REKLAMA

Unijny diament

2008-02-01 15:35
publikacja
2008-02-01 15:35
Na Ziemi są dwa punkty orientacyjne: Wielki Mur Chiński i Belgia. Dostrzegają je nawet astronauci odbywający podróże międzyplanetarne, bowiem przez lata sieć oświetlonych belgijskich autostrad, będącą plątaniną świetlnych nitek, nazywali „belgijskim oknem”. Belgia Polakom kojarzy się głównie ze stolicą Unii Europejskiej – Brukselą. Mało kto jednak wie, że Belgowie są wynalazcami frytek i producentami najlepszej czekolady oraz diamentów.



Belgowie bardzo długo obawiali się inwestowania w Polsce. Obserwowali Niemców i Francuzów i dopiero po 10 latach, kiedy doszli do wniosku, że to opłacalne i że kraj jest bezpieczny, zdecydowali się na wejście do Polski. – Taki jest Belg: ostrożny, uważny i pragmatyczny w interesach – mówi, mieszkający od 17 lat w Polsce Maurice Delbar, Belg, wiceprezes Belgian Business Chamber. – On nie ma wizji jak Francuz, woli konkret, nie wierzy w bajki. Nie załatwia interesów przy szklance wódki. Kiedy robi się z nim biznes, można mu zaufać. W sprawach zawodowych nie lubi ryzyka, nie widzi potrzeby, żeby je ponosić.
Obecnie w Polsce funkcjonuje około 350 małych i średnich firm belgijskich. Najliczniejsze wśród nich są te z sektora bankowego i budowlanego. Do największych należą: Kinepolis, Electrabel, CFE, Avis, Ghelamco, Besix, Solvay, Kredyt Bank oraz Fortisbank. Bankami zarządzają Belgowie – Alexander Paklons jest prezesem Fortisbanku, a Ronnie Richardson – Kredyt Banku. Jeszcze do niedawna jedną z największych belgijskich firm w Polsce był Browar Belgia, ale w 2007 r. został sprzedany Kompanii Piwowarskiej. Do tego czasu głównym udziałowcem firmy był belgijski producent piwa PALM Breweries. – Wielkość całkowitych inwestycji belgijskich w Polsce to 3 biliony euro. Polska jest bardzo ważnym partnerem dla naszego kraju z powodu jej członkostwa w UE i NATO – mówi Jan Luykx, ambasador Belgii w Polsce. – Do najbardziej pozytywnych skojarzeń, jakie wywołuje Belgia na świecie, należą: czekolada, małże, frytki, piwo, komiks, król Albert oraz stolica UE.

Luykx pochodzi z jednego z najstarszych miast Belgii – Antwerpii. W Polsce mieszka 1,5 roku. Jego ulubioną potrawą są nasze pierogi. Jeden z największych inwestorów belgijskich, Kredyt Bank, działa już 17 lat na naszym rynku. Jest znaną i rozpoznawalną marką. Obsługuje około 950 tys. klientów i zatrudnia 5,4 tys. pracowników. Notowany na giełdzie. To bank uniwersalny, obsługuje zarówno klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych, wciąż rozbudowuje swoją sieć i wprowadza nowe produkty dla petentów.



Kraj o dwóch obliczach

Przeciętny Belg łączy w sobie mentalność francuską i niemiecką, czyli dawkę romantyzmu z pragmatyzmem. To samo można powiedzieć o belgijskiej kuchni: jest w niej i francuskie wyrafinowanie, i niemiecka prostota. W Belgii mieszkają Walonowie, Flamandowie oraz Brukselczycy. To federacja dwóch narodów: niderlandzkojęzycznej Flandrii i francuskojęzycznej Walonii. Federacja jest jednak tylko gorsetem ratującym przed rozpadem kraj, który właśnie zaczyna pękać.

Obserwatorzy coraz częściej mówią o groźbie rozpadu. Skonfliktowani ze sobą Flamandowie i Walonowie nie mogą dojść do porozumienia – do mediacji włączył się król Albert II. Młodzi mieszkańcy obu regionów na znak protestu stoczyli walkę na poduszki na ulicach Brukseli. Dali w ten sposób do zrozumienia, że wspomniane animozje uważają za absurd. Przebieraniec – złoty lew – symbol północnej, niderlandzkojęzycznej części kraju, po walce uściskał koleżankę przebraną za koguta – symbol Walonii. – Żaden Belg mieszkający w Polsce nie myśli poważnie o tym konflikcie. Grozi nam rozpad mniej więcej co 10 lat – przekonuje Delbar. – Kiedy Belgom się nudzi, próbują komplikować rzeczy proste. Pochodzę z miasteczka, które leży na granicy skonfliktowanych regionów. Połowa mojej rodziny to Flamandowie, a druga – Walonowie. Jestem więc kompilacją cech charakterystycznych dla obu narodowości. Podobnie jak król Albert II nie jestem ani Walonem, ani Flamandem. Król łączy wszystkich, to arbiter.



