Zakład jest wyłącznym przedstawicielem w Polsce francuskiej firmy Sauthon Industries SA, będącej liderem na rynku mebli oraz wyrobów dziecięcych w Europie. - Zarabiamy od 800 do 1260 złotych - mówi Krzysztof Turos, jeden z pracowników zakładu. - To śmieszne pieniądze, dlatego domagamy się 30-procentowej podwyżki - wtóruje oburzony Wiesław Krawczuk, również pracownik fabryki. Wczoraj do godziny 9 zakład działał tak jak zwykle. Później do godziny 19 już nie. Jeśli żądania nie zostaną spełnione, związkowcy zapowiadają, że rozpoczną strajk ciągły do odwołania. - Strajk popiera 90 procent zatrudnionych, czyli ponad 30 osób - stwierdza Piotr Pszczółka, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność". - Strajk, którego przyczyną jest spór zbiorowy, bo nie otrzymaliśmy zapłaty za nadgodziny, także regulamin funduszu socjalnego jest dla nas niekorzystny. Pracownicy, którzy są z Darłowa i okolic, akcentują, że czują się ignorowani przez francuskie władze firmy. Dlatego aby walczyć o swoje ogłosili strajk. - Początkowo próbowaliśmy rozmawiać z dyrektorem, który jest tutaj na miejscu - tłumaczyli wczoraj jeden przez drugiego w szatni mężczyźni. - Ale on chyba nic nie może, bo nie był skory do wysłuchania nas. Także "Dziennik Bałtycki" miał duży kłopot z nawiązaniem rozmowy z szefostwem zakładu. Sekretarka firmy poinformowała nas, że dyrektor nie ma dla nas czasu. Wczoraj zwaśnione strony zasiadły jednak do stołu w celu wypracowania kompromisu. - Nie wiemy, czy dyrektor ma odpowiednie kompetencje, aby z nami rozmawiać - powiedział nam Piotr Pszczółka. - Zobaczymy, co z rozmów wyjdzie. Nie wykluczamy zaostrzenia strajku.
Dziennik Bałtycki
TOMASZ TURCZYN























































