

Najwyższy czas zmienić wszystkie przepisy regulujące podróże służbowe urzędników. Jesteśmy zbyt biednym państwem, aby pozwolić sobie na patologie w tym zakresie.

Ostatnie tygodnie na krajowej scenie politycznej dominował temat podróży służbowych polskich parlamentarzystów. Wszystko zaczęło się 10 listopada, gdy media ujawniły, że posłowie klubu PiS: Adam Hofman, Mariusz Antoni Kamiński i Adam Rogacki pobrali z sejmowej kasy pieniądze na podróże samochodami do Hiszpanii, a w rzeczywistości dotarli tam tanimi liniami lotniczymi, w towarzystwie swoich małżonek. Okazało się, że posłowie bilety lotnicze kupili już pod koniec września, czyli ponad dwa tygodnie przed otrzymaniem formalnej zgody Kancelarii Sejmu na przejazd samochodem i prawie miesiąc przed pobraniem zaliczki w wysokości 19 779 złotych.
"Czyste ręce" polskich posłów?
Oprócz nieuzasadnionego pobrania wspomnianej kwoty okazało się również, że istnieją poważne podejrzenia, czy posłowie rzeczywiście uczestniczyli w posiedzeniu Komisji Zagadnień Prawnych i Praw Człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, na której obrady polecieli. Jak donosiły media, mieli oni jedynie podpisać listę obecności i zniknąć. W reakcji na całe zdarzenie najpierw zawieszono ich w prawach członków, potem zostali usunięci z klubu PiS. Prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział, że nie będzie żadnego pobłażania, jeśli okaże się, że podobnie postępowali inni posłowie jego partii. Ale tzw. afera madrycka, jak ją określono, stała się dobrą okazją do zaatakowania partii Kaczyńskiego przez ich politycznych przeciwników - Platformę Obywatelską. Jako pierwszy do boju ruszył marszałek Sejmu Radosław Sikorski, rozpoczynając medialną kampanię "czyste ręce", w ramach której zamierzał ujawnić innych sejmowych naciągaczy, którzy w sposób nieuprawniony pobrali pieniądze na swoje służbowe podróże. W jej trakcie Sikorski na bieżąco komunikował wyniki ustaleń, których dokonał, studiując dokumenty dotyczące kwot, jakie wydatkowali posłowie podczas swoich podróży służbowych. Z nieskrywaną satysfakcją ogłosił nawet, że na liście 460 posłów, jeśli idzie o wydatki związane ze służbowymi wyjazdami, zajmuje 391. miejsce.
Parlamentarzysta z kilometra
Niebawem jednak operacja ujawniania sejmowych oszustów w wykonaniu Radosława Sikorskiego zaczęła się łamać. Okazało się bowiem, że marszałek sam ma problem z wiarygodnym wyjaśnieniem swoich wydatków na podróże służbowe. Jak ustalił tygodnik "Wprost", Sikorski zaczynał swoje podróże służbowe trochę nieśmiało. W 2009 r. z kasy Sejmu miał pobrać zaledwie 1 245 zł, ale już rok później kwota ta urosła do ponad 21 tys. zł. W 2011 r. było to już 26,5 tys. zł, a w 2012 r. 19,1 tys. zł. Tylko w roku 2013 było skromniej. Marszałek zainkasował jedynie niecałe 10 tys. zł. Przy stawce 0,83 zł za kilometr (tzw. kilometrówka) łatwo można wyliczyć, że w rekordowym 2011 r. Radosław Sikorski przejechał swoim samochodem w celach służbowych aż 32 tysięcy kilometrów. Jego mało przekonujące tłumaczenia i opór przed ujawnieniem opinii publicznej dokumentów dotyczących jego wyjazdów, czego domagało się PiS, mogły jedynie wskazywać, że sam marszałek brał czynny udział w procederze nieuprawnionego pobierania pieniędzy na podróże służbowe własnym samochodem, mając jednocześnie do dyspozycji auto BOR-u. Okazało się również, że tak naprawdę posłowie wszystkich klubów dorabiali sobie na tzw. kilometrówce.