Belgijska kuchnia do odkrycia

Kraj niewielki (dziesięciokrotnie mniejszy od Polski, tylko 10 mln ludności), ale za to sztuka kulinarna na wysokim poziomie. Nie każdy wie, że Belgia prowadzi olbrzymią produkcję serów twardych oraz około 400 gatunków piwa. Większość jest wyrabiana przez opactwa, których ojcowie zazdrośnie strzegą receptur przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wybierając się do Belgii, warto dać się zaskoczyć i spróbować tradycyjnych dań, jakimi na co dzień zajadają się mieszkańcy. Znawcy kuchni zaznaczają, że jeśli Polak chce spróbować prawdziwej belgijskiej kuchni, powinien zacząć od waterzooi. To połączenie dość nietypowych smaków najlepiej smakuje z gotowanymi ziemniakami lub tostami. Na ów słynny gulasz, wywodzący się z historycznej stolicy Flandrii – miasta Ghent, składają się warzywa i jajka gotowane w piwie lub wywarze z mięsa. Podstawowym składnikiem jest kurczak, którego można zastąpić królikiem lub rybą.

Najważniejszy specjał belgijskiej kuchni to piwo. Ten narodowy napój wykorzystywany jest przy przygotowywaniu wszelakich sosów, mięs i warzyw. W zimne dni Belgowie zajadają się stoofvlees. Połączenie wieprzowiny i wołowiny, powoli gotowanych w ciemnym belgijskim piwie, rozgrzeje nawet podczas mrozów. Koniecznie trzeba też spróbować dania ze znakomitym belgijskim majonezem, za którym tęsknią Belgowie mieszkający w Polsce. Zapewniają, że ma niepowtarzalny smak. Czemu go zawdzięcza? – Sekret tkwi w odpowiednich proporcjach cytryny i pieprzu. Ponadto składniki muszą mieć temperaturę pokojową, dlatego warto wszystko przygotować wcześniej. Ważne jest też tempo dodawania poszczególnych składników, np. olej należy dodawać kropelka po kropelce. Prawie każda Belgijka potrafi zrobić go w domu – opowiada Delbar. Belgowie wyhodowali również cykorię, która na Starym Kontynencie miała być substytutem kawy. Dziś jest cennym składnikiem sałatek i zup, jak również dań bardziej wyrafinowanych, np. faisan á la brabançone – bażanta gotowanego z cykorią po brabancku. Każdego amatora dobrej kuchni z pewnością zachwycą takie belgijskie potrawy, jak: lapin á la biére (zając w piwie), carbonnade (gulasz wołowy) czy kulinarny symbol narodowy - moules et fritest, czyli mule z frytkami.



Jada tu Krystyna Janda.

Klasycznych belgijskich potraw możemy spróbować w restauracjach prowadzonych przez rodowitych Belgów. Są to m.in. Alert w centrum Warszawy oraz Willa Borówka w Milanówku. Ta druga jest własnością Pascala Pauwelsa, który kupił, najstarszy w Milanówku, zabytkowy pałacyk, należący kiedyś do Artura Hosera. Wyremontował popadający w ruinę budynek i otworzył tam kameralny hotelik i właśnie restaurację. Pascal przez 15 lat pracował dla międzynarodowych firm, był m.in. dyrektorem działu informatycznego w firmie Masterfoods. Od 10 lat jest żonaty z Polką i ma czworo dzieci. Zdecydował się na odejście z firmy, ponieważ zarząd zamierzał wysłać go do Chin, a on nie chciał wyjeżdżać z Polski. Jak większość Belgów, Pascal posługuje się kilkoma językami – niemieckim, francuskim, angielskim, polskim i rosyjskim. Jak twierdzi, czasem nie pamięta, w którym coś komuś obiecał. Spełniło się marzenie o założeniu własnej restauracji. Gotowanie zawsze było moją pasją – opowiada Pascal.

