W sierpniu stopa bezrobocia spadła do 13%. Niestety, jest wyższa o 0,6 pp niż w analogicznym okresie rok temu – wynika z danych GUS. W następnym miesiącu bezrobocie najprawdopodobniej wzrośnie. Wahania sezonowe w Polsce działają nieubłaganie.
| »Bezrobocie spada szósty miesiąc z rzędu |
We wrześniu liczba bezrobocia zwiększy się lub utrzyma na poziomie z sierpnia. W październiku możemy spodziewać się wzrostu o 0,1 pp, czyli o ok. 10 tys. osób. Oznacza to, że liczba osób bez legalnej pracy wciąż będzie przekraczać 2 mln ludzi.
Bezrobocie to jeden z najbardziej uciążliwych dla Polski wskaźników. Od ponad 23 lat nie możemy poradzić sobie ze stosunkowo dużą liczbą osób, które nie mogą znaleźć legalnego zatrudnienia. Przez cały ten okres nie udało nam się wypracować systemu, który efektywnie chroniłby miejsca pracy tak, by jeden dotowany etat automatycznie nie stanowił zbyt dużego obciążenia dla innych. Nie da się tego zrobić, skoro klin podatkowy wynosi 41% i prędzej znów wzrośnie niż zmaleje. Stąd duża popularność nieobciążonych tak bardzo składkami i podatkami umów cywilnoprawnych.
Słodka wymówka rządu
Wahania sezonowe to słodka wymówka analityków rządowych, którzy wiosenne i letnie spadki przypisują sobie jako sukcesy walki z bezrobociem, a jesienne i zimowe wzrosty tłumaczą krótko naturalną tendencją. Zadaniem państwa powinno być zmniejszenie wpływu sezonowości na ogólny trend i wspieranie tworzenia trwałych miejsc pracy.
Zobacz także

źródło: GUS
I nie chodzi tu o dotacje dla osób otwierających własną działalność gospodarczą, ale o mechanizmy, które w końcu uzmysłowiłyby przedsiębiorcom, że zatrudnianie i płacenie pracownikom godziwych wynagrodzeń jest kluczem do ogólnego dobrobytu. Związki zawodowe nie potrafią precyzyjnie tego postulatu wyrazić. Nie mylą się jednak twierdząc, że wzrost wynagrodzeń jest mniejszy od wzrostu wydajności.
Państwo powinno kłaść duży nacisk na to, by wspierać mikroprzedsiębiorstwa. Tymczasem zmiany w Kodeksie pracy, którego zapisy w olbrzymiej części nie przystają do sposobu funkcjonowania małych firm, służą głównie dużym przedsiębiorstwom. Inicjatywa prezydenta RP, by stworzyć „mały kodeks pracy”, jest jak najbardziej słuszna. Pozostaje pytanie, jak długo będziemy czekać na jej realizację.
Dlaczego nie można dawać podwyżek pracownikom?
Przeciętne wynagrodzenie wynosi ponad 3,8 tys. zł brutto. Jednak 70% Polaków zarabia mniej. Modalne wynagrodzenie mieści się w granicach 2-2,3 tys. zł netto. Dlatego m.in. dochód rozporządzalny w przeciętnym gospodarstwie domowym wynosi nieco ponad 1200 zł na osobę. Słowem ok. 300 euro na głowę.
Nie można dawać podwyżek pracownikom, bo ci zamiast dostawać wyższe pensje, tak naprawdę coraz więcej dokładają do systemu podatkowego. Stąd wielka popularność premii pod stołem, które w żadnej statystyce nie są ujęte.
Jeżeli to jest normalne, akceptowalne i nikt nie ma pomysłu na pozbycie się tego problemu, to po co nam resort pracy? Przez ostatni rok wydaliśmy ponad 3,5 mld zł na walkę z bezrobociem. Jedyny rezultat jest taki, że bezrobocie w Polsce wynosi obecnie 13%, a nie 14,5%. Wszystko dzięki temu, że były pieniądze na tzw. maskowanie, czyli kierowanie młodych ludzi na staże oraz na otwarcie działalności gospodarczych.
Jedno miejsce pracy utworzone w konsekwencji uczestnictwa w stażu kosztuje ponad 9 tys. zł, a w następstwie szkolenia – ponad 5 tys. zł. Wyrejestrowanie bezrobotnego, który postanowił założyć działalność gospodarczą, to koszt ponad 20 tys. zł. Wszystkie te pieniądze pochodzą z Funduszu Pracy, na który składka wynosi 2,45% wynagrodzenia brutto. Dzieleniem tych środków zajmują się urzędy pracy.
Po co nam urzędy pracy?
Gdyby utworzyć system informatyczny, z automatu rejestrujący jako osoby bezrobotne tych, którzy nie otrzymują wynagrodzenia na konto w banku, to urzędnicy pracujący w PUP-ach zajmowaliby się tylko dzieleniem pieniędzy z Funduszu Pracy. Gdyby fundusz ten nie istniał, to kilkanaście tysięcy urzędników nie miałoby absolutnie żadnego zajęcia. Internet udowodnił już 10 lat temu, że skuteczniejszą formą dotarcia do potencjalnych pracowników jest umieszczenie ogłoszenia online. Nawet w gazetach papierowych, które odchodzą do lamusa, bywa więcej ofert pracy niż na tablicach informacyjnych w PUP-ach!
Teraz coraz głośniej mówi się o angażowaniu do walki z bezrobociem prywatnych agencji zatrudnienia. Zatem po co nam urzędy pracy? Nie lepiej przenieść część ich kompetencji do urzędów skarbowych lub do ZUS-u? Zaoszczędzilibyśmy kilka miliardów złotych rocznie i nie trzeba by pobierać składek na Fundusz Pracy po to, by zachęcać do zatrudniania młodych za publiczne pieniądze.
Idzie jesień. Koniunktura w gospodarce się poprawia, ale wciąż jest zbyt słaba, by mówić o ożywieniu na rynku pracy. Wciąż wśród 38 mln obywateli liczba pracujących to mniej niż 16 mln osób, z tego pół miliona to urzędnicy, a dodatkowe 1,5 mln pracuje w sektorze publicznym. To stąd biorą się problemy systemu emerytalnego i to jest źródłem kłopotów finansów publicznych. W Grecji, chociaż państwo jest biedne, to społeczeństwo jest bogate. My próbujemy zbudować bogate państwo, jeszcze bardziej zubożając obywateli, czego największym dowodem jest nieuchronnie zbliżający się do 1 bln zł dług publiczny.
Bezrobocie niestety wzrośnie. Tak wynika nawet z rządowych prognoz na 2014 rok. Jeszcze musimy poczekać, aż wzrost gospodarczy będzie na tyle silny, by miał on realny pozytywny wpływ na rynek pracy. Jak długo będzie to trwać? Tradycyjnie do wiosny.
Łukasz PiechowiakBankier.pl

























































