Do Starego Rynku jest stąd zaledwie kilka kroków. A kamienica pamięta czasy średniowiecza. Położona w niej trattoria wydobywa ten dawny klimat, a odsłonięte fragmenty muru przypominają nam przeszłość miejsca. W takim wnętrzu święta trójca (wino, oliwa i chleb) czuje się jak pod włoskim niebem.
Trattoria Valpolicella nawiązuje w swym wystroju do włoskiej prowincji. Nie ma tu nic na pokaz. Dominują ciepłe kolory nawiązujące swymi odcieniami do słońca, piasku i kamieni. Obrazy z toskańskim krajobrazami, drewno, lekki półmrok – to wszystko sprawia, że trattoria nie onieśmiela. Jest przytulna dlatego o wolny stolik nie jest tu łatwo. Swoją popularność zawdzięcza nie tylko wystrojowi, ale przede wszystkim świetnej kuchni. A to za sprawą szefa kuchni – wyjaśnia Marek Kowal, właściciel restauracji, dumny z faktu, że szef kuchni jest z nim od samego początku istnienia trattorii. Wcześniej pracował we włoskich restauracjach na terenie Niemiec i tam uczył się sztuki gotowania od włoskich kucharzy. Gdy podjął pracę w Valpolicelli jeździ głównie do Włoch. To dobra inwestycja – wyjaśnia Marek Kowal – z każdego szkolenia nasz kucharz wraca z rewelacyjnymi pomysłami. Sam właściciel wie o czym mówi, bo w czasach studenckich terminował podczas wakacji we włoskich restauracjach w Szwecji.

Lokal jest klimatyzowany, na parterze posiada około 50 miejsc. W styczniu, po przystosowaniu piętra, w trattorii mieści się nie tylko więcej osób, ale można też organizować zamknięte spotkania i imprezy. Przez 11 lat (Valpolicella rozpoczęła swoją działalność w 1998 roku) wokół trattorii zgromadziła się spora liczba stałych klientów. Restauracja jest też popularna w czasie targów, których w Poznaniu nie brakuje.
Świat włoskiej kuchni – tym przyciąga Valpolicella. Przyjrzyjmy się karcie dań. Pytam o najpopularniejszą przystawkę i dostaję przewidywaną odpowiedź: carpaccio z łososia, wołowiny i kaczki, a także samodzielne z polędwicy wołowej. Szpinak zapiekany z parmezanem, grillowane boczniaki (oczywiście z parmezanem) i melon z szynką wędzoną (prosciutto e melone) – to tylko kilka kolejnych przystawek, które umilą nam czas przed daniami głównymi. I tutaj, jak w porządnej trattorii przystało, zaczynamy od zupy pomidorowej. Prostota wydaje się tu być sztuką najwyższego lotu i zawsze trudno o odpowiedź, dlaczego pozornie mało skomplikowana zupa pomidorowa w jednej restauracji jest przeciętna (w dobrym tego słowa znaczeniu), a w innej nadzwyczajna. Może tu w Valpolicelli kucharz bardziej kocha pomidory, bardziej od kucharza z innej restauracji. Któż to wie?
Nasza doskonale rozpoczęta podróż komplikuje, gdy trzeba dokonać kolejnego wyboru. Pasta, a może danie mięsne, nie kochanie, nie chcesz mięsa bo pamiętasz doskonałe ryby podawane w małej trattorii na południe od Florencji, gdzieś po drodze, gdzie się przypadkowo zatrzymaliśmy. Znamy wszyscy te rozmowy, to niezdecydowanie, ten lekko kapryśny ton – ale tu w Valpolicelli nic nas nie denerwuje. Żyjemy złudzeniem, że oto gdy wyjdziemy z restauracji po chwili będziemy kąpać się w ciepłym morzu. Więc wybraliśmy. Wstążki makaronu z borowikami w sosie śmietanowym (tagliattele con porcini). Niebo w gębie. Drobno pokrojone grzyby, doskonale przyrządzony sos i makaron właśnie taki, jaki jedliśmy ubiegłego lata we Włoszech. Są wstążki, muszą też być rurki. W trattorii nadziewane są boczkiem, kurkami, cebulą i podawane są w sosie szafirowo-śmietankowym (penne allo zafferano). Ponieważ niebo w gębie już było chce się tym razem powiedzieć: trafiliśmy do raju.

Pora na mięsa i ryby. Smakoszom polecam wybór między jagnięciną i kaczką. Jakże to dwa odległe światy. W trattorii polędwiczka jagnięca podawana z borowikami i cebulką podawana jest w sosie serowym. Natomiast pierś kaczki otoczona jest suszonymi owocami i podawana w czerwonym sosie przyrządzonym na bazie wina Marsala. Wśród ryb dominuje sola. Jest podawana z grilla, jest po florencku, jest także zapiekana z krewetkami, mozzarellą, pomidorem i cebulą. Mnie zainteresował zapiekany halibut podawany z krewetkami, parmezanem, mozzarellą, cebulą (rombo al forno). Ryba, którą rzadziej można spotkać w restauracjach, sowicie wynagradza pobyt w trattorii.
Karta win w Valpolicelli to osobna historia. Jest w niej kilka win dla tych klientów, którzy koniecznie chcą się napić wina alzackiego czy hiszpańskiego. Ale kartę zdominowały wina włoskie (jesteśmy przecież w trattorii), starannie wyselekcjonowane wspólnie z importerem – gdyńską firmą NOMA. Są franciacorta i prosseco. Są białe i czerwone wina z Piemontu, Toskanii, Lombardii, Campanii, Marche, Veneto i Sycylii, z wielu znakomitych domów winiarskich. Jest także „wino domu” podawane w dzbankach i w przystępnej cenie. Karta win jest tak skonstruowana, że moglibyśmy, w miarę własnych sił, odbyć podróż przez całe Włochy odkorkowując kolejno butelki pochodzące z poszczególnych regionów. W tej kolekcji jest wiele pereł ale i do nich należy podchodzić z włoskim dystansem.
Marek Kowal lubi powtarzać, że najlepsze wino to takie, po którym człowiek czuje się szczęśliwy, a na drugi dzień nie boli go głowa. Przypominają mi się słowa Claudio Icardi: że dobre wina nie potrzebują przymiotników. Dobra trattoria też za nimi nie tęskni.























































