„Nie musimy korzystać z broni i zabijać ludzi, żeby rozpocząć rewolucję. Rewolucja w dzisiejszych czasach to prosta sprawa. Czym jest system? System oparty jest na władzy banków. A więc zniszczyć go trzeba przez banki” – te słowa byłego piłkarza pięć lat temu zapoczątkowały internetowy ruch. W Polsce też znalazł naśladowców.


Umieszczony w serwisie YouTube wywiad przeprowadzony przez lokalną gazetę „Presse Ocean” z Nantes stał się początkiem ruchu „Stop Banque”. Bohaterem klipu był Eric Cantona, były piłkarz m.in. Manchesteru United, który na sportowej emeryturze zajął się działalnością polityczną i społeczną.
„Musimy pójść do banków. To spowoduje prawdziwą rewolucję. Sprawa nie jest skomplikowana. Zamiast wychodzić na ulicę czy jechać kilkadziesiąt kilometrów samochodem, wystarczy, że pójdziesz do swojego banku i wypłacisz pieniądze. Jeśli odpowiednia liczba ludzi to zrobi, system się załamie. Bez broni, rozlewu krwi.” powiedział Cantona w wywiadzie.
ReklamaZobacz także
Myśl podchwyciła grupa francuskich użytkowników Facebooka, organizując pierwszy nowoczesny, zorganizowany „run na bank”. Grupa wspierających pomysł w mediach społecznościowych szybko urosła do kilkudziesięciu tysięcy. 7 grudnia 2010 r. miał być dniem „zero”. Protest przeszedł prawie bez echa, jeśli nie liczyć medialnych doniesień o kilku mniej znanych celebrytach wypłacających demonstracyjnie gotówkę. Francuskie banki nie zauważyły wzmożonego ruchu w placówkach i bankomatach.
Na podobny pomysł wpadł Zbigniew Stonoga, który za pośrednictwem Facebooka nawołuje do skoordynowanego wypłacania gotówki z banków. „W istotny sposób zaszkodzi to obcym bankom, które będą musiały zapłacić za dowózkę pieniędzy do bankomatów. Tego typu legalna akcja może być stałym batem na panoszące się banki, które narzucają nam własne reguły gry często napisane małym druczkiem” - czytamy na stronie wydarzenia.
Czy taki protest może być skuteczny?
Grupowe wypłacanie gotówki z banków jako forma protestu znacząco różni się od prawdziwego runu na bank. Jeśli przybierze rzeczywiście masową skalę, banki mogą mieć problem z zapewnieniem odpowiedniej ilości gotówki klientom. To może spowodować przerwy w działaniu bankomatów lub zatrzymanie operacji w oddziałach do czasu sprowadzenia dodatkowych środków. Niedogodności odczują przede wszystkim klienci, niekoniecznie zainteresowani akcją.
Prawdziwy run na bank ma miejsce wtedy, gdy deponenci obawiają się o bezpieczeństwo swoich pieniędzy. Spodziewane, krótkotrwałe problemy związane z brakiem gotówki nie są w stanie spowodować lawiny. Paradoksalnie, medialne doniesienia o proteście wcale nie destabilizują banków, dają bowiem klientom gotową odpowiedź na pytanie „dlaczego nie działają bankomaty?”.
Nie oznacza to, że zorganizowane akcje, np. przenoszenia oszczędności do innych instytucji nie mogą przynieść efektów. Kilka lat temu przekonał się o tym wielki Bank of America. Skoordynowana za pomocą Facebooka akcja „Bank Transfer Day”, będąca protestem przeciwko wprowadzeniu opłat za karty płatnicze, skłonił giganta do zmiany cennika. W tym przypadku liczą się jednak przede wszystkim efekty wizerunkowe, a nie ekonomiczne. Bank obawiając się kryzysu PR, może być gotowy ulec presji klientów.

























