Jest to przełom w mojej karierze, ale mam kochającą żonę, która mnie wspiera. Na obiady przychodzą do nas sąsiedzi. Wśród nich jest także Krystyna Janda, mieszkająca na tej samej ulicy. Pewnego dnia przyszła z rodziną i powiedziała: „chcieliśmy sprawdzić, gdzie w razie potrzeby możemy przychodzić na obiad”. Włodzimierz Szaranowicz wynajął całą salę, Dorota Stalińska je czasami u nas kolację. W Belgii restauracja uchodząca za dobrą ma mało pozycji w karcie, ale dania muszą być wyśmienite i zmieniają się mniej więcej co dwa miesiące. Luksusowe restauracje każdemu gościowi proponują po osiem najróżniejszych dań, oczywiście w bardzo małych ilościach. Człowiek nie wychodzi z lokalu przejedzony, za to z wieloma fantastycznymi i zupełnie niespodziewanymi doznaniami – to wspaniałe! – mówi Ronnie Richardson. – Do jedzenia Belgowie piją dużo wina, uwielbiają francuskie, ale ma ono zmienną jakość, która zależy na przykład od rocznika, w przeciwieństwie do win z Nowego Świata, także bardzo popularnych.



Każdy Belg ma w domu frytkownicę

Wynalezienie frytek przypisuje się Amerykanom. Tak naprawdę już dawno temu wymyślili je Belgowie. Przed wiekami to bowiem przez Belgię sprowadzano do Europy ziemniaki. Dziś sprzedaje się je w specjalnych budkach, z dodatkiem rozmaitych sosów, które nawet z tej skromnej „potrawy” mogą zrobić prawdziwy przysmak. Frytki są dla Belgów tym, czym ryż dla Azjatów – 81% belgijskich gospodarstw domowych ma frytkownice. Używają frytek jako dodatku do wszystkiego. Najczęściej do muli, steków i ryb. To chyba najbardziej uniwersalne danie na świecie. Można by powiedzieć, że jest pomostem między ludźmi z różnych środowisk i klas społecznych. Jedzą je nastolatki, studenci, wiecznie zapracowani biznesmeni, ale i smakosze bywający w najlepszych i najdroższych restauracjach. Stanowią dodatek lub są „istotą” posiłku. To nic wymyślnego – ot, pokrojony na kawałki i usmażony w tłuszczu ziemniak. Z wynalezieniem frytek wiąże się legenda. – Ich produkcja rozpoczęła się w Belgii w XVII w. Nie wiadomo dokładnie, kiedy usmażona została pierwsza porcja frytek, ale wiadomo, co było jej poprzedniczką, a raczej poprzedniczkami. Otóż wcześniej smażono małe rybki, jednakże zimą bardzo trudno było wyłowić je spod grubego lodu. Dlatego zostały zastąpione ziemniakami, które, pocięte w małe cząstki, odpowiadające wielkości owych rybek, trafiały do rozgrzanego tłuszczu, a potem do żołądków wygłodniałych smakoszy – opowiada Pascal Pauwels.

Czekolada najlepsza na świecie

Poza piwem chyba żadna z narodowych specjalności nie zrobiła takiej kariery międzynarodowej jak belgijska czekolada. Zyskała miano najlepszej w świecie ze względu na długoletnią tradycję i dbałość o jakość produktu. To w Belgii znajduje się największa liczba „czekoladników” (chocolatier), tj. mistrzów wyrobów czekoladowych. Wyrób czekolady rozpoczęto tu w latach 80. XIX w., co zbiegło się z zajęciem Konga przez Belgów i oznaczało łatwy dostęp do afrykańskich plantacji kakaowców. Tradycyjne czekoladki belgijskie, znane jako pralines, mają kremowe, orzechowe lub czekoladowe nadzienie i są pokryte mleczną lub białą czekoladą. Belgijska czekolada jest wyjątkowo esencjonalna, gdyż zawiera duży dodatek kakao. Wytwarzanie czekolady jest pilnie strzeżoną tajemnicą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Najbardziej znani producenci czekoladek, czyli grandes maisons de chocolat, to Mary, Neuhaus, Leonidas, Wittamer, Guylian, Godiva, Galler. Trzy ostatnie marki są dostępne w Polsce. Pralinki Guylian można kupić w dobrych delikatesach w całym kraju. Z kolei marki Galler i Godiva tylko w salonie Le Chocolat w Warszawie. To jedyny u nas ekskluzywny salon czekoladowy z luksusowymi czekoladkami od 26 producentów z całego świata. – Leonidas parę lat temu próbował otworzyć swój pierwszy firmowy sklep w Warszawie, ale po kilku miesiącach musiał zrezygnować z powodu zbyt niskiej sprzedaży – opowiada Dorota Iwanicka, szefowa Le Chocolat. – Wtedy jeszcze było niewielu konsumentów zainteresowanych kupnem premiowych pralinek na wagę. Dlatego trochę się obawiałam otwierać punkt z tak niszowymi w naszym kraju produktami. Nasz sklep funkcjonuje dopiero pół roku i z pewnością nie możemy narzekać na brak klientów. Większość z nich to czekoladoholicy, koneserzy, którzy, podróżując po świecie, mieli okazję zakosztować najlepszych czekolad. Przychodząc do nas, pytają o konkretne marki. 100% produktów importujemy sami. Jedną z pierwszych firm, z którą zaczęliśmy współpracę, była właśnie belgijska Galler, oficjalny dostawca czekolady na dwór Belgii. Mimo że produkowana w dużych ilościach, dostępna jedynie w wybranych miejscach.