Sejmowe Biuro Podróży
Polscy parlamentarzyści traktują Sejm jako swoiste biuro podróży, dzięki któremu mogą zobaczyć nawet najdalszy zakątek świata. Kancelaria Sejmu ma im zapewnić nie tylko pokrycie samej podróży, kosztów wyżywienia i noclegu, lecz także rozliczyć ich tak, aby podróż zapewniała jeszcze dodatkowy zysk. W obecnej kadencji na podróże służbowe posłów wydaliśmy już 8,5 mln zł. Najdroższą podróż służbową w tej kadencji Sejmu odbył poseł Adam Szejnfeld (PO), którego wyjazd do Meksyku na tamtejsze polskie dni kosztował 27,5 tys. zł! Równie kosztowna była jego wizyta w stolicy Filipin - Manilii, gdzie miał się spotkać z tamtejszym ministrem obrony. Po co? Tego nie wiemy. W każdym razie jej koszt wyniósł ponad 22 tys. zł. Niewiele mniej kosztowała trzydniowa wizyta posła Ryszarda Kalisza (poseł niezrzeszony) w Waszyngtonie. Łącznie kosztowała ona prawie 18 tys. zł, przy czym na same noclegi w hotelu wydano ponad cztery tysiące złotych. W amerykańskiej stolicy Ryszard Kalisz uczestniczyć miał w okolicznościowej debacie na temat uchodźców z komunistycznej Korei Północnej. Za 13 tysięcy złotych poseł Ireneusz Raś (PO) wizytował z kolei zimowe igrzyska olimpijskie w Soczi.
Urlop na koszt podatników
Śledząc wyjazdy służbowe naszych parlamentarzystów, łatwo można zauważyć, że wyjeżdżali oni służbowo praktycznie wszędzie, nawet do takich krajów jak: Seszele, Wyspy Kanaryjskie, Gujana Francuska, Madagaskar, Wietnam i wiele innych egzotycznych państw. Również cele wizyt mogły budzić poważne wątpliwości. Przykładowo: we wrześniu 2012 r. były premier Leszek Miller poleciał służbowo do Hanoi, gdzie spotkał się z sekretarzem generalnym Komunistycznej Partii Wietnamu Nguyenem Phú Trongiem. Posłowie bardzo często wyjeżdżali również na różnego rodzaju konferencje zagraniczne. Szczególnie upodobali sobie konferencje na temat przyszłości przestrzeni kosmicznej, m.in. posłanka Bożena Szydłowska (PO) uczestniczyła w takiej konferencji w Gujanie Francuskiej, gdzie obserwowała nawet start rakiety kosmicznej. Takich egzotycznych podróży naszych posłów było naprawdę wiele w ostatnich latach. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że znaczna ich część niczemu nie służyła i była jedynie formą atrakcyjnego urlopu, za który faktycznie zapłacili polscy podatnicy.
Jeżdżą nie tylko posłowie
Nader liczne orientalne podróże polskich posłów nie są czymś wyjątkowym. Służbowe podróże zagraniczne odbywają też: ministrowie, szefowie urzędów centralnych i samorządowcy wszystkich szczebli. Pobierają wtedy diety, zwrot kosztów za hotele i samą podróż, w tym także osławione kilometrówki. Najbardziej okazałe są zagraniczne podróże polskich samorządowców. Ci bardzo często jadą z całym orszakiem doradców, zastępców, asystentów, a niejednokrotnie także z udziałem kierowcy, sekretarki, a nawet kronikarza, mającego udokumentować ich zagraniczną wizytę, z reguły w zaprzyjaźnionym mieście lub regionie. Bardzo ciekawą lekturą na ten temat jest raport założonej przez prof. Leszka Balcerowicza fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). Wskazuje ona na tendencję rosnącą w przypadku wyjazdów służbowych polskich samorządowców. Przykładowo koszty wyjazdów zagranicznych samorządowców legnickich wzrosły w ostatnich latach (2010-2013) ośmiokrotnie. Gdy zestawimy wyjazdy służbowe w niektórych polskich gminach z sumami, jakie przeznaczają one na aktywne formy zwalczania bezrobocia, to okazuje się niejednokrotnie, że te pierwsze przewyższają te drugie.
