We wtorek pojawiła się informacja, że Bank Rezerw Indii kupił 200 ton złota sprzedawanego przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ta wiadomość rozwiała wątpliwości ostatnich sceptyków: banki centralne coraz szerszym frontem przechodzą do obozu popytowego, po tym jak przez ostatnie 30 lat pozbywały się one rezerw kruszcu. Teraz trend się odwrócił: władze monetarne Chin, Indii czy Rosji już otwarcie skupują złoto, pozbywając się amerykańskich dolarów. Choć na razie skala tych operacji nie zagraża „zielonemu” jako podstawowej walucie rezerwowej, jest to swoiste wotum nieufności dla amerykańskiego pieniądza.
Dodatkowo inwestorzy i spekulanci wręcz drażnią władze USA, windując ceny złota w czasie gdy Komitet Otwartego Rynku zastanawia się, kiedy podnieść zerową obecnie stopę funduszy federalnych. Tymczasem rząd Stanów Zjednoczonych wielokrotnie mamił inwestorów mitem „mocnego dolara”, którego potwierdzeniem było m.in. tanie złoto. Teraz rynek pokazuje, co myśli o tych zapewnieniach.
Bowiem głównym motywem kupowania złotych sztabek pozostaje strach przed inflacją wywołaną działaniami Rezerwy Federalnej, która od 13 miesięcy zalewa rynki finansowe świeżo dodrukowanymi dolarami. Metale szlachetne bywają też traktowane jako bezpieczna inwestycja na czas recesji i ewentualnego powrotu bessy na giełdowe parkiety. Może to trochę dziwić, ponieważ w komentarzach większości analityków można przeczytać o „hossie” i „ożywieniu gospodarczym w USA”.
Tymczasem w środę o godzinie 10:30 uncja złota kosztowała już 1.091,51$ i była o 0,7% droższa niż wczoraj. Ale w ujęciu realnym (czyli po uwzględnieniu inflacji) złotu wciąż wiele brakuje do rekordu ze stycznia 1980 roku, gdy za 31,1 gramów żółtego metalu płacono równowartość 2.273 obecnych dolarów (wówczas: 850$). Poza tym po przeliczeniu na euro, funty czy polskie złote złoto wciąż jest tańsze niż w lutym tego roku.
Krzysztof Kolany





























