Kupowanie czekoladek to w Belgii niemal rytuał, są one indywidualnie wybierane, często zawijane w bibułkę i układane w pięknie ozdobionym pudełku. Aby docenić prawdziwą magię czekolady, warto choć raz spróbować produktów wytwarzanych przez prawdziwych mistrzów – są bardzo drogie, ale godne swojej ceny. To nieprawdopodobne jak Belgowie potrafią celebrować jedzenie czekolady. Tam na każdej ulicy jest dwóch, trzech małych czekoladierów (odpowiednik piekarza czy cukiernika). Zaskoczyło mnie, że tych sklepów jest tak wiele i każdy ma swoją klientelę. To fenomen, iż Belgowie, zresztą tak jak Szwajcarzy, jedzą dużo więcej czekolady niż Polacy, a nie tyją – zachwyca się Iwanicka.

Lady Godiva i Scarlett O’Hara

W odróżnieniu od wyrobów z innych krajów, belgijska czekolada, taka jak chociażby Godiva, produkowana jest w taki sam sposób jak przed laty: ręcznie i w oparciu o najlepsze, selekcjonowane składniki. Jest to produkt niezawierający sztucznych aromatów czy innych tłuszczów niepochodzących z kakao. Proces produkcji surowców (kakao) i kuwertury (wynalazku belgijskiego będącego podstawą pralinek) jest ściśle monitorowany w całym ciągu produkcyjnym. – Pomimo że Lady Godiva nie jest postacią należącą do kultury belgijskiej, historia kobiety pełnej pasji, klasy, zmysłowości i odwagi znakomicie oddaje emocje kojarzone z czekoladą, a czekolada to obecnie domena Belgów – mówi Monika Olesik-Bogucka, dyrektor zarządzająca firmy LHOE, która sprzedaje czekoladki Godiva firmom jako „corporate/business gifts” (prezenty firmowe). – Czekoladki Godiva zdobione są ręcznie. Jedną z najbardziej lubianych – tę o nazwie „Autant” – zdobi czekoladowy liść. Została stworzona w 1949 r., a jej pierwotna nazwa brzmiała „Autant en emporte le vent”, co znaczy „przeminęło z wiatrem”. Ów liść to stylizowana wersja pióra, które Scarlett O’Hara miała przy swoim kapeluszu.



Pralinki jak owoce morza

Drugą, obok Godivy, popularną w Polsce marką czekoladek jest Chocolaterie Guylian. Firma otrzymała zaszczytny tytuł „Ambasadora Belgii” za zasługi w promowaniu tego kraju poprzez swoje wyroby na całym świecie. Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym marki Guylian jest czekoladka w kształcie stylizowanego konika morskiego, a najbardziej znane są pralinki w kształcie owoców morza. Bombonierki na stałe zagościły już w Polsce i nie tylko, bo można je kupić w ponad 100 krajach. Pomysł na czekoladki w kształcie owoców morza został zaczerpnięty z tradycyjnych czekoladowych upominków przygotowywanych lokalnie przez cukierników na wybrzeżu belgijskim. Firma Guylian opracowała własne kształty czekoladowych muszelek, które zyskały rozgłos w Belgii i sąsiadujących krajach. Oferujemy dziś duży asortyment bombonierek, czekolad i batoników. Do ich produkcji, według receptur niezmienionych od lat 60. ubiegłego wieku, używana jest najlepsza belgijska czekolada – mówi Katarzyna Tuszyńska-Niezgoda, kierownik sprzedaży i marketingu Guylian Poland.

