Chodziło o 45 miliardów euro. Mówiono (wtedy wydawało się, że słusznie), że ta pomoc nie zostanie nigdy uruchomiona, bo przecież spekulanci się wystraszą, oprocentowanie greckiego długu spadnie i Grecja będzie mogła pożyczyć brakujące pieniądze na rynku.
Problem w tym, że spekulanci się nie wystraszyli. Dlaczego? Dlatego, że politycy pomagali im tak jak mogli. Konkretne procedury przyznawania pomocy były ciągle w fazie tworzenia, a niemieccy politycy ciągle ostrzegali, że do pomocy może nie dojść, Politycy greccy też pomagali twierdząc, że Grecja nie będzie potrzebowała tej pomocy. Spekulacji wiedzieli lepiej, a sytuacja na rynku greckiego długu ciągle się pogarszała.

W końcu kwietnia obligacje 10. letnie greckie miały rentowności gorsze od wenezuelskich, argentyńskich czy rumuńskich (kilkanaście procent). Coraz gorsze warunki uzyskiwania kredytów i zaciągania długów za pomocą rynku obligacji zmusiło w końcu Grecję do wystąpienia 23 kwietnia o pomoc. Wydawało się, że to na dłuższy czas kończy temat (bo według mnie za 2-3 lata Grecja jednak ogłosi niewypłacalność).
Nic z tych rzeczy. Chyba (prawie) nikt nie przewidział tego, że Unia jest taka nieruchawa, a kanclerz Angela Merkel (mająca w perspektywie 9 maja wybory regionalne w Nadrenii Północnej-Westfalii) będzie zdobywała głosy wyborców dla swojej partii wyrażając sceptycyzm i mnożąc warunki, pod którymi Grecja może dostać pomoc. Gdyby tę pomoc otrzymała dwa miesiące temu problem zostałby na pewien czas zduszony w zarodku, a teraz mamy już nie tylko problem Grecji. Jest problem wiarogodności strefy euro. Owszem, Grecja i Portugalia to maleńkie gospodarki, ale za chwilę panika może sięgnąć Hiszpanii i Włoch, a wtedy cała strefa po prostu się zawali.

























































