Bali było bowiem miejscem przepojonym wiarą i mistycyzmem, miejscem setek świątyń, tysiąca kapliczek, miliona ołtarzyków, miejscem, którym rządzi niezliczona ilość duchów i bóstw. Każdy przejaw życia codziennego był pod kontrolą innego Boga i każdy Bóg codziennie otrzymywał od swych wiernych dary. Każdego dnia ulicami miast i wiejskimi ścieżkami sunęły barwne procesje wiernych. W zgodzie i harmonii żyli tu wyznawcy animizmu, chrześcijanie, buddyści, islamiści i duża rzesza hinduistów. Dla przeciętnego Balijczyka pojęcie wojny religijnej było absolutnie niezrozumiałe, bo czyż można sobie wyobrazić konflikt między ludźmi, dla których jedną z form kultu religijnego jest… puszczanie latawców? Nad tarasami pól ryżowych i plantacjami herbaty do dziś cumują setki kolorowych latawców, które sławić mają bogów zamieszkujących w przestworzach.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku jeden z polskich podróżników pisał: „Jeśli jest gdzieś na świecie miejsce idealnej harmonii między architekturą i przyrodą, pięknem i prostotą, powagą i wesołością, to miejscem tym jest Bali”. Wówczas bez wątpienia jeszcze tak było. A jak jest dziś?
***
Jest późny wieczór, 12 października 2007 roku. Siedzę na stopniach pomnika przy Jalan Legian w Kucie. To idealne miejsce by z piwkiem w ręku popatrzeć na snujące się tam i z powrotem tłumy. Ulubione miejsce spotkań miejscowych wyrostków. Oprócz nieba gwieździstego mam też nad głową tablicę z pięknego czarnego marmuru i napis: „Nama-nama korban peldakan bom – Bali, 12 Oktober 2002”. Język indonezyjski jest prosty jak konstrukcja cepa. Jeśli „nama” znaczy „nazwisko” to „nama-nama” jest liczbą mnogą, czyli „nazwiska”. „Korban” to „ofiara”, „peldakan”, znaczy „wybuch” a „bom” oczywiście bomba. „Nazwiska ofiar wybuchu bombowego”.
To było dokładnie pięć lat temu. Wybuch w dyskotece był tak potężny, że wielu mieszkańców Kuty pomyślało, iż to Gunung Agung obudził się ze swego wulkanicznego snu. Podczas ostatniej erupcji wulkanu, w 1964 r. zginęło 1478 osób. W zamachu bombowym zaledwie 202.

Tuż obok pomnika upamiętniającego ofiary leży stos kwiatów i tablic, które teraz po zakończeniu uroczystości rocznicowych, tworzą rodzaj artystycznego śmietnika. Przykuwają uwagę styropianowe litery przyklejone do prostokątnego kawałka dykty, które składają się w napis: „Embassy of the Republic of Poland”. Nie przypadkowo polska ambasada wzięła udział w uroczystościach. W zamachu zginęła Danuta Beata Pawlak, dziennikarka i globtroterka. Przybyła na Bali na kilka godzin przed wybuchem. Do dyskoteki Peddy Bar weszła w ostatniej chwili. Krótko po niej wszedł tam członek organizacji Jemaah Islamiah z ukrytą pod kurtką bombą. Ale to nie Beata Pawlak była celem islamistów. Nie było nim też trzech Szwajcarów, którzy zginęli w zamachu. Ani nie dwóch Brazylijczyków, jeden Włoch, a tym bardziej nie 38 Indonezyjczyków, którzy po prostu znaleźli się nie tam, gdzie powinni. Celem zamachowców byli Australijczycy. Na liście ofiar zajmują 88 pozycji. Najwięcej było ich wtedy w dyskotece, a i dziś jest ich tu najwięcej i najbardziej rzucają się w oczy. Zwłaszcza nocą, kiedy Jalan Legian dudni ogłupiającym techno tutejszych dyskotek. Na ulicy roi się od półnagich, wyrośniętych dryblasów, amatorów taniego surfingu i tanich dziewczyn. Pijani w sztok, sztucznie wyluzowani, manifestują dobrą zabawę salwami głośnego śmiechu. W rocznicę wybuchu telewizyjna dwójka wyemitowała film zrealizowany przez BBC i poświęcony ofiarom. Jeden z Australijczyków, któremu udało się przeżyć zamach wspomina: „Niewiele pamiętam, bo byłem pijany, ale wiem, że tego dnia było super! Bawiliśmy się w zdejmowanie majtek, tańczyliśmy na ulicy…”.

Moja znajoma nauczycielka angielskiego w Dżakarcie, która przyleciała na Bali kilka dni po zamachu, opowiadała mi, że Kuta była wówczas wymarła. Puste hotele, puste ulice, puste sklepy, targi i restauracje. Balijczycy, którzy żyją z turystów w oczach mieli łzy i widmo głodu. W „Jakarta Post” ukazał się wówczas artykuł: „Hotele zajęte w jedenastu procentach. By wyjść na zero muszą mieć czterdzieści procent. Jeszcze tydzień temu mieli osiemdziesiąt procent. To tylko hotele. 130 tysięcy ludzi szykuje się do zwolnień. Ta liczba nie obejmuje setek ulicznych sprzedawców, plażowych masażystek i manikiurzystek, kobiet plotących fantazyjne warkoczyki turystkom na głowach. Ta liczba nie obejmuje setek sprzedawców pamiątek na całej wyspie, przy każdej świątyni, na każdej ulicy. Ta liczba nie obejmuje setek kierowców, tragarzy, kelnerów i naganiaczy...”
„Bali is dead” – mówili wówczas wszyscy mieszkańcy Kuty i Denpasar. Ale ta ponura wizja nie spełniła się. Przez kilkanaście miesięcy rzeczywiście turyści bali się przyjeżdżać na Bali. Plajtowały hotele i agencje turystyczne. Potem jednak wszystko zaczęło wracać do normy i na szczęście dziś ulice Kuty znów są pełne pijanych Australijczyków. Dla nich przelot na Bali to tylko kilka godzin, a ceny w zestawieniu z australijskim dolarem, są tak śmieszne, że w zasadzie mogą rozrzucać indonezyjskie rupie po ulicy.
***
Siedzę na stopniach pomnika przy Jalan Legian w Kucie i patrzę na snujący się tam i z powrotem tłum rozbawionej młodzieży z antypodów. Przypomina mi się stare niemieckie powiedzenie „Jetzt lassen wir einmal die Sau heraus”. W dosłownym tłumaczeniu brzmi to „A teraz wypuśćmy świnię”. Dobrze jest od czasu do czasu się upodlić, wyżyć, wypuścić z siebie świnię. Ale gdzie? Przecież nie w pracy, czy w szkole! Przecież nie na swojej ulicy, gdzie wszyscy nas znają! Najlepszym miejscem jest oddalona o parę tysięcy kilometrów wyspa. Jakaś Ibiza lub inne Bali. Australijczycy na Bali znów bawią się świetnie. Ściągają majtki na ulicy, tańczą nago w dyskotekach, zaczepiają dziewczyny w mało wyrafinowany sposób. Patrzę na to z narastającym niesmakiem, a nawet złością. Ja, wychowany w duchu libertyńskiej tolerancji. Wychowany w Europie, na lekturach Voltaire’a, Rousseau, na Playboy’u i MTV. Zastanawiam się jak patrzy na to i co myśli muzułmanin wychowany w meczecie, na Koranie i hadisach?
Do dyskotek, na wszelki wypadek, nie wchodzę.
Bali, 12 października 2007 r.
tekst & zdjęcia: Piotr Jaskólski


























