Historia firmy Chocolaterie Guylian rozpoczyna się w 1960 r., w dniu ślubu cukiernika Guya Fouberta z panną Liliane. Nazwa firmy pochodzi od imion państwa młodych, którzy na początku produkowali pralinki i trufle we własnej kuchni i zaopatrywali w nie okoliczne sklepy. W październiku 2003 r. Guylian otworzył pierwszą kawiarnię w Antwerpii. Mieści się w centrum miasta w pobliżu teatru Bourla. Aromatyczny zapach czekolady zachęca do wejścia. W miastach belgijskich na każdej uliczce można dostrzec po kilka sklepików z szyldem „pralines”. A wybór jest ogromny. W znanych sklepach firmowych, takich jak Neuhaus, Ganier, Leonidas, Godiva, Moeder Babelutte, Pralines Confisene Verheecke, każdy znajdzie przeróżne smakołyki rozmaicie pakowane. Ale najwięcej przyjemności daje samodzielny wybór czekoladek, które sprzedawca w białych rękawiczkach zapakuje dla nas w eleganckie pudełko.

Piwo z górskich klasztorów

Belgijski przemysł piwowarski, choć już nie tak rozbudowany jak przed stu laty, wciąż szczyci się blisko 400 gatunkami piwa, wytwarzanymi w przeszło stu browarach. Obywatele tego kraju twierdzą, że niczego, co belgijskie, nie da się zjeść bez złotego trunku. Każdy Belg jest jego smakoszem, co ułatwia zwyczaj panujący w każdym szanującym się pubie – stałym bywalcom podawane jest piwo specjalnie warzone w danym miejscu. Tworzą one odrębną kategorię, znaną jako „belgijskie piwa specjalne”, bowiem występują wyłącznie na terenie Belgii. Należą do nich m.in. piwa typu trappist pochodzące z sześciu cysterskich opactw. Warzone są na terenie zakonów trapistów pod ścisłą kontrolą społeczności zakonnej. Zyski ze sprzedaży piwa wykorzystywane są w części na pokrycie kosztów utrzymania zakonu, częściowo zaś na cele charytatywne. – To przedsięwzięcie na niewielką skalę, a pracochłonny, długotrwały proces produkcji (od 8 do 18 tygodni) jest bardzo kosztowny, dlatego cena za butelkę znacznie przewyższa cenę i jakość zwykłego, produkowanego fabrycznie, piwa. Oryginalne belgijskie piwa premium można kupić w delikatesach Piotr i Paweł oraz Alma, a także zamówić w niektórych restauracjach, m.in. w Willi Borówce – mówi Eric De Geyter, właściciel firmy Belgium’s Best, największego importera belgijskich piw górnej fermentacji w Polsce, w tym również piwa trapistów (zakonu położonego w Westmalle).

Z osiemnastu belgijskich browarów sprowadza 85 rodzajów piwa, m.in. te najpopularniejsze na świecie: Delirium Tremens, Duvel, La Gauloise, Tripel Karmeliet, Pauwel Kwak, Corsendonk, Ename czy Gouden Carolus. Piwa trapistów należą do tych, które podlegają ponownej fermentacji w butelce (nalewając piwo do szklanki, zaleca się pozostawić 1 cm napoju na dnie butelki). Mają zazwyczaj wysoki poziom alkoholu (między 6% a 12%). W przeszłości zakonnicy warzyli piwo w swych opactwach, dziś jednak powierzyli tę czynność prywatnym browarom.



