Indeks szerokiego rynku giełdy w Szanghaju zakończył dzień na najniższym poziomie od lutego 2016 r. Chińskim spółkom ciążył ponownie osłabiający się wobec dolara juan oraz dalsza eskalacja konfliktu na linii Waszyngton-Pekin.


Początek poniedziałkowej sesji nie zwiastował jej marnego końca. Po godzinie handlu Shanghai Composite był na plusie i można było mieć nadzieję, że zakończy spadkową serię trwającą od niemal dwóch tygodni (z przerwą w ostatnim dniu lipca).
W marszu na północ pomagało umocnienie juana wobec dolara - w piątek po południu Ludowy Bank Chin wprowadził regulacje uderzające w grę na spadki chińskiej waluty, co momentalnie wsparło błyskawicznie tracącego w ostatnich dniach "czerwonego".
Wkrótce jednak tak renminbi, jak i akcje chińskich spółek zawróciły na południe. O 9:00 polskiego czasu za dolara ponownie trzeba było płacić ponad 6,84 juana, w porównaniu do niewiele ponad 6,80 juanów 6 godzin wcześniej. "Zielony" zyskiwał nie tylko wobec "czerwonego", ale i innych walut - indeks dolara zbliżył się do poziomów notowanych w czerwcu, a poprzednio w połowie 2017 r.
Juan pociągnął w dół giełdy za Murem. Na wykresie dziennym zarysowała się typowa dla chińskich wycen formacja - po początkowych wzrostach nadeszły spadki. Zabrakło jedynie odbicia w ostatniej godzinie handlu, zwiastującego interwencję "drużyny narodowej". W efekcie Shanghai Composite zakończył sesję 1,29 proc. na minusie i znalazł się na poziomie 2705 pkt. Jest to najniższe zamknięcie od lutego 2016 r. Od początku roku indeks szerokiego rynku giełdy w Szanghaju stracił już ponad 18 proc., a od szczytu ze stycznia - niemal 24 proc.
Jeszcze silniej zniżkował dziś analogiczny indeks z Shenzhen. Po spadkach o 2,08 proc. znalazł się na poziomie 1455 pkt. - tak nisko na zamknięciu był ostatni raz jeszcze przed eksplozją hossy - na początku 2014 roku!
W wyniku silnych tegorocznych spadków w Szanghaju i Shenzhen oraz osłabienia juana chińskie giełdy utraciły w zeszłym tygodniu miano wicelidera światowego rankingu. Drugim największym rynkiem akcji pod względem kapitalizacji stała się Japonia.
Wycenom chińskich walorów ciążą m.in. eskalacja konfliktu handlowego z USA, trwająca do niedawna walka z nadmiernym zadłużeniem, niepokojąco szybko słabnący juan (co grozi wkroczeniem sporu z Waszyngtonem na nowe pole - wojny walutowej czy stanowi zagrożenie dla firm zadłużonych w dolarach), kolejne negatywne sygnały z gospodarki (spowalniające tempo wzrostu, zwiększenie liczby niewypłacalności firm) i zapowiedzi dalszych regulacji sektora nieruchomości. Paliwa do wzrostów na krótko dostarczył w drugiej połowie czerwca Pekin, ogłaszając program rozluźnienia polityk monetarnej i fiskalnej, ale nie wystarczyło ono na długo i notowania znów rozpoczęły zjazd.
W weekend na sytuację na giełdach za Murem zwrócił prezydent Trump. "Taryfy działają o wiele lepiej, niż ktokolwiek przypuszczał. Chiński rynek spadł o 27% w ciągu ostatnich 4 miesięcy i rozmawiają z nami. Nasz rynek jest silniejszy niż kiedykolwiek i wzrośnie drastycznie, gdy te okropne Umowy handlowe zostaną pomyślnie renegocjowane" - napisał na Twitterze. Trump dodał, że Chiny po raz pierwszy źle sobie radzą przeciwko USA, a taryfy naprawdę uderzają w ich gospodarkę.
Na wpis prezydenta Stanów Zjednoczonych zareagowały państwowe media zza Muru. "Chiny są gotowe na "wyczerpującą" wojnę handlową z USA i nie boją się ponieść krótkoterminowych kosztów" - napisał w niedzielę nacjonalistyczny "Global Times".
W piątek po południu władze w Pekinie dały sygnał, że nie zamierzają ustąpić Trumpowi. Ministerstwo Finansów ChRL opublikowało komunikat wyrażający gotowość Chińczyków do nałożenia dodatkowych ceł na 60 mld dol. importu z USA, jeśli Waszyngton wprowadzi w życie zapowiedziane taryfy na produkty sprowadzane z Państwa Środka. Na liście znalazł się m.in. LNG. Eskalacja wojny handlowej nie zatrzymała wzrostów na Wall Street.
Maciej Kalwasiński

























































