W wyniku eksplozji, do której doszło we wtorek na placu Sultanahmet w historycznej dzielnicy Stambułu zginęło 10 osób, a 15 zostało rannych. Za wybuch odpowiedzialny był zamachowiec-samobójca syryjskiego pochodzenia.


[Aktualizacja 18:50]
W pierwszych doniesieniach mówiło się o zamachowcu-samobójcy, przed 13 doniesienia te potwierdził prezydent Turcji, Recep Tayyip Erdogan.
W samobójczym zamachu w historycznej części Stambułu we wtorek zginęło 10 osób, a 15 zostało rannych. Według wicepremiera Turcji Numana Kurtulmusa większość zabitych to cudzoziemcy. Władze zidentyfikowały sprawcę; był nim urodzony w 1988 roku Syryjczyk.
Kurtulmus, który wypowiadał się po kryzysowym posiedzeniu rządu, zwołanym przez premiera Ahmeta Davutoglu, powiedział też, że stan dwóch spośród 15 rannych jest poważny.
Źródła w biurze Davutoglu, na które powołuje się Reuters, twierdzą, że większość zabitych to Niemcy.
Wcześniej szef niemieckiego MSZ Frank-Walter Steinmeier powiedział, że nie wyklucza, iż wśród ofiar śmiertelnych mogą być Niemcy. Norweski resort spraw zagranicznych potwierdził, że w ataku ranny został Norweg.
"Stanowczo potępiam incydent terrorystyczny w Stambule, oceniany jako atak zamachowcy samobójcy syryjskiego pochodzenia" - oświadczył prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, sugerując, że odpowiedzialni za eksplozję mogą być dżihadyści.
Według Erdogana "Turcja jest pierwszym celem wszystkich organizacji terrorystycznych, które są aktywne w regionie". Żadne ugrupowanie do tej pory nie wzięło na siebie odpowiedzialności za atak.
Do wybuchu doszło na dawnym hipodromie między Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem, które należą do najpopularniejszych atrakcji turystycznych Stambułu.
Według agencji prasowej Dogan wśród rannych jest sześciu turystów z Niemiec, jeden obywatel Norwegii i jeden obywatel Peru. Wcześniej pojawiały się także informacje o rannym południowokoreańskim obywatelu.
Resorty spraw zagranicznych Niemiec i Danii zaleciły swym obywatelom, by unikali tłumów przed obiektami turystycznymi w Stambule. Niemieckie MSZ wezwało też podróżnych, by trzymali się z dala od demonstracji i zgromadzeń, głównie w dużych miastach.
W obawie przed powtórnym wybuchem policja zamknęła plac Sultanahmet, na którym ok. godz. 10 czasu lokalnego (ok. 9 w Polsce) doszło do eksplozji. Na miejsce przyjechało wiele wozów policyjnych i karetek pogotowia; na niebie widać było policyjny śmigłowiec.
Jedna z turystek opowiadała, że "eksplozja była tak silna, że ziemia się zatrzęsła", a ona wraz z córką ukryła się w sąsiednim budynku. Detonacja była słyszana i odczuwana na oddalonym o kilka kilometrów placu Taksim - relacjonowali świadkowie.
Policjant, który był w okolicy w czasie wybuchu, powiedział, że plac nie był pełen ludzi, w okolicy spacerowały jednak niewielkie grupki turystów. Po ataku zamknięto obiekty turystyczne, w tym Hagię Sophię i Cysternę Bazyliki.
Władze badają rodzaj użytego materiału wybuchowego i prowadzą śledztwo mające ustalić sprawców.
Podobnie jak w poprzednich zamachach tureckie władze zarządziły blokadę pewnych informacji. Agencja AP odnotowuje, że jest zakaz przekazywania zdjęć ofiar i informowania o szczegółach śledztwa.
UE i NATO potępiły zamach. "Nie ma usprawiedliwienia dla takich ataków. Wszyscy sojusznicy NATO są zjednoczeni w walce z wszelkimi formami terroryzmu" - napisał sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg.
Także szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini oświadczyła, że UE stoi u boku Turcji. Na szczycie UE-Turcja w listopadzie ub.r. walka z terroryzmem została uznana za priorytet, a teraz obie strony muszą zintensyfikować wysiłki na rzecz przeciwdziałania przemocy - napisała Mogherini.
W styczniu 2015 r. kobieta zamachowiec samobójca wysadziła się na komisariacie policji dla turystów w dzielnicy Sultanahmet. Zginął jeden funkcjonariusz, a drugi został ranny. Do ataku przyznała się skrajnie lewicowa organizacja, ale przedstawiciele władz później twierdzili, że stała za nim kobieta pochodząca z Dagestanu, która miała powiązania z islamistycznymi bojownikami.