Za granicą rośnie prestiż
Zagraniczne wyjazdy służbowe są traktowane przez wszystkich polskich urzędników jako ważny element poprawy wizerunku. W Polsce nadal jest tak, że pochwalenie się wyjazdem służbowym za granicę podnosi prestiż zawodowy wyjeżdżającego. Uzasadnienie tych wyjazdów w większości wypadków może budzić poważne wątpliwości. Ale to jest zupełnie bez znaczenia. Nikt rozsądny nie ośmieli się kwestionować takiej wizyty. Przepisy w zakresie podróży służbowych (Kodeks pracy) są w Polsce tak skonstruowane, że mogą jedynie zachęcać do ich odbywania. Na ich podstawie pracownikowi przysługuje zwrot kosztów przejazdu w wysokości udokumentowanej biletami lub fakturami, obejmującymi cenę biletu środka transportu, oraz zwrot za wszystkie dodatkowe opłaty związane z podróżą (opłaty za: bagaż, przejazd drogami płatnymi i autostradami, postój w strefie płatnego parkowania, miejsca parkingowe oraz inne niezbędne wydatki wiążące się bezpośrednio z odbywaniem podróży służbowej). Przepisy stwarzają również możliwość odbycia podróży własnym samochodem osobowym. Wówczas przysługuje zwrot kosztów przejazdu w wysokości stanowiącej iloczyn przejechanych kilometrów przez stawkę za jeden kilometr przebiegu (tzw. kilometrówka), ustaloną przez pracodawcę. Przy zadeklarowaniu samochodu o pojemności silnika powyżej 900 cm3 stawka ta wynosi 0,8358 zł. Do rozliczenia kosztów podróży według przepisów niezbędne są rachunki, faktury lub bilety potwierdzające poszczególne wydatki (nie dotyczy to diet oraz wydatków objętych ryczałtami). W ostateczności, jeśli ich nie ma, rozliczenie może nastąpić na podstawie pisemnego oświadczenia uczestnika takiej podróży.
Problem polskiego państwa
W gruncie rzeczy częste wyjazdy służbowe (krajowe i zagraniczne) polskich urzędników to nie tylko przejaw "zamiłowania" do podróży, lecz także swoisty wyraz stosunku do własnego państwa, niekoniecznie podyktowany troską o stan jego finansów. Taką kulturę polityczną udało nam się wykształcić w ciągu 25 lat wolności, jakie mijają od rozpoczęcia polskich zmian. To na pewno kultura głęboko przesiąknięta potrzebą posiadania przywilejów służbowych i korzystania z nich do woli. Pozostaje ona jednak w głębokim kontraście do tego, z czym mamy do czynienia w krajach, gdzie system demokratyczny nie został przerwany epoką komunistyczną. Tamtejsi urzędnicy muszą miarkować swoje wyjazdy służbowe, a wyjazdy te muszą mieć faktyczne uzasadnienie.
Kilka lat temu do Warszawy przybył minister finansów Szwajcarii, którego strona polska powitała na Dworcu Centralnym całym orszakiem. Gdy wysiadał z pociągu z walizką w ręku, został zapytany przez dziennikarzy, dlaczego tak skromnie podróżuje. Odpowiedział z powagą, że Szwajcaria jest biednym krajem i po prostu nie chce wydawać publicznych środków na zbytki, bo jest to winien swoim podatnikom. Najwyższy czas, aby w Polsce, która nie jest przecież drugą Szwajcarią, wprowadzać podobne standardy. Jak to zrobić?
Przede wszystkim zmienić obowiązujące przepisy w zakresie podróży służbowych. Z takim postulatem wystąpiła niedawno Konfederacja Lewiatan. W jej ocenie obecne przepisy Kodeksu pracy dotyczące podróży służbowych nie odpowiadają ani potrzebom gospodarczym, ani organizacyjnym państwa. Lewiatan przygotował nawet odpowiedni projekt zmian w Kodeksie pracy, tylko czy projekt ten będzie miał szansę na to, aby znaleźć się w Sejmie i nie trafić do sejmowej "zamrażarki"?
dr Leszek Pietrzak
Autor jest historykiem, przez wiele lat pracował w Urzędzie Ochrony Państwa, następnie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Był również członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI


















