskrawy przykład to wspomniane katastrofy naturalne i ich skutki. Opinia, że koszty katastrof nie rosną w ujęciu do PKB, została obalona na długo przed publikacją książki Shellenbergera. Jak pokazuję na wykresie, inne spojrzenie na okno czasowe danych prowadzi do innych wniosków. Shellenberger oparł się na dość wybiórczych danych liczonych tylko od 1990 roku.

























