Diamenty dla inwestorów

Ktoś, kto zamierza zainwestować w kamienie szlachetne, nie może ominąć Antwerpii. To historyczne miasto w Belgii jest stolicą diamentów, szlifuje się tu ponad 50% wszystkich diamentów świata. Są tu siedziby 1,5 tys. biur zajmujących się handlem tymi kosztownościami. Udział Antwerpii w światowym handlu surowymi diamentami przekroczył 80%. Ceny kamienia na światowym rynku określają słynne „cztery wysokie C”, na które składają się cut, clarity, color, carat, czyli szlif, czystość, barwa i liczba karatów. Wysoka Rada Diamentowa, wyznaczająca w Antwerpii kodeks zachowań, dodała „piąte C”. Jest nim confidence, czyli zaufanie. To piękny gest, tyle że praktycznie bez znaczenia. W sklepach jubilerskich przy dworcu głównym handlarze nie pytają o certyfikaty pochodzenia, gdy obcy oferuje im do sprzedania woreczek nieoszlifowanych diamentów. W dzielnicy diamentów, obok dworca głównego, znajdują się szlifiernie, zakłady jubilerskie, hurtownie, firmy rzeczoznawcze i ubezpieczenia. Wszystkie te zakłady zabezpieczone są mniej lub bardziej dyskretnymi kratami, a każdy krok turystów obserwują kamery.

Od zarania dziejów energia zawarta w kamieniach szlachetnych wzbudzała u ludzi emocje i żądze. Wielu ulegało ich wyjątkowej urodzie. Zdobiły insygnia królewskie, szyje dam, rękojeści szabli czy komnaty zamkowe. Kamienie szlachetne zawsze stanowią realną wartość gwarantującą przetrwanie podczas przesileń historycznych czy kryzysów gospodarczych. Jest to rzeczywista lokata kapitału, a nie chwilowa wirtualna wartość zapisana w rejestrach banków, które niekiedy bankrutują. Z pokolenia na pokolenie mogą być przekazywane jako rodzinny majątek i przedmiot dumy rodowej. Największy diament znaleziono w RPA w 1905 r. Ważył 3106 karatów i został podzielony na ponad 100 części. Wykonany z największej części brylant o wadze 530,2 karatów nosi nazwę Wielkiej Gwiazdy Afryki (Cullinan I) i zdobi berło królowej Anglii. Światowe roczne wydobycie diamentów przekracza 150 mln karatów o wartości około 8 mld dolarów.

Diamenty w stanie surowym nie wyglądają efektownie. Dopiero mistrzowska ręka szlifierza wydobywa z nich życie, żar i ogień. Niepowtarzalne efekty to skutek wewnętrznego odbicia światła, wnikającego do wnętrza diamentu. Hinduska legenda głosi, że diament powstaje z pięciu elementów, z których składa się świat – wody, ziemi, nieba, energii i powietrza. Stąd właśnie bierze się jego moc i niezwykłe właściwości. Kiedyś był klejnotem dla wybranych, teraz może go mieć każda kobieta.
Źródło:
Tematy
Otwórz konto firmowe mBiznes Standard w mBanku wraz z kartą firmową Mastercard i zyskaj premię
Otwórz konto firmowe mBiznes Standard w mBanku wraz z kartą firmową Mastercard i zyskaj premię

Komentarze (13)

dodaj komentarz
~elo
Autor ma braki w warsztacie dziennikarskim- nie zamieszczajcie tak słabych textów bo portal na tym cierpi!!!
~ss
3 BILIONY EURO!!!!!!?????
Kto to pisał???!!!
~Makler
Coś się komuś w głowie popierniczyło...3 bln euro belgowie w polsce zainwestowali...szkoda tylko, że nasze pkb to jakiś 550 mld baksów...
~artur
Byłem tam, straszny syf mają w domach jak w naszej blokowej piwnicy
~Arek
dokladnie..widac Belgie z kosmosu wlasnie jako najbardziej oswielony punkt na Ziemi..poszperajcie w Internecie:)..jeżdze do Belgii i fajnie jest jechac po autostradzie caly czas oswietlonej:) a piwko?mmmhh ,frytki super.co do sosów to bym sie nie zgodzil a czekoladki tez dobre.
~Belgian-space-cadet
Kosmos to wielkie i bardzo, ale to bardzo, puste miejsce. Jednak w porównaniu tego co macie pomiedzy uszami jest tam tłoczno jak w przysłowiowej beczce śledzi.

Czytać ze zrozumienie podróżnicy międzyplanetarni !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
~Niepo
3 biliony euro dotychczas zostało zainwestowane????


Skąd oni te liczbę wzięli, z kosmosu?
~Katoda Ltd
Stawiam na bezmyślne tłumaczenie z angielskiego - "3 billions" = 3 miliardy, co już wygląda na bardziej wiarygodną liczbę.
~mlody
bzdura!!! mur chinski nie jest widoczny z kosmosu, calkowicie wtapia sie w tlo krajobrazu.autorowi brakuje podstawowej wiedzy.
~ansuz
międzyplanetarne? przespałem coś?

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki