- Mam bardzo dobre wieści - cieszy się Dariusz Adamski, przewodniczący stoczniowej „Solidarności“. - Wiem, że Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów poparł wniosek ministra skarbu dotyczący podwyższenia kapitału stoczni. Z taką instytucją jak komitet ekonomiczny ministrowie muszą się liczyć, więc jestem dobrej myśli. - Jeżeli rząd podjąłby inną decyzje niż zatwierdzenie podwyższenia kapitału, to by oznaczało, że chce upadku naszego przedsiębiorstwa - twierdzi Leszek Świętczak, przewodniczący związku zawodowego „Stoczniowiec“. - Wówczas pracę straciłoby kilka tysięcy ludzi. Wierzę, że ministrowie nie pozwolą upaść największej stoczni w Polsce. Dokapitalizowanie to być albo nie być dla stoczni. 515 mln zł zostanie przeznaczone na spłatę długów wobec ZUS, PZU oraz na zaległe odprawy emerytalne i nagrody jubileuszowe. Taki jest warunek potencjalnych inwestorów, którzy są zainteresowani nabyciem akcji stoczni. Firma musi być oddłużona, bo w przeciwnym razie może nie dojść do prywatyzacji. Stocznia Gdynia miała być sprywatyzowana do końca czerwca tego roku. Ten termin nie został dotrzymany. Teraz mówi się o końcu roku. Jeżeli stocznia nie zostanie sprywatyzowana, wówczas Unia może zażądać od przedsiębiorstwa zwrotu pomocy publicznej, co jest równoznaczne z upadłością. Zdaniem pracowników Instytutu Globalizacji, zajmujących się badaniem rozwoju polskich firm, koszt upadku przemysłu stoczniowego w Polsce mógłby sięgnąć co najmniej 10 mld zł. - Rząd liczy na wyrozumiałość komisarzy z Unii i na zgodę na przedłużenie terminu prywatyzacji, jednak cierpliwość Brukseli może się wyczerpać - uważa Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji. - Decyzja o nakazie zwrotu pomocy publicznej to koniec polskiego przemysłu stoczniowego.
Dziennik Bałtycki
Mariusz Jabłoński




























