Turcja doświadczyła dwóch krwawych zamachów bombowych w ubiegłym roku; oba są przypisywane Państwu Islamskiemu (IS). W lipcu w ataku w mieście Suruc, przy granicy z Syrią, zginęło ponad 30 ludzi, głównie prokurdyjskich działaczy.
10 października przed głównym dworcem w Ankarze w najkrwawszym zamachu w historii Turcji śmierć poniosło ponad 100 osób.
Islamistyczno-konserwatywne władze Turcji latem ub.r. przyłączyły się do międzynarodowej koalicji zwalczającej dżihadystów i nasiliły aresztowania domniemanych członków IS.
Niespokojnie jest na południowym wschodzie Turcji, zamieszkanym głównie przez Kurdów, od kiedy w lipcu ub.r. załamał się rozejm między bojownikami Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) a władzami Turcji. PKK atakuje głównie policjantów i żołnierzy, ale 23 grudnia ub.r. zbrojna kurdyjska organizacja Sokoły Wolności Kurdystanu (TAK) przyznała się do ataku na lotnisku im. Sabihy Gokcen w Stambule, w którym zginęła kobieta, a jedna osoba została ranna.
Rocznie Stambuł odwiedza prawie 10 mln turystów. Szef stowarzyszenia turystycznego Sultanahmet powiedział dziennikowi "Hurriyet", że atak jest "wielkim ciosem dla turystyki w regionie". "W tej okolicy jest 7 tys. hoteli. Teraz turyści chcą stąd wyjechać. Już szukają biletów, by wrócić do swych krajów. Ta eksplozja oznacza, że rok 2016 dla nas się skończył" - powiedział.
Davutoglu: Wszyscy zabici w zamachu w Stambule to cudzoziemcy
Premier Turcji Ahmet Davutoglu powiedział, że wszyscy zabici w samobójczym zamachu, do którego doszło we wtorek w historycznej części Stambułu, to cudzoziemcy. Jego zdaniem zamachu dokonał urodzony w innym kraju członek Państwa Islamskiego.
W zamachu zginęło 10 osób, a 15 zostało rannych.
Szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier powiedział, że zginęło co najmniej ośmiu Niemców, a dziewięciu zostało poważnie rannych.
"Od lat nie zostaliśmy uderzeni tak mocno aktem terroru, jak teraz w Stambule" - powiedział Steinmeier.
Davutoglu, którego wypowiedzi wyemitowała turecka telewizja, poinformował, że w rozmowie telefonicznej złożył kondolencje kanclerz Niemiec Angeli Merkel.
Premier zapowiedział, że tureckie władze znajdą wspólników zamachowca samobójcy i przykładnie ich ukarzą. Zapowiedział także kontynuowanie walki z Państwem Islamskim i ocenił, że jednym z głównych źródeł terroryzmu jest brak bezpieczeństwa w Syrii.
Na razie żadna organizacja nie przyznała się do przeprowadzenia zamachu.
Wicepremier Turcji Numan Kurtulmus powiedział, że zamachowiec niedawno prawdopodobnie przedostał się do Turcji z Syrii, i dodał, że nie było go na liście bojowników objętych w Turcji dozorem. Kurtulmus poinformował, że w związku z podejrzanymi powiązaniami z islamskimi bojownikami śledzone są w Turcji tysiące ludzi, ale w grupie tej nie było sprawcy wtorkowego zamachu.
Przywódcy Rady Europy solidarni z Turcją
Sekretarz generalny Rady Thorbjorn Jagland w reakcji na dzisiejszy zamach w Stambule napisał, że "odpowiedź na akty terroru musi być stanowcza". Zamach potępiła także przewodnicząca Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Anne Brasseur.
Thorbjorn Jagland w swym komunikacie wyraził kondolencje rodzinom ofiar i solidarność z władzami Turcji. Jak podkreślił, atak dotknął nie tylko Turcję, lecz nas wszystkich. "Terroryści próbują osłabić naszą wiarę w wyznawane wartości i sposób naszego życia - ale to im się nie uda" - oświadczył sekretarz generalny Rady Europy. Zauważył, że jedynie przez wspólnie uzgodnione i zdecydowane działania można się uporać z tym zagrożeniem.
Przewodnicząca Zgromadzenia Parlamentarnego Anne Brasseur zapewniła Turcję, że może liczyć na wsparcie w walce z terroryzmem i brutalnym ekstremizmem. "Obowiązkiem wszystkich demokratycznych sił politycznych jest stanąć naprzeciw radykalizacji, nienawiści i terrorowi" - napisała Anne Brasseur.
PAP/IAR



























































